„Czy (prezydent Turcji Recep Tayyip) Erdogan rzeczywiście pozwoli Imamoglu zostać burmistrzem Stambułu? To pytanie za milion dolarów” – mówi w rozmowie z PAP Cengiz Aktar, znany turecki politolog wykładający obecnie na Uniwersytecie Ateńskim.

Ocenia, że jeśli kandydat opozycyjnej Republikańskiej Partii Ludowej (CHP) zdobędzie w niedzielę więcej głosów niż rywal, problemy mogą się zacząć dopiero po wyborach.

Aktar tłumaczy, że według paragrafu 127. tureckiej konstytucji minister spraw wewnętrznych może odwołać każdy demokratycznie wybrany organ władzy samorządowej, jeśli uzna, że stanowi on zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego.

Reklama

„Rządzącej AKP (Partii Sprawiedliwości i Rozwoju) zależy na utrzymaniu kontroli nad Stambułem, a takie sytuacje (tj. odwołania burmistrzów - PAP) zdarzały się w Turcji już wcześniej, na południowym wschodzie kraju (zdominowanym przez ludność kurdyjską - PAP). Nie byłoby w tym nic nowego” – argumentuje Aktar.

Według ostatnich badań opinii publicznej do niedawna nieznany nikomu Imamoglu prowadzi różnicą około 8 punktów procentowych i jest zdecydowanym faworytem w walce o władzę w najbogatszym mieście Turcji.

Jednak jeśli kandydat opozycji wygra, jego sukces będzie porażką nie tylko dla Yildirima, ale także stojącego za jego kandydaturą Erdogana, prezydenta Turcji i lidera AKP, którego zawrotna kariera polityczna zaczęła się w 1994 r. właśnie od rządów nad Stambułem.

"Kto rządzi Stambułem, rządzi Turcją" – powiedział kiedyś Erdogan, a fakty takie jak ten, że w Stambule mieszka 18 proc. całej tureckiej ludności, która skupia 32 proc. PKB czy też że stambulski budżet wynosi w przeliczeniu ponad 7 mld dolarów rocznie, tłumaczą finansowe korzyści płynące z politycznej kontroli nad byłą stolicą imperium osmańskiego.

"Utrata Stambułu byłaby dla AKP silnym ciosem. Wystarczy popatrzeć na duże firmy budowlane związane z tą partią i ogromne pieniądze, jakie zarabiają dzięki projektom związanym z rozbudową miasta" – mówi PAP znany dziennikarz turecki, który chce pozostać anonimowy.

Kandydat CHP już raz, w marcu br., pokonał startującego z ramienia AKP Yildirima podczas wyborów samorządowych w Turcji.

Różnica między wynikami rywali była wtedy jednak niewielka (13 tys. głosów, czyli 0,2 proc.) i Erdogan oraz jego kandydat oskarżyli opozycyjnego polityka o kradzież głosów. W wyniku tej interwencji po długich posiedzeniach turecka Wysoka Komisja Wyborcza (YSK) oświadczyła, że wybory trzeba będzie powtórzyć, ponieważ 0,75 proc. z 30 tys. przewodniczących stambulskich punktów wyborczych nie było urzędnikami państwowymi, choć wymaga tego wymaga tureckie prawo.

Decyzja YSK wywołała wiele kontrowersji w Turcji, i to zarówno wśród przeciwników, jak i dotychczasowych sprzymierzeńców Erdogana, takich jak były prezydent Turcji Abdullah Gul oraz były premier Ahmet Davutoglu.

"Decyzja YSK o anulowaniu wyborów zaszkodziła naszym podstawowym wartościom. (...) Mimo różnych problemów legalność wyborów jest najważniejszą wartością tureckiego życia politycznego i demokracji" – napisał na Twitterze Davutoglu, który jest w trakcie zakładania własnej partii politycznej.

Tak samo uważa przewodniczący Stambulskiej Izby Adwokackiej Mehmet Durakoglu, który w rozmowie z PAP ocenił, że "marcowe wybory na burmistrza Stambułu zostały anulowane bezprawnie", a "decyzja YSK była niedemokratyczna".

Zdaniem konsultanta ds. międzynarodowych Yoruka Isika upieranie się, że opozycja oszukiwała w marcowych wyborach, wbrew oczekiwaniom Erdogana zaszkodziło jego własnemu kandydatowi. "Popularność Imamoglu w ciągu ostatnich miesięcy wzrosła" – mówi PAP Isik.

"Po pierwsze, fakt, że udało mu się w marcu zwyciężyć, zmobilizował tych wyborców, którzy nie głosowali, bo nie wierzyli, że AKP można pokonać. Po drugie, będzie na niego głosować także niewielka grupa z AKP, która albo uważa, że został potraktowany niesprawiedliwie, albo z powodu wewnętrznych podziałów w AKP chce klęski kandydata Erdogana" - wyjaśnia.

Jednak także Isik nie jest pewny, jaka będzie reakcja rządzącej partii w przypadku ponownego zwycięstwa Imamoglu. "Sytuacja jest bardzo delikatna. To nie jest taka normalna powtórka z wyborów. Rząd popełnił błąd, domagając się nowych wyborów, i nie wiem, jak wybrnie z tej sytuacji" – mówi.

Zapytany o możliwość ponownego zakwestionowania ewentualnego zwycięstwa Imamoglu, Durakoglu tłumaczy, że po marcowych wyborach YSK nie pozwoliła na objęcie urzędu pięciu nowo wybranym burmistrzom i około 50 radnym w kurdyjskiej części Turcji, argumentując, że poprzednio zostali zwolnieni z publicznych funkcji dekretem ministra spraw wewnętrznych za współpracę z terrorystami.

"Ta decyzja też była problematyczna, bo YSK wcześniej nie miała żadnych zastrzeżeń do zarejestrowania ich jako kandydatów" – wskazuje przewodniczący Stambulskiej Izby Adwokackiej.

Podkreśla jednocześnie, że ten casus nie może zostać użyty w przypadku Imamoglu, który poprzednio przez pięć lat pełnił funkcję burmistrza w jednej z mniej znanych dzielnic Stambułu, Beylikduzu, i dwukrotnie w tym roku (w marcu i czerwcu) został zatwierdzony przez YSK jako kandydat na burmistrza Stambułu.

Durakoglu przyznaje jednak, że jeśli Imamoglu zostanie burmistrzem Stambułu i rzeczywiście będą istniały ku temu powody, to w przyszłości mógłby być wobec niego użyty wspomniany przez Aktara paragraf 127. konstytucji.

Według Aktara cały problem polega właśnie na tym, że "jeśli rząd zdecyduje się usunąć Imamoglu, powód zawsze się znajdzie".

Niedzielne wybory będą uważnie obserwowane przez uczestniczące w nich partie polityczne, niezależne organizacje pozarządowe, a także międzynarodowych obserwatorów z Kongresu Władz Lokalnych i Regionalnych Rady Europy.

Ogółem w 2016 r. rząd usunął ze stanowisk 28 burmistrzów, oskarżając ich o kontakty albo z uznawaną przez Ankarę, USA i UE za organizację terrorystyczną Partią Pracujących Kurdystanu (PKK), albo z Fetullahem Gulenem, islamskim kaznodzieją, którego Erodgan oskarża o nieudany zamach stanu z lipca 2016 roku. Gulen zaprzecza tym zarzutom.

>>> Czytaj też: Reuters: Trump ostrzega Iran, że atak USA jest nieuchronny