Kilka dni temu wiceminister nauki pytany przez „Kurier Lubelski”, co robić w związku z brakiem miejsc w szkołach ponadpodstawowych, oświadczył, że „może trzeba skorzystać z rozwiązań studenckich”. – Nie wiem, czy jest jeszcze na to szansa, ale może uczniowie, którzy nie dostali się do żadnej szkoły, mogą poszukać odpowiedniej za granicą – mówił dziennikarzowi Andrzej Stanisławek. Po czym złożył dymisję.

Jednak, jak wynika z naszej analizy, nie mijał się z prawdą. Rodzice nie wykluczają takiej ścieżki. – Mamy ogromny wzrost zainteresowania wyjazdami do szkoły średniej za granicą z powodu reformy. W tym roku posypała się masa pytań, część dzieci już ma zorganizowane wyjazdy – mówi Monika Astrabas z JPEdukacja. I dodaje, że po raz pierwszy obserwują tak duże zainteresowanie wyjazdami dla dzieci zaraz po obowiązkowym etapie edukacji. Wcześniej dotyczyło to raczej licealistów, np. po pierwszej klasie liceum. – Teraz rodzice mówią wprost, że wolą zafundować dziecku „gap year”, to znaczy roczną przerwę od polskiej szkoły. Chodzi o to, żeby wrócić po roku i uniknąć podwójnego rocznika – dodaje Monika Astrabas.

Podobne głosy płyną z innych agencji organizujących wyjazdy do szkół średnich. – Zainteresowanie jest dużo większe. I to od paru lat – powód jest jeden: reforma edukacji. Rodzice chcą uchronić przed nią dzieci – mówi pracownik firmy Language Abroad z Dąbrowy Górniczej. Janusz Pelizg, właściciel firmy Perfect. Study. Work. Travel, spodziewał się takiego efektu. – Pytań od rodziców napływa sporo. Wiele osób czeka na ostateczne wyniki rekrutacji, ale widać, że frustracja rodziców i uczniów jest ogromna – mówi.

Firmy są jednogłośne: – Wraz z reformą zgłoszeń jest więcej – mówią nam w firmie Project Travel. – Tak, mamy zapytania, reforma zrobiła swoje – dodaje ekspert z T & T (Teaching & Travel). Choć najwięcej chętnych jest z dużych miast takich jak Warszawa, Wrocław, Gdańsk czy Kraków, właściciele firm przekonują, że wysyłają uczniów z całej Polski.

Potwierdzają to rodzice. – Mój syn w tym roku skończył podstawówkę i złożył papiery do liceum z międzynarodową maturą. Czekamy na wyniki rekrutacji, ale już postanowiliśmy, że wyjedzie do szkoły w USA, żeby uniknąć ścisku i chaosu wynikającego z podwójnego rocznika. Wróci po roku, jak szkoły dostosują się do nowych warunków – tłumaczy matka ucznia, który znalazł się w grupie pierwszych „zreformowanych” ósmoklasistów.

Wyjazdy nie są masowe, głównie ze względu na koszty. Te zaczynają się od 30–40 tys. zł rocznie. Za dzieci uczące się w publicznych szkołach w Wielkiej Brytanii trzeba zapłacić 7 tys. funtów, w USA – 7 tys. dolarów (to dla tych, którzy wezmą udział w rządowym projekcie). Ekskluzywne, prywatne szkoły to już rząd setek tysięcy złotych. – Edukacja w niepublicznej placówce w USA to koszt 20–40 tys. dolarów rocznie. Obejmuje on jednak nie tylko naukę, ale i zakwaterowanie, wyżywienie i podręczniki – mówi pracownik T & T.

Jak przekonują eksperci, grupa uczniów wyjeżdżających rośnie również dlatego, że coraz częściej rodziców na to stać. Do tego zagraniczne licea wybierają ci, którzy świadomie planują studia, zwłaszcza na kierunkach takich jak inżynieria, computer science czy medycyna. – Dwa lata brytyjskiego liceum i tamtejsza matura (A-level) znacznie zwiększa szanse kandydata z Polski. Na przykład kandydat na medycynę musi wykazać się znajomością specjalistycznego słownictwa, napisać esej w oparciu o znajomość źródeł. Również prywatne licea w Wielkiej Brytanii wymagają dobrych wyników z testu z matematyki i znajomości angielskiego – mówi Michał Piątkowski z Elab Education Laboratory, firmy doradztwa edukacyjnego. Jak przekonuje, wielu rodziców i uczniów traktuje to jako inwestycję. Chodzi o znajomość języka, ale także i różnego rodzaju przeliczniki na studia. – Dodatkowo w systemie brytyjskim wybiera się mniejszą pulę przedmiotów niż w Polsce, dzięki czemu nauka w liceum nastawiona jest już konkretnie pod przyszły kierunek studiów – tłumaczy Michał Piątkowski.

Zdecydowana większość wyjeżdżających wybiera Wielką Brytanię, kolejna grupa kieruje się do USA. Pojedyncze wyjazdy są do Kanady, Holandii czy Australii.

O tym, że coraz więcej dzieci uczy się w innych krajach, świadczą też dane MEN. Resort zbiera jedynie informacje o dzieciach w podstawówkach i gimnazjach. W roczniku 2009/2010 do szkoły podstawowej lub gimnazjum za granicą uczęszczało 36,7 tys. dzieci. W ubiegłym roku było ich już 118,9 tys. Dlaczego ta liczba wzrasta? Jednym z powodów, zdaniem ekspertów, jest to, że dorastają dzieci emigrantów zarobkowych, którzy wyjechali z kraju po wejściu Polski do UE i otwarciu granic. – Mamy przypadki, że rodzice zostawili małe dzieci z dziadkami, a kiedy te osiągają wiek szkolny, ściągają je do siebie. Pomagamy czasem przy wyborze szkoły – potwierdza Monika Astrabas. Większość z nich może zostać za granicą. Do powrotu mogą je zniechęcać także ciągłe zmiany w polskich szkołach. ©℗

>>> Czytaj też: „Barista ze stopniem magistra” jest passe. Rynek pracy pokazał, że ma dosyć dyplomów [OPINIA]