Europejczycy przez stulecia uczyli się, jak radzić sobie z nowymi chorobami. Dzięki tym doświadczeniom potrafili stawiać czoło nawet najbardziej zaskakującym plagom
O nowym rodzaju koronawirusa nadal wiadomo niewiele. Choroba opatrzona kodem COVID-19 na pewno jest bardziej zakaźna, niż początkowo sądzili naukowcy. Statystycznie częściej przegrywają z nią walkę mężczyźni. Dlaczego – jeszcze nie wiadomo. Wciąż brak jest też odpowiedzi na wiele innych kluczowych pytań, w tym – kiedy uda się stworzyć skuteczne lekarstwo i szczepionkę zabezpieczającą przed wirusem. W sytuacji, gdy każde nowe ognisko epidemii podsyca stan paniki, najskuteczniejszym orężem w walce z zagrożeniem okazują się metody, jakie mieszkańcy Zachodu dopracowywali przez wieki. Europejczycy wielokrotnie byli zaskakiwani przez patogeny pochodzące z innych kontynentów, zazwyczaj dużo niebezpieczniejsze niż COVID-19.

Zabójca z Chin

Reklama
Odcięcie we wczesnym średniowieczu Europy od Azji przez Arabów, a następnie Turków sprawiło, że przez kilkaset lat nie odnotowywano tu wielkich epidemii. Po przywleczonej z Chin dżumie, która w 541 r. zdziesiątkowała ludność Cesarstwa Bizantyjskiego, a potem równie mocno dotknęła resztę Starego Kontynentu, na kilka stuleci zapanował spokój. Błogą izolację przełamał w październiku 1347 r. kupiecki statek, który zawinął do portu w Messynie. Na pokładzie, poza towarami z leżącej na Krymie Kaffy, przywiózł zapchlone szczury zakażone bakteriami dżumy. Zaowocowało to katastrofą, która kosztowała życie – wedle różnych szacunków – od 30 do nawet 50 proc. mieszkańców kontynentu. Uderzenie było tak szybkie i zaskakujące, że przerażonym ludziom pozostały jedynie modlitwa i panika. „Jednym z najlepiej widocznych skutków zbliżającej się zarazy była migracja ludności z zagrożonego miasta lub okolicy. Uznanie ucieczki za najskuteczniejszą formę uchronienia się przed morem posiadało bardzo starą metrykę. Polecał ją już słynny grecki medyk Hipokrates” – opisuje Andrzej Karpiński w książce „W walce z niewidzialnym wrogiem”.
Jednak masowe ucieczki oznaczały roznoszenie epidemii do kolejnych ośrodków. Dlatego wraz z nawrotami dżumy, które regularnie dotykały Europę aż do XVIII w., nauczono się chronić przed uciekinierami. Władze miast wydawały nakazy zamykania bram, surowo zabraniając wpuszczania obcych. Gdy epidemia dżumy w okolicy długo nie wygasała, robiono wyjątki, choćby po to, by umożliwić uzupełnienie