Uparł się, nie chciał, nie wiadomo dlaczego – tak ważny polityk PiS skwitował efekty namawiania prezydenta Andrzeja Dudy do osobistego zabrania głosu po ataku Putina na Polskę.

– Zachęcali go do wystąpienia prawie wszyscy ludzie jego „dworu”, za wyjątkiem Krzysztofa Szczerskiego – precyzuje jeden ze współpracowników głowy państwa. Tłumaczy, że prezydent nie lubi nagłych zmian w poczynionych wcześniej planach. Co więcej, Duda poczuł się nagabywany przez opozycję, a wręcz dotknięty obcesowym wzywaniem go do tablicy przez Małgorzatę Kidawę-Błońską.

Bez gryzienia trawy

I w tym przypadku merytorycznie miał rację. Zupełnie wystarczyło stanowisko premiera Morawieckiego. Więcej nawet: żądanie, aby głos koniecznie zabrał prezydent, dowartościowywało Putina. Opozycja wytworzyła psychozę nieobecnej głowy państwa po to, aby poczuć grunt pod nogami w kampanii, aby wreszcie ją zacząć, aby znaleźć temat.

Jednak dla Andrzeja Dudy to była okazja, żeby o sobie przypomnieć. Dzięki niej twardy odpór dany Rosji kojarzono by właśnie z nim. Tylko że prezydent ma zamiar prowadzić kampanię we własnym tempie. Jest przekonany, że podróżami po kraju zapewnił już sobie spokojną obecność w sercach i umysłach Polaków. Dlaczego ma przerywać zimowe wakacje? Bo ktoś go nazywa dodatkiem do nart? Nie musi już gryźć trawy jak pięć lat temu.

Jeden z prezydenckich ministrów wykłada rozumowanie dominujące w pałacu: – W pierwszej turze Andrzej i tak będzie pierwszy. A w drugiej? Wątpliwe, aby Kidawa -Błońska, typ wielkomiejskiej liberałki, pozyskała cały elektorat PSL czy choćby lewicy. Lewicowcy mogą zostać w domu. Część elektoratu Kosiniaka-Kamysza może nawet zagłosować na urzędującego prezydenta. A gdy dodać wyborców prawicowej Konfederacji, widać zarys bezpiecznej górki.

Mocne argumenty. Czy ta pewność siebie nie jest jednak zdradliwa? Bronisław Komorowski także miał ileś racjonalnych przesłanek, aby być przekonanym o swojej wiecznej hegemonii. Wszystko załamało się pod naporem zdarzeń, którym zawsze warto pomóc.

Ze strony partyjnej centrali na Nowogrodzkiej popłynęła do prezydenta jedna sugestia: w jego sztabie wyborczym ma nie być Marcina Mastalerka, który podpadł prezesowi Kaczyńskiemu podczas kampanii w 2015 r. Rzecz w tym, że na razie żaden sztab nie istnieje. Prezydent na ponad cztery miesiące przed wyborami jest pewien, że jego normalna aktywność wystarczy. Nie ma sensu niczego dodatkowo wymyślać. Jakość konkurentów utwierdza go w przekonaniu, że ma rację.

Na przykład amerykańscy prezydenci walczący o reelekcję zawsze starali się wytwarzać wrażenie, że w czasie kampanii „zwyczajnie pracują”. Naturalnie polska głowa państwa jest w zupełnie innej pozycji, bo przy słabości ustrojowej urzędu musi o sobie choć trochę poprzypominać wyborcom. Ale przyjmijmy, że mamy do czynienia z naturalnym faworytem, który musi raczej się pilnować, żeby czegoś nie popsuć, niż nieustannie narzucać Polakom. I tak dostrzegamy w rozmaitych decyzjach Andrzeja Dudy z ostatniego czasu rys co najmniej kontrowersyjny, nacechowany ryzykiem. Choć dający się wytłumaczyć.

>>> Polecamy: Co będzie przedmiotem kampanii Hołowni? "Spotkam się z ludźmi i zdiagnozuję"