Słyszę, że Austriacy rozumieją naszą „Halkę”.

U nas „Halka” to elementarz, dzieło, które potrafi zanucić niemal każdy. Na świecie jest jednak praktycznie nieznana. Trudno to sobie wyobrazić, ale zamówienie opery wiedeńskiej jest jednym z jej pierwszych wystawień w poważniejszym teatrze.

Wcześniej nikt jej nie chciał?

Niestety. Były jedynie występy gościnne.

Bo słaba? Bo Moniuszko jest nudny?

Była postrzegana jako utwór anachroniczny, hermetyczny, opowiadający o historii odległej, może ważnej, lecz zrozumiałej tylko dla Polaków. Podobnie jest zresztą postrzeganych wiele innych naszych autorów – jak choćby Mickiewicz, Słowacki czy Schulz – którzy wciąż wymagają odkrycia.

Walka o wolność, o niepodległość, do tego nieszczęśliwa miłość – to tematy uniwersalne.

Tak, jeżeli nada im się uniwersalne znaczenie. Myślę, że mogły pojawiać się wątpliwości, czy to dzieło ma siłę autonomiczną.

I pan też miał wątpliwości, ale skoro był Rok Moniuszkowski, to trzeba było „Halkę” wystawić?

„Halka” została zamówiona przez Wiedeń już cztery lata temu, Rok Moniuszki to szczęśliwy zbieg okoliczności. To, że ma to być spojrzenie z zewnątrz, publiczności wolnej od założeń i oczekiwań, przesądziło, że zdecydowałem się na realizację. Postanowiłem „Halkę” zobaczyć na nowo.

Cały wywiad z Mariuszem Trelińskim przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP