Federalny Komitet Otwartego Rynku (FOMC), czyli organ Rezerwy Federalnej USA decydujący o stopach procentowych, 31 lipca obniżył stopę referencyjną o ćwierć punktu procentowego. Była to pierwsza obniżka stóp procentowych Fed od ponad dekady. Fed był pod silną presją prezydenta Donalda Trumpa niezadowolonego z serii podwyżek stóp. Redukcji stopy procentowej oczekiwały rynki finansowe. Zareagowały na nią źle, gdyż przewodniczący Fed Jerome Powell stwierdził, że obniżka była po prostu „korektą w połowie cyklu” i że FOMC nie uważa, by gospodarka wymagała dłuższego cyklu obniżania stóp procentowych. W efekcie akcje na nowojorskiej giełdzie spadły. Wcześniej 26 lipca Europejski Bank Centralny stopy pozostawił bez zmian. Stopa procentowa podstawowych operacji refinansujących wynosi 0,0 proc., kredytu w banku centralnym 0,25 proc., a depozytu w banku centralnym -0,40 proc.

Stopa referencyjna Fed (Federal Fund Rate) wpływa na oprocentowanie długów konsumenckich i korporacyjnych, więc obniżka powinna pobudzić gospodarkę. Ale jest inne niebezpieczeństwo. Ostatnia dekada to okres tanich i łatwych kredytów, które pozwalały zadłużać się także firmom słabszym. Znaczne środki były inwestowane w przejęcia i fuzje, które finansowano długiem. Wysoki i rosnący poziom zadłużenia przedsiębiorstw amerykańskich stanowi potencjalne ryzyko dla gospodarki światowej. Jeśli gospodarka gwałtownie spowolni, dojdzie do fali bankructw w USA, która oddziaływać będzie na resztę świata.

Steve Ricchiuto, główny ekonomista w Mizuho Americas, którego opinie są często cytowane przez najważniejsze media finansowe, w cyklicznie opracowywanej analizie dla klientów stwierdził, że wyzwaniem dla Fed nie jest obecnie inflacja, która utrzymuje się na niskim poziomie, ale jakość kredytów i instytucji finansowych w USA. Obniżka stóp ma wydłużyć okres wzrostu amerykańskiej gospodarki, która w sierpniu pobiła historyczny rekord nieustającego wzrostu. Rośnie już 10 lat i jeden miesiąc. Poprzedni najdłuższy okres prosperity trwał od kwietnia 1991 roku do lutego 2001 roku. Można przypuszczać, że im dłużej trwa nieustający wzrost, tym większe jest ryzyko, że recesja, która wcześniej czy później nadejdzie, będzie głęboka. Prezydent Donald Trump wolałby rzecz jasna, by gospodarka rosła przynajmniej do listopada 2020 roku, gdy odbędą się wybory. Swoje otwarte naciski na Fed tłumaczy tym, że w gospodarce amerykańskiej i światowej pojawiają się rozmaite ryzyka i odpowiedzią na nie powinna być luźniejsza polityka pieniężna. Tyle, że jednym z najpoważniejszych ryzyk może być nieprzewidywalność jego działań. To znaczy, że Fed ma ubezpieczać gospodarkę przed konsekwencjami działań Trumpa.

Jednym z wymarzonych celów Donalda Trumpa jest deprecjacja dolara. Ale trwałe osiągnięcie tego celu jest bardzo trudne, gdyż amerykańska waluta wciąż jest najważniejszym pieniądzem rezerwowym, na czym zresztą Stany Zjednoczone zyskują. Gdy na rynkach rośnie niepewność, inwestorzy finansowi przenoszą się do franka szwajcarskiego i dolara, osłabiając konkurencyjność eksportu tych krajów.

Wojna handlowa i walutowa

Donald Trump 1 sierpnia poinformował za pośrednictwem Twittera, że planuje nałożyć od 1 września 10-proc. taryfę celną na towary chińskie o wartości 300 mld dolarów, które jeszcze nie zostały cłami objęte. Krok taki można byłoby potraktować jako element taktyki negocjacyjnej prezydenta, mającej na celu zmuszenie Chin do zaprzestania w stosunkach handlowych praktyk, które Amerykanom się nie podobają, na przykład wymuszania na inwestorach zagranicznych dzielenia się swoimi patentami i know-how. Trump już kilkakrotnie zapowiadał rozszerzenie taryf celnych, po czym obie strony kontynuowały negocjacje. Tym razem jest jednak inaczej. 5 sierpnia chińska waluta spadła do poziomu 7 juanów za dolara. Kurs juana jest zarządzany przez Ludowy Bank Chin, który ustala jego wartość w stosunku do koszyka walut i pozwala na odchylenia od kursu centralnego plus minus 2 proc. Kurs 7 juanów za dolara jest przez wielu analityków bankowych traktowany jako graniczny. Przekroczenie go może zapoczątkować serię chaotycznych dewaluacji, podobnych do tej, jaka miała miejsce w latach 2015-2016. Może również doprowadzić do znacznego wycofania kapitału zagranicznego z Chin.

Pozwalając juanowi zejść do poziomu 7 juanów za dolara Pekin wysłał sygnał, że jest przygotowany do wprowadzenia swojej waluty jako broni w wojnie handlowej z Waszyngtonem.

W reakcji na to Departament Skarbu USA uznał Chiny za walutowego manipulatora. Dwa razy w roku Departament Skarbu publikuje raport analizujący, czy kraje manipulują swoimi walutami. W najnowszym raporcie z maja skrytykował chińskie praktyki, ale stwierdził, że Chiny spełniają tylko jedno z kilku kryteriów pozwalających uznać je za walutowego manipulatora. Choć przez lata to szybko rosnące mocarstwo starało się utrzymać niedowartościowany kurs juana, Stany Zjednoczone tolerowały to. Po raz ostatni uznały Chiny za manipulatora w roku 1994. Zgodnie z amerykańskim prawem uznanie, że kraj jest walutowym manipulatorem pociąga za sobą kolejne kroki, w tym nałożenie ceł. Tyle, że cła na chińskie towary zostały już nałożone, więc decyzja Departamentu Skarbu jest przede wszystkim symboliczna, ale będzie miała poważne konsekwencje polityczne. Przede wszystkim odsuwa możliwość osiągnięcia kompromisu między dwoma mocarstwami.

Ludowy Bank Chin zaprzeczył, jakoby manipulował kursem juana. Stwierdził, że kurs jest z natury wynikiem gry podaży i popytu. „Kapryśny akt unilateralizmu i protekcjonizmu poważnie naruszy międzynarodowe zasady i wywrze istotny wpływ na globalną gospodarkę i finanse” – oświadczył rzecznik LBCh.

Nie można wykluczyć, że Stany Zjednoczone zdecydują się na interwencje w celu osłabienia dolara

Nie można wykluczyć, że Stany Zjednoczone zdecydują się na interwencje w celu osłabienia dolara. W lipcu Larry Kudlow, główny doradca ekonomiczny Trumpa, powiedział, że takie interwencje wyklucza, ale dziś sytuacja jest już inna. Wojny walutowe, w których kraje starają się osłabić własną walutę przez zakupy innych walut, uderzają zarówno w konsumentów, jak i firmy, powodując inflację i gwałtowny spadek cen aktywów.

Gra o sumie ujemnej

Rynki finansowe uznały, że spadek kursu juana, który nastąpił 5 sierpnia, oznacza, że władze chińskie postanowiły iść na zwarcie ze Stanami Zjednoczonymi i nie starać się o kompromis za wszelką cenę, przynajmniej do przyszłorocznych wyborów. Reakcją był silny spadek Dow Jones Industrial Index na giełdzie nowojorskiej.

Nakładane na chińskie towary cła i podobne akcje ze strony Chin wobec towarów amerykańskich mogą zaszkodzić globalnej gospodarce na dwa sposoby. Po pierwsze – wprowadzają niepewność, a tym samym zwiększają zmienność na rynkach. Po drugie – osłabiają dwie największe gospodarki świata.

W Stanach Zjednoczonych taryfy celne powodują podrożenie tanich chińskich towarów sprzedawanych przez sieci hipermarketów. Grozi to bankructwem wielu sklepów i wzrostem cen. Według firmy konsultingowej The Trade Partnership w czerwcu importerzy z USA zapłacili 6 mld dolarów cła, z czego 3,4 mld dolarów wynikało z taryf wprowadzonych przez obecnego prezydenta. Trump ożywił gospodarkę amerykańską, obniżając podatki, ale cła są też formą podatków, które drenują kieszenie Amerykanów. W dodatku firmy zlokalizowane w Chinach są ważnymi ogniwami w łańcuchu dostaw dla amerykańskich przedsiębiorstw i znalezienie zamienników wymagać będzie czasu. Amerykańska gospodarka, w której już można obserwować sygnały spowolnienia, może w konsekwencji wejść w okres recesji.

Wcale nie lepsza jest sytuacja Chin, których gospodarka zwalnia mimo coraz silniejszych bodźców fiskalnych i monetarnych. Wprawdzie eksport towarów do USA to zaledwie ok. 4 proc. chińskiego PKB, a cła nie spowodują całkowitego wstrzymania sprzedaży do USA, ale spór z Ameryką może przesądzić o tym, że chińska gospodarka wpadnie w poważny kryzys.

O ile wolny handel jest grą, w której wygrywają obie strony, choć nie zawsze w równym stopniu, to wojna handlowa i walutowa szkodzi wszystkim zaangażowanym w nią stronom. Co więcej, szkodzi także tym krajom, które wolałyby trzymać się od sporu z dala.

Reakcja banków centralnych

Siódmego sierpnia trzy banki centralne w regionie Azji i Pacyfiku: Indii, Tajlandii i Nowej Zelandii obniżyły stopy procentowe, aby przeciwdziałać pogarszającej się sytuacji w światowej gospodarce. Bank Rezerw Indii obniżył swoją stopę referencyjną o 35 punktów bazowych do 5,4 proc. i była to czwarta obniżka w tym roku. Nowa Zelandia obcięła stopy o 50 punktów bazowych do 1 proc. Bank Tajlandii obniżył stopy o 25 punktów bazowych po raz pierwszy od czterech lat.

Indie są największą z tych trzech gospodarek. Indyjski Komitet Polityki Pieniężnej postanowił utrzymać akomodacyjne nastawienie polityki pieniężnej, którego celem jest utrzymanie inflacji w przedziale plus-minus 2 proc., przy celu inflacyjnym wynoszącym 4 proc. W ostatnich miesiącach wzrost PKB Indii obniżył się do 5,8 proc. w ujęciu rocznym. Po raz pierwszy od 2014 roku Indie rozwijają się wolniej niż Chiny. Odczuwają także skutki globalnego spowolnienia.

Decyzja Banku Rezerw Nowej Zelandii wynikała między innymi z obniżek stóp przez Centralny Bank Australii w czerwcu i lipcu. W Nowej Zelandii, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, zatrudnienie jest bliskie maksymalnemu poziomowi, a inflacja pozostaje w wyznaczonym przedziale, poniżej celu jakim jest 2 proc. Bank Rezerw Nowej Zelandii w komunikacie stwierdził, że w ostatnim roku wzrost PKB zwolnił, a narastające w gospodarce problemy wymuszają stosowanie bodźca w postaci obniżki stóp. Obniżka stóp, głębsza niż oczekiwał rynek, spowodowała spadek kursu dolara nowozelandzkiego o blisko 2 proc.

Prezes Banku Rezerw Nowej Zelandii Adrian Orr stwierdził, że być może trzeba będzie zrobić znacznie więcej, aby przeciwdziałać spowolnieniu wzrostu gospodarczego. „Nie można wykluczyć, że będziemy musieli zastosować ujemne stopy procentowe” – powiedział na konferencji prasowej po spotkaniu Rady Polityki Pieniężnej.

Bank Tajlandii wydał oświadczenie, w którym stwierdza, że tajlandzka gospodarka będzie rozwijać się w wolniejszym tempie niż wcześniej oceniano z powodu niższego eksportu. Prognozowana inflacja będzie poniżej dolnej granicy celu inflacyjnego. Ogólne warunki finansowe pozostały akomodacyjne. Łagodniejsza polityka pieniężna przyczyni się do kontynuacji wzrostu gospodarczego i będzie wspierać wzrost inflacji w kierunku wyznaczonego celu.

Przedstawiciele Banku Korei stwierdzili, że bank jest gotowy do obniżenia stóp procentowych w razie potrzeby, aby poradzić sobie ze skutkami napięć na rynkach. Bank Japonii zapowiedział możliwość wprowadzenia nowego programu stymulowania gospodarki.

Komentatorzy finansowi obstawiają, że wkrótce Europejski Bank Centralny i Bank Japonii ogłoszą dalsze złagodzenie polityki pieniężnej, a inwestorzy obawiają się, że zapoczątkowana przez Trumpa wojna handlowa przekształci się w światową wojnę walutową.

Prezydent USA na decyzje trzech banków centralnych o obniżce stóp odpowiedział kilkoma tweetami, w których wezwał Fed do jak najszybszych cięć stóp. Zaś komentatorzy chińscy zauważają, że Trump najwyraźniej dąży do tego, by dolar stracił znaczenie jako światowa waluta rezerwowa i wówczas, manipulując jej kursem, można będzie osiągnąć równowagę w wymianie handlowej.

Witold Gadomski


Otwarta licencja