Nigdy nie ukrywałem, że dla mnie Geneva International Motor Show to przede wszystkim wydarzenie towarzyskie. I kulinarne. Bo zdecydowanie bardziej niż samochody lubię ludzi oraz dobrze zjeść. Dlatego zamiast rano szybko biec na konferencję do Audi, wybrałem się na wyśmienite śniadanie w równie wyśmienitym towarzystwie do Mercedesa, a całości dopełnił kieliszeczek wytrawnego prosecco. Prosto stamtąd udałem się do Toyoty (po drodze omijając szerokim łukiem tłum próbujący dopchać się do Ferrari F8 Tributo), gdzie serwowano uśmiechy, żarty i wyborne wino. Na drugie śniadanie przesiadłem się do Audi – tam zjadłem gotowaną białą kiełbaskę (ponoć przywiezioną z Monachium) ze słodką musztardą i preclem, a tę ucztę umilała mi konwersacja z nową, przesympatyczną szefową PR polskiego oddziału marki. Oraz kufel pszenicznego piwa.

>>> Zobacz też: Oto najdroższy samochód świata - Bugatti La Voiture Noire

Obiad tradycyjnie w Lexusie w gronie starych, dobrych znajomych, na parówki do Kii (nie macie pojęcia, jak świetnie kiełbaska komponuje się z białym winem), deser w BMW i o godz. 16 byłem gotów zakończyć pierwszy dzień targów stopką zmrożonej wódki Belvedere w Infiniti. Przypomniałem sobie jednak, że Infiniti nie przyjechało do Genewy, w związku z czym nie ma też Belvedere. Zawróciłem więc z powrotem do BMW na deser na drugą nóżkę. I udałem się do hotelu, aby się zdrzemnąć, a następnie lecieć na kolację do restauracji Casanova przy Quai du Mont-Blanc 3. Serwują tam aksamitne ślimaki oraz wspaniałe pappardelle z owocami morza i dużą ilością parmezanu. Ale i tak tym, co najbardziej lubię w tym miejscu, jest atmosfera i czas spędzony ze świetnymi ludźmi, którzy potrafią rozmawiać nie tylko o samochodach.

Drugiego dnia zamierzałem wcisnąć przycisk "replay" na pilocie mojego genewskiego życia, ale przypomniałem sobie, że obiecałem napisać do Magazynu relację z targów (oczywiście zrobiłem to z czystego wyrachowania – żeby nikt sobie nie pomyślał, że jeżdżę tam tylko po to, żeby dobrze się bawić). Z miną cierpiącego na zatwardzenie cocker spaniela wszedłem na drugie piętro hali Expo i… w pierwszej chwili pomyślałem, że pomyliłem targi i wylądowałem na zlocie domorosłych mechaników, którzy składają auta w szopach.

Po lewej, tam, gdzie zawsze wystawiało się Mitsubishi, stało coś, co na pierwszy rzut oka przypominało Rolls Royce’a, ale zdecydowanie nim nie było. Nazywało się Aurus Senat i okazało się wymysłem chorej wyobraźni Rosjan, którzy najwyraźniej postanowili wygrzebać trochę części z najdalszego kąta magazynów wszystkich znanych im producentów i sklecić to w jedną całość. Tak powstało skrzyżowanie stylistyki Rollsa, Chryslera 300C i Bentleya z wnętrzami Mercedesa, BMW i Volvo. A wszystko to w jakości pudełka po butach. Wyobraźcie sobie gościa, który chce uchodzić za zamożnego, więc wyrywa z psiej budy łańcuch, maluje go na złoto farbą i wiesza sobie na szyi. Właśnie taki jest Aurus Senat – to kiczowata i tandetna podróbka. Rolex z tureckiego targowiska.

Audi e-tron GT Genewa

Audi e-tron GT Genewa

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Dalej nie było lepiej. Jakieś Aiways, Nobe Cars, Ginetta, Mole Automobiles, David Brown, Kyburz, Puritalia, Arcfox. A gdy doszedłem do Eadon Green, to oczy mi pękły – z zielonych mieli tylko niebieski i szary, a wyglądem przypominały skrzyżowanie stękającego nosorożca z upośledzonym lemurem. Coś strasznego! Ale wniosek nasuwał się sam – wszystkie te marki postanowiły zapełnić pustkę po Hyundaiu, Oplu, Volvo, Jaguarze, Land Roverze, Mini i Fordzie, które zbojkotowały salon. Ludzie stojący za tymi projektami uznali, że budżet w wysokości 3 euro, stara szopa oraz kowalskie kowadło to wystarczające środki, by zbudować samochód. I uwierzyli, że ich paliwem będą energia i charyzma, jaką z niebios ześlą im Carl Benz i Ferdynand Porsche. Uwierzyli, że są ich pełnokrwistymi sukcesorami.

