W ostatnim wydaniu „The Economist” znajdują się dwa teksty na temat tego, jak popularne badania nad nierównościami prowadzone przez takich ekonomistów jak Thomas Piketty czy jego współpracownicy Emmanuel Saez i Gabriel Zucman, mówiące o tym, że bogaci bogacą się, a biedni biednieją, zostały zakwestionowane przez innych naukowców. Ostatnio Gerald Auten z Biura Analiz Podatkowych Departamentu Skarbu USA oraz David Splinter z Komisji ds. Podatków Kongresu USA zakwestionowali sposób, w jaki Piketty, Saez i Zucman wykorzystali dane podatkowe, by dojść do wniosku, że udział najbogatszych Amerykanów w dochodzie narodowym w ostatnich dziesięcioleciach szybko wzrósł, podczas gdy udział najbiedniejszych 50 proc. spadł. Z kolei Auten i Splinter obliczyli, że udział w dochodzie zarówno najbogatszych, jak i najbiedniejszych od lat 60. ledwo się zmienił.

Istnieje wiele innych publikacji – wymienionych przez Autena i Splintera, w „The Economist” i innych gazetach – które również kwestionują metody stosowane przez Piketty’ego i jego współpracowników. Główny powód tej zagwozdki jest taki, że dane podatkowe rysują niekompletny i często trudny do zinterpretowania obraz podziału dochodów. Systemy podatkowe są złożone, różne rządy decydują się nie opodatkowywać wielorakie rodzaje dochodów, i rzecz jasna ludzie – bogaci i biedni – oszukują na swoich zeznaniach podatkowych. Pomiar nierówności majątkowych staje się coraz bardziej skomplikowany:  ponieważ tak niewiele krajów ma obecnie podatki majątkowe, możliwe są jedynie domysły na temat tego, jak przedstawia się podział bogactwa na świecie.

>>> Czytaj też: Jak Rosja zareaguje na śmierć generała? Jedyny plan B Putina to Erdogan [OPINIA]

Piketty, Saez, Zucman i wraz z listą innych sygnatariuszy 7 stycznia wydali obszerną odpowiedź na krytykę popularnej narracji o nierówności, wskazując, że wszystkie argumenty oparte na danych można rozstrzygnąć za pomocą konkretnych danych. The World Inequality Database, na której opiera się większość ich badań, jest kompilacją informacji z oficjalnych, półoficjalnych i nieoficjalnych źródeł – od rządowych statystyk po szacunki dziennikarzy. Ekonomiści argumentują, że jest to jedyne możliwe podejście, skoro rządy nie udostępniają wystarczająco dobrze zorganizowanych, solidnych danych.

„Niezwykle istotne jest, byśmy opracowali uznawane na całym świecie zestawienie wskaźników i metod śledzenia dochodów i bogactwa” – pisze m.in. Piketty. „Rządowe agencje statystyczne powinny publikować poziomy dochodów i zamożności najbogatszego 1 proc., 0,1 proc. i 0,001 proc., jak również podatki płacone przez te grupy”.

Dostęp do oficjalnych danych na temat bogactwa i nierówności dochodów byłby świetny – dla celów badawczych. Jeśli udałoby się uzgodnić jeden standard, to tylko wnioski i zalecenia dotyczące polityki byłyby otwarte do dyskusji. Ale pomijając trudności (trzeba by ujednolicić wskaźniki w wielu krajach o bardzo zróżnicowanych systemach podatkowych i poziomach uchylania się od płacenia podatków), należy się zastanowić, czy jest sens tak bardzo martwić się o „najbogatszy 1 proc., 0,1 proc. i 0,001 proc.”.

>>> Czytaj też: USA nie chcą naszego długu, Japonia tak. Skąd niechęć do pożyczania polskiemu rządowi?

Piketty i reszta argumentują, że te „wieki ciemne nierówności”, w których żyjemy, niosą ze sobą ryzyko dla demokracji i są trudne do zaakceptowania w świecie, w którym globalne giganty technologii i kart kredytowych wiedzą tak wiele o każdym z nas. Zwracają również uwagę, że „to, czy nierówność jest do zaakceptowania – i czy należy coś w ogóle z tym zrobić – jest kwestią wyboru”. Bez emocji, np. zazdrości, wybór ten staje się jednym z celów. Czy większa równość ekonomiczna jest celem samym w sobie? Czy też może istnieje inny, wyższy cel – jak np. uczynienie ludzi szczęśliwszymi?

Jeśli tak, warto przyjrzeć się niedawnej próbie związanej z powszechnym dochodem podstawowym w Finlandii. Pokazała ona, że wypłacanie ludziom bezwarunkowego dochodu nie pomaga bezrobotnym w znalezieniu pracy, ale czyni ich szczęśliwszymi. W rzeczywistości nie chodzi przecież o osiągnięcie statystycznie większego poziomu równości z najbogatszym 0,001 proc.. Dla większości ludzi nie jest to istotne. Dzięki temu, że podstawowe dochody zastępują świadczenia wyliczane na podstawie stanu majątkowego, ludzie czują się mniej zestresowani: nie muszą udowadniać, że potrzebują pomocy od reszty społeczeństwa.

Szczęście jest zbyt złożonym zjawiskiem, by można je było mierzyć wyłącznie na podstawie dochodów i podziału bogactwa. Nierówność jest jednym z czynników wpływających na miejsce danego kraju w rankingach szczęścia, ale np. Kostaryka, która w raporcie nt. szczęścia na świecie w 2019 roku zajęła 12. miejsce, ma około dwukrotnie wyższy poziom nierówności niż Czechy, które zajmują 20. miejsce. Niekoniecznie jest tak, że kraje nordyckie są najszczęśliwsze na świecie tylko dlatego, ponieważ zajmują wysokie miejsca w rankingach dochodów i równości majątkowej. W większości krajów to inne czynniki mają wpływ na poziom szczęścia: ogólne bogactwo państwa, przeciwdziałanie korupcji czy zapewnienie bezpieczeństwa socjalnego.

Jeśli celem jest szczęście, to śledzenie dochodów najbogatszych może nie być warte zachodu. Opracowanie standardowego zestawu wskaźników, które należy poprawić, aby ludzie byli bardziej zadowoleni ze swojego życia, miałoby większy sens politycznie. To większe zadanie niż rewizja systemu rachunków narodowych ONZ, do której Piketty i inni badacze nierówności przyczyniają się swoją pracą. W porządku, że eksperci skupiają się na nierównościach – niekoniecznie na najbogatszym 1 proc. i dystrybucji bogactwa. Jednak rządy powinny mieć szerszą perspektywę.

>>> Czytaj też: Pracujący za granicą Polacy wrócą do kraju? Najprostsze wyliczenia ich zniechęcają