Od kilku lat w odpowiedzi na zamachy terrorystyczne w Belgii i Francji czteroosobowe patrole wojskowe żołnierzy z długą bronią pilnują ulic największych belgijskich miast. Dowództwo belgijskiej armii uważa jednak, że należy z tym skończyć.

„Konieczne jest rozsądne wykorzystywanie ograniczonych zasobów obronności kraju. W tym kontekście niezbędne jest znalezienie strukturalnego rozwiązania wspierającego policję, aby wojsko mogło ponownie skoncentrować się na swojej głównej misji. Bezpieczeństwo Belgii zaczyna się za granicą i tam leży nasze powołanie” - powiedział Compernol gazecie "De Standaard".

Jak informuje portal Brussels Times, całkowity koszt obecności wojskowej na ulicach w ciągu ostatnich pięciu lat wyniósł około 200 mln euro. Minister obrony Philippe Goffin powiedział w grudniu, że planuje zmniejszyć liczbę żołnierzy na ulicach, ale minister spraw wewnętrznych Pieter De Crem zareagował na to zaskoczeniem, wskazując, że nic nie zostało jeszcze ustalone.

Pięć lat temu w styczniu rozpoczęła się operacja wojskowa "Vigilant Guardian", w ramach której na ulicach Brukseli i innych miast Belgii pojawiły się patrole wojskowe.

Pierwotnym jej powodem był atak w Paryżu w 2015 roku na redakcję satyrycznego tygodnika "Charlie Hebdo", a następnie likwidacja islamskiej komórki terrorystycznej w Verviers, podczas której dwóch mężczyzn zastrzelono, a jednego aresztowano.

Personel wojskowy został rozmieszczony w miejscach uważanych za wrażliwe, w tym przy ambasadach (w szczególności USA, Wielkiej Brytanii i Izraela) oraz instytucjach religijnych, zwłaszcza żydowskich.

Początkowo w operację zaangażowanych było 150 żołnierzy, jednak po atakach na lotnisko Zaventem i stację brukselskiego metra Maelbeek 22 marca 2016 roku liczba ta wzrosła do 1 800 żołnierzy. Z czasem ograniczono ją do 550.

W 2017 roku patrole stały się znów aktywniejsze po zastrzeleniu niedoszłego zamachowca na dworcu centralnym w Brukseli i zaatakowaniu nożem dwóch żołnierzy również w centrum stolicy.

Z Brukseli Łukasz Osiński (PAP)