Poparcie dla Trumpa wyraził senator Lindsey Graham z Partii Republikańskiej, który stwierdził, że "cena zabijania i ranienia Amerykanów drastycznie wzrosła". Dodał, że śmierć Sulejmaniego to "znaczący cios dla irańskiego reżimu, który ma na rękach krew Amerykanów".

Senator Marco Rubio, również Republikanin, ocenił, że Irańczycy "wybrali ignorowanie ostrzeżeń", gdyż wierzyli, iż Trump "był ograniczony w działaniach przez nasze wewnętrzne polityczne podziały". "Mocno przekalkulowali" - uznał.

Joe Biden, faworyt do uzyskania prezydenckiej nominacji wyborczej Demokratów ocenił, że atakiem na Sulejmaniego Trump "wrzucił laskę dynamitu do beczki prochu". Jego zdaniem prezydent USA jest "winien Amerykanom wyjaśnienie strategii i planu utrzymania bezpieczeństwa naszych oddziałów i personelu ambasady, naszych ludzi i interesów (...)".

Drugi w sondażach Demokratów senator Bernie Sanders powiedział, że Trump "obiecywał zakończyć niekończące się wojny", a atak w Bagdadzie "stawia nas na drodze do kolejnej".

Biznesmen Andrew Yang, kolejny Demokrata, który chce wystartować w wyborach prezydenckich ocenił, że "wojna z Iranem to ostatnia rzecz, jakiej potrzebujemy i nie jest ona wolą Amerykanów". "Powinniśmy działać tak, by ograniczać napięcia i chronić naszych ludzi w regionie" - dodał.

Senator Tom Udall z Partii Demokratycznej uznał, że śmierć dowódcy sił Al-Kuds może narazić "amerykańskie siły oraz obywateli na niebezpieczeństwo". W jego ocenie może też spowodować, że Stany Zjednoczone zaangażują się na Bliskim Wschodzie w kolejną wojnę, której "Amerykanie nie popierają".

Na polecenie Trumpa amerykańskie wojsko zabiło szefa irańskich sił Al-Kuds generała Kasema Sulejmaniego - podał w oświadczeniu w nocy z czwartku na piątek Pentagon.

W dokumencie Sulejmani oskarżany jest o zorganizowanie w grudniu ataku na amerykańską bazę w Iraku, w której zginął jeden obywatel Stanów Zjednoczonych. Pentagon zarzuca mu też "wyrażenie zgody na ataki na ambasadę USA w Bagdadzie, które miała miejsce w tym tygodniu".

"USA będą nadal kontynuowały podejmowanie wszelkich odpowiednich działań, by chronić naszych ludzi i nasze interesy, gdziekolwiek na świecie się znajdują" - czytamy w oświadczeniu.

Trump nie skomentował śmierci Sulejmaniego. Po ataku na irańskiego generała zamieścił na Twitterze jedynie zdjęcie amerykańskiej flagi.

Wraz z Sulejmanim, wpływowym generałem i dowódcą elitarnej jednostki Al Kuds, zginął przywódca irackiej milicji Kataib Hezbollah Abu Mahdi al-Muhandis.

Ich zabójstwo potwierdziła iracka TV, rzecznik irackiej milicji i irańska Gwardia Rewolucyjna. Rakiety spadły na konwój samochodów milicji w rejonie terminala towarowego lotniska w Bagdadzie.

Rzecznik irackich Ludowych Sił Mobilizacyjnych, będących szeroką koalicją proirańskich milicji, Ahmed al-Assadi, odpowiedzialnością za ich śmierć obarczył "amerykańskich i izraelskich wrogów".

Wcześniej anonimowi przedstawiciele proirańskich milicji informowali nieoficjalnie, że w ataku zginęło pięciu ich członków i dwóch "ważnych gości". Według jednej z wersji mieli oni zostać zaatakowani zaraz po opuszczeniu przez Sulejmaniego samolotu.

Według pierwszych informacji, atak przeprowadzono przy użyciu rakiet, które wcześniej identyfikowano jako Katjusze, ale późniejsze doniesienia zdają się tego nie potwierdzać. Według niektórych źródeł ataku dokonano z pokładu śmigłowców wojskowych. W ataku zginęło łącznie osiem osób a dziewięć zostało rannych.

Associated Press podkreśla, że śmierć Sulejmaniego i al-Muhandisa może okazać się punktem zwrotnym w sytuacji na Bliskim Wschodzie i bez wątpienia spotka się ostrym odwetem ze strony Iranu i sił przez niego popieranych przeciwko interesom amerykańskim i izraelskim.

Były dowódca irańskich Strażników Rewolucji Mohsen Rezaei zapowiedział w piątek "zdecydowaną zemstę" na Ameryce za zabicie Sulejmaniego.

Minister spraw zagranicznych Iranu Mohammad Dżawad Zarif oświadczył, że zabójstwo było "wyjątkowo niebezpieczną i nierozważną eskalacją". "USA poniosą odpowiedzialność za wszelkie konsekwencje tego zbójeckiego awanturnictwa" - napisał Zarif na Twitterze.

Z Waszyngtonu Mateusz Obremski (PAP)