Jeszcze w listopadzie rząd ma przyjąć projekt ustawy o rodzicielskim świadczeniu uzupełniającym. Minister rodziny i pracy Elżbieta Rafalska deklaruje, że ustawa powinna wejść w życie 1 stycznia 2019 r. Jej celem jest zapewnienie niezbędnych środków utrzymania osobom, które zrezygnowały z pracy lub jej nie podjęły ze względu na wychowanie dzieci.

Wydawać by się mogło, że to rozwiązanie zostanie obsypane komplementami. Tak się jednak nie stało, bo projekt wymaga poprawek.

Uznaniowe świadczenie

– Trzeba sprawę podstawić jasno. Nowe świadczenie nie jest emeryturą. Konstrukcja jest bliższa świadczeniom specjalnym przyznawanym przez premiera lub prezesa ZUS. I dlatego będzie finansowane z budżetu państwa – podkreśla Bogusława Nowak-Turowiecka, niezależny ekspert ubezpieczeniowy.

Co to znaczy? Wyjaśnia to Aleksandra Wiktorow, rzecznik finansowy. W piśmie skierowanym do minister Elżbiety Rafalskiej wskazuje, że „przyznanie prawa do świadczenia ma być uznaniowe i będzie odbywało się w drodze decyzji administracyjnej”. To zaś powoduje, że szefowie organów rentowych mają prawo do podejmowania decyzji w sposób nieskrępowany konkretnymi przepisami prawa. Nie oznacza to jednak możliwości wydawania decyzji bez uzasadnienia i kierując się indywidualnymi priorytetami. Jak podkreśla Aleksandra Wiktorow, postępowania muszą być prowadzone w sposób budzący zaufanie ich uczestników do władzy publicznej, z zachowaniem zasad proporcjonalności, bezstronności i równego traktowania.

Do kontroli

Eksperci podkreślają, że o nowe świadczenia będą się ubiegać osoby w różnych sytuacjach życiowych. A ustawodawca nie ma możliwości opisania każdego przypadku.

– Dlatego tak ważną sprawą jest przyznanie ZUS specjalnych uprawnień kontrolnych. Szczególnie tam, gdzie zamiast dokumentu osoba zainteresowana będzie składać oświadczenie mające wpływ na wypłatę świadczenia – zauważa Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan, członek zespołu ds. ubezpieczeń społecznych Rady Dialogu Społecznego.

ZUS jest podobnego zdania. I dlatego w uwagach do rządowego projektu ustawy jego departament legislacyjno-prawny wskazał kilka pułapek. Jakich? Zgodnie z procesowanym projektem prawo do przyznania świadczenia będzie ustalane na podstawie dokumentów załączanych do wniosku przez osobę ubiegającą się o świadczenie. Jednocześnie w uzasadnieniu do projektu podkreśla się, że szef organu rentowego zobowiązany będzie podejmować wszelkie kroki niezbędne do dokładnego wyjaśnienia stanu faktycznego sprawy. Co więcej, będzie to musiał zrobić w sposób wyczerpujący. No i tu pojawia się problem.

ZUS podkreśla, że „w praktyce organ prowadzący postępowanie będzie mógł oprzeć się w tym zakresie wyłącznie na oświadczeniu osoby ubiegającej się o świadczenie”. A taka osoba – co zauważa ZUS w opinii projektu – nie będzie zainteresowana składaniem dokumentów, które negowałyby zasadność przyznania świadczenia. Jednocześnie ustawa nie przewiduje podstawy prawnej do pozyskiwania przez prezesa zakładu od innych podmiotów danych umożliwiających weryfikację lub uzupełnienie zgromadzonych dowodów. Tym samym iluzoryczne staje się również stwierdzenie „pobrania nienależnych świadczeń”. A to dlatego, że organ będzie pozbawiony „możliwości weryfikacji danych przekazanych przy wniosku” – z wyjątkiem ewentualnego przypadkowego pozyskania danych od podmiotów zewnętrznych lub od stron postępowania.

Czego więc oczekuje ZUS? Aby projektowany przepis umożliwiał „pozyskiwanie i przetwarzanie danych niezbędnych do przyznania, ustalania wysokości i wypłacania świadczenia od innych organów lub instytucji”.

– To będzie szczególnie ważne w przypadku pozbawienia matki praw rodzicielskich. ZUS powinien mieć możliwość sprawdzenia, czy nie doszło do takiej sytuacji – podkreśla Jeremi Mordasewicz.

Ale to nie wszystko. Wątpliwości ZUS wzbudza też różne traktowanie osób z prawem do świadczenia. Okazuje się, że z obecnego brzmienia projektu ustawy wynika, że osoby, które mają prawo do emerytury w wysokości niższej niż minimalna, nie muszą się tłumaczyć, czy mają dochody z innych źródeł (np. z najmu, dużego gospodarstwa rolnego). Takie informacje są natomiast zobowiązane przedstawić osoby, które nie mają dochodu zapewniającego niezbędne środki utrzymania. W ocenie ZUS taki podział może prowadzić do nieuzasadnionego zróżnicowania obu grup zainteresowanych.

Dezaktywacja zawodowa

A jak projekt oceniają związkowcy? OPZZ i NSZZ „Solidarność” chwalą rząd, że będzie wspierać najuboższych rodziców z rodzin wielodzietnych. Jest jednak małe „ale”. Solidarność ostrzega, że „proponowana forma wsparcia nie będzie determinowała postaw rodziców na rynku pracy w przyszłości, poprzez rezygnację przez nich z zatrudnienia lub wyboru zatrudniania nierejestrowego”.

Jeszcze dalej idzie Aleksandra Wiktorow, która wprost przestrzega przed dezaktywacją zawodową. Jej zdaniem matki czwórki dzieci mogą nie być zainteresowane wchodzeniem na legalny rynek pracy, będą bowiem korzystały z szerokiego katalogu świadczeń rzeczowych i pieniężnych na rzecz rodzin wielodzietnych oraz będą miały ustawowo zagwarantowane minimum emerytalne.

Czy jest więc jakiś sposób na premiowanie rodzin wielodzietnych? Zdaniem Jeremiego Mordasewicza należy zmienić ustawę emerytalną. Dodaje, że każda matka powinna mieć doliczane do emerytury trzy lata składkowego urlopu wychowawczego na każde urodzone dziecko. W przypadku matki czworga byłoby to 12 lat.

– Tym samym taka osoba, aby uzyskać świadczenie minimalne gwarantowane przez państwo, musiałaby dopracować tylko osiem lat. Jeśli kobieta w swoim życiu powinna pracować 40 lat, to w ten wyjątkowo sprawiedliwy sposób możemy premiować matki poświęcające swoją karierę na rzecz rodziny – dodaje.

Obecnie do emerytury maksymalnie jest doliczane sześć lat wychowawczego bez względu na liczbę dzieci.

Więcej na temat świadczeń dla matek i ojców wychowujących co najmniej czworo dzieci jutro w Tygodniku Gazeta Prawna

Etap legislacyjny

Projekt czeka na rozpatrzenie przez Stały Komitet Rady Ministrów

>>> Czytaj też: Polskie zarobki zrównają się ze średnią UE za 59 lat