Chociaż, poczekajcie… Na salonie faktycznie pojawił się sukcesor Ferdynanda – jego prawnuk Anton Piech. Przyjechał ze swoim konceptem Piech Mark Zero i wystawił się zaraz obok Porsche. Przypadek? Nie sądzę. Szczególnie że ten wóz klasy GT napędzany prądem wygląda obłędnie, a w jego rozwój na pewno nie zainwestowano 3 euro, a raczej 30 mln. Cmoknąłem zatem głośno, przełknąłem ślinę z wrażenia, podciągnąłem spodnie i ruszyłem zwiedzać pierwsze piętro gigantycznej hali.

Początek był znajomy – Nissan, Renault i Toyota. Ale im głębiej, tym więcej zaskoczeń. I nieporozumień. Odnalazło się Mitsubishi, którego stoisko wyglądało dokładnie tak samo jak salon dealerski w Bydgoszczy – żeby je czymś zapchać, wystawiono nawet Space Stara, który w tym roku kończy sześć lat. I prawie 10-letniego ASX po chyba 17. faceliftingu, w związku z czym wygląda teraz jeszcze gorzej niż Eclipse Cross. Dla równowagi muszę przyznać, że koncept Engelberg Tourer prezentuje się świetnie – arogancko, pewnie, odważnie. Niestety, jestem pewien, że gdy przyjdzie moment wdrożenia go do produkcji, to zobaczymy kolejnego, tylko większego Eclipse Crossa. Na tym właśnie polega problem Mitsubishi – ma zdolnych projektantów od prototypów, ale później przychodzą księgowi i wszystko psują.

Honda_e Genewa

Honda_e Genewa

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Szwedzkie Volvo przyjechało wyłącznie z Polestarem 2, którego upchnęło gdzieś na zapleczu swojego dawnego stoiska. To zaś zajęte zostało przez Mazdę i – jakby dla kontrastu do Szwedów, którzy zawsze występowali na biało – skąpane było w piekielnej czerni. Ale przyznaję, że jubileuszowe pomarańczowe wydanie modelu MX-5 wyglądało w takim entourage’u bardzo ogniście. Uwielbiam ten wóz.

Citroën pokazał elektryczny toster na kołach (Ami One), a Peugeot – nowe 208. Obie firmy przytuliły się do siebie czule, jakby chciały pokazać nieobecnemu Oplowi, że to one są tu w prawdziwym związku, a Niemiec jest zwykłym bękartem, który może sobie najwyżej na nie popatrzeć w internecie. Z kolei w miejscu, gdzie w poprzednich latach prężył muskuły Citroën, a także Jaguar i Land Rover, pojawiło się… Hmm, szczerze mówiąc, to nie mam pojęcia co. Przechodziłem koło tego kilka razy, ale nic nie rzuciło mi się w oczy. Możliwe zatem, że było to stoisko z mięsem.

Lexus LC500 Genewa

Lexus LC500 Genewa

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Bardzo rzucało się za to w oczy podczas tegorocznej Genewy zupełnie co innego – wysyp elektryków. Duże, małe, średnie, takie, śmakie i owakie. Od seryjnych modeli, które lada chwila zaczną zjeżdżać z taśm, poprzez bliskie wersjom produkcyjnym koncepty, a skończywszy na wizjonerskich prototypach (np. Imagine by Kia), które są projekcją dość odległej przyszłości. O tym, z jaką skalą zjawiska mamy do czynienia, niech świadczy fakt, że na stoisku Audi nie stał ani jeden samochód z konwencjonalnym silnikiem. Wszystkie były elektryczne albo przynajmniej hybrydowe. Nawet Fiat i Alfa Romeo pokazały koncepty na prąd, a Kia oprócz wizjonerskiego Imagine pokazała także produkcyjnego, europejskiego e-Soula. I zapowiedziała jeszcze e-Niro.

Wniosek jest jeden – najbliższa przyszłość to elektryki. Miłośnikom zapachu benzyny i dźwięku pracujących tłoków niebawem pozostanie jedno – sprzedanie domu, nerki, opylenie dzieci Angelinie Jolie i zakup jakiegoś supercara. Bo te mają się świetnie. W Szwajcarii zadebiutowało Ferrari F8 Tributo, 1600-konny Koenigsegg Jesko, Aston Martin Vanquish Vision czy warte 16,7 mln euro Bugatti La Voiture Noire.

A teraz czas na samochody, przy których zatrzymałem się w Genewie chwilę dłużej. Dlatego, że zrobiły na mnie wrażenie. I, co nie bez znaczenia, zrobiły je zupełnie na trzeźwo.