Moja 10-letnia córka ma duszę artystki. Choć w mojej rodzinie nikt od pokoleń nie potrafi choćby pokolorować kółka bez wychodzenia za linię, ona tworzy na płótnie takie dzieła, że van Gogh przy niej to malarz pokojowy. W dodatku ma fioła na punkcie zwierząt. Ambitnie uczęszcza na lekcje jazdy konnej i od trzeciego roku życia powtarza, że chce zostać weterynarzem. Na Boga, przecież u nas nie ma żadnego lekarza od sierściuchów, a koń w całej historii był tylko jeden – na biegunach, wystrugany przez mojego dziadka.

W rodzinie nie mamy też ani jednego piłkarza, zaś ja gardzę tym sportem bardziej niż brukselką i cieciorką (podobnie jak mój ojciec, jego ojciec, ojciec jego ojca itd.), a mimo to mój średni syn zapragnął być jak Salah albo jakiś inny Lewandowski. Z jednej strony nas to zastanawia, z drugiej – niezmiernie cieszy. Do tego stopnia, że postanowiliśmy z żoną zainwestować w jego piłkarski rozwój wszystko, co pierwotnie miało wylądować na koncie funduszu emerytalnego i liczymy na zwrot z inwestycji na poziomie miliarda procent. Jednocześnie już dzisiaj oswajamy psychicznie naszego sześciolatka z jego przyszłą rolą – wołamy na niego „Trzeci filar”.

>>> Czytaj też: Renault chce konkurować z Teslą i VW. Planuje wyprodukować nowy, większy samochód elektryczny

Problem natomiast mamy z najmłodszym, czterolatkiem. Choć wołamy na niego Kubuś, zgodnie z tym, co zapisane zostało w akcie urodzenia, to z bajkowym Puchatkiem ma wspólną tylko jedną rzecz – apetyt. Natomiast cała reszta wskazuje ewidentnie na Kubę Rozpruwacza. Wystarczy na trzy minuty zostawić go samego w pokoju, a nie ostanie się nawet farba na ścianach. Ja skręcam szafę z Ikei przez cztery godziny, on ją rozbiera w cztery sekundy. A starszego brata pierze tak, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy tego drugiego nie przepisać z zajęć piłkarskich na brazylijskie jujitsu, by mógł skuteczniej się bronić. Niestety sportowcy uprawiający tę sztukę walki fatalnie zarabiają, więc porzuciliśmy ten pomysł z troski o naszą emerytalną przyszłość. I co wieczór zastanawiamy się, co wyrośnie z tego najmłodszego. Przez chwilę nadzieją napawało nas to, że uwielbia samochody. Co oznacza, że w przyszłości mógłby być mną. Mógłby, gdyby nie to, że… muszę trzymać go z daleka od aut. W jednym pomazał tapicerkę, w drugim przeprowadził detailing zderzaka za pomocą śrubokręta, a w innym – jak to sam określił – „pokolorował nawigację”. A niedawno wyciągnął mi z torby kluczyki, samodzielnie odpalił auto stojące na podjeździe i zaczął wciskać gaz.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP