Co łączy brak wody w największej wsi w Polsce, problem z obwodnicą wschodnią i potencjalne cięcia kursów autobusów? Wbrew pozorom całkiem sporo. To historia o tym, jak amerykanizuje się Warszawa. Historia może skończyć się dodawaniem na potęgę nowych pasów ruchu na „wylotówkach” oraz konsekwentnym uciekaniem z miasta. Ale od początku.
Nie ma wody, gdy wracają z Warszawy
W kwietniu „Gazeta Wyborcza” alarmowała: w Józefosławiu nie ma wody. Największa wieś w Polsce (aż 14 tys. mieszkańców!) nie nadąża za rozbudową. Na polach wyrosły tam domki typu „kopiuj-wklej”, symbol statusu klasy średniej. Mają niewielkie, wąskie działki i wyglądają identycznie. Patrząc z lotu ptaka, można dostać oczopląsu. Dalej jednak nic się nie zgadza.
To nie wieś – nie ma tu bowiem rolników. Gęstość zabudowy jest wysoka, a więzi sąsiedzkie (podstawa dawnej wsi) nie różnią się od tych w miejskich blokach. Poza tym prawie nikt nie pracuje na miejscu – poza pracą zdalną. Wszyscy muszą dojeżdżać do Warszawy: z dziećmi do szkoły, z rodziną na zakupy czy samemu do pracy.
We wsi brakuje szkół, dobrych dróg, komunikacji publicznej czy nawet… wody. We wspomnianym artykule mieszkańcy donoszą, że gdy wszyscy przyjadą z Warszawy (z pracy, ze szkoły), biorą kąpiel, wstawiają zmywarkę i podlewają ogródek, lokalna sieć nie nadąża. I nie ma prawa nadążać, bo przecież to wieś – choć tylko z pozoru.
Węzeł Opacz na granicy
Drugi akt tego dramatu dzieje się między dwoma węzłami drogowymi: Opacz i Salomea. To łącznik między wspomnianą wsią a miastem. W tym miejscu zlewa się ruch z tras ekspresowych S8 i S2 i wpada do miasta. Stoją tu w korkach mieszkańcy wielu takich Józefosławiów.
Według szacunków ZDM w Warszawie tą jedną drogą codziennie przejeżdża aż 270 tys. samochodów. Dla porównania przeciążoną do granic możliwości autostradą A2 tuż pod Warszawą (Pruszków–Konotopa) „jedynie” 110 tys.
Zresztą cała zachodnia część obwodnicy Warszawy jest tak przeciążona, że drogowcy wkrótce... domalują po jednym pasie ruchu. Tak, to nie żart – przesuną pasy i zmniejszą pobocze, żeby zmieściło się jeszcze więcej samochodów. Zmiany na S8 mają zostać przeprowadzone po wakacjach.
„Wyrwa” na wschodzie
Gdy na zachodzie kierowcy stoją w korkach na obwodnicy, na wschodzie sznurki samochodów wjeżdżają prosto do miasta – i to nawet ci, którzy są tu tylko przejazdem. To efekt niedokończonego układu drogowego. Do Warszawy samochody wlewają się z trzech obwodnic, ale nie ma czwartej. Miejskie drogi rozjeżdżane są przez tych, którzy powinni uciec na Wschodnią Obwodnicę Warszawy (WOW), czyli brakujący odcinek S17.
Przez błędy urzędników nie ma szans, żeby ta droga powstała w obecnej dekadzie. Ale w tym czasie nie będzie też „małej” obwodnicy – od ronda Wiatraczna do ronda Żaba. To inwestycja-żart, zapowiadana przez kolejne władze od dwóch dekad.
Sytuacja jest na tyle alarmująca, że urzędnicy (miejscy i krajowi) równolegle mówią o aż trzech obwodnicach (!) na wschodzie:
- miejskiej,
- „zwykłej” (WOW),
- i aglomeracyjnej (AOW).
Ponurym żartem jest to, że wszystkie mogą być budowane w jednym czasie… dopiero w latach 30. To może być moment, gdy coraz więcej osób będzie uciekać z miasta.
Ucieczka z miasta
W Warszawie powoli zaczyna działać mechanizm błędnego koła. Według badania ruchu każdego dnia do stolicy „wlewa się” 850 tys. samochodów. Większość z nich to nie tranzyt, a ruch lokalny lub aglomeracyjny. Dla porównania w 2015 roku było to 480 tys.
W tym czasie liczba mieszkańców Warszawy zwiększyła się o 120 tys. osób, ale w pobliskich gminach przybyło aż 180 tys. Widać prosty trend. Coraz więcej osób wybiera „amerykański sen”: domek pod miastem i codzienne dojazdy samochodem. Być może wielu z nich nie chce już żyć w głośnym i… zakorkowanym mieście.
W ten sposób z biegiem lat problem jeszcze się pogłębi. Po powiększeniu autostrady czy rozbudowie S8 przepustowość wzrośnie – przez chwilę będzie teoretyczny spokój na drogach dojazdowych. Ale problem nie ucieknie.
Jak temu zapobiec?
Co zrobić, żeby więcej osób wróciło do Warszawy albo żeby chociaż zatrzymać zły trend? To pytanie po publikacji Warszawskiego Badania Ruchu non stop powinni zadawać sobie miejscy urzędnicy. Bo sytuacja jest zła z kilku powodów.
Po pierwsze powoduje gigantyczne korki w samym mieście, po drugie zmniejsza wpływy z podatków (bo to mieszkańcy, którzy „uciekli” na przedmieścia), a po trzecie – co też wynika z raportu – przekłada się na mniejsze zainteresowanie komunikacją miejską. Czyli: w czarnym scenariuszu będą spadać dochody, więc potrzebne będą cięcia kursów autobusów i tramwajów. A to doprowadzi do… dalszej ucieczki z miasta.
Być może pewnym rozwiązaniem jest współpraca aglomeracyjna. Władzom Józefosławia wcale nie jest po drodze z taką liczbą nowych mieszkańców. Tym bardziej że trzeba będzie zapewnić im całą potrzebną infrastrukturę. A przecież szkoły w Warszawie są coraz bardziej puste. Dlaczego budować je pod miastem?
Innym rozwiązaniem może być rozbudowa transportu miejskiego. Przykłady z wielu miast – choćby Łodzi – pokazują, że tramwaj może wyjeżdżać poza rogatki miasta. Albo metro kończyć bieg już za administracyjną granicą.
Wszystko sprowadza się do jednego: do spójnej polityki urbanistycznej i pomysłu na transport aglomeracyjny. Na razie każdy sobie rzepkę skrobie. Wybiera to, co dla niego najlepsze i najłatwiejsze, a samorządy nie zawsze chcą współpracy. Przykładem jest Otwock, który zupełnie zrezygnował ze wspólnych kursów z WTP.
Tak więc korki robią się coraz większe. Stany Zjednoczone są tu studium przypadku: zapchane metropolie z autostradami po 8–10 pasów, które stoją w godzinach szczytu. I żółte autobusy, które zbierają dzieci z osiedli, by dowieźć je do oddalonej o wiele kilometrów szkoły. Czy Warszawa, cała aglomeracja, chce to powtórzyć?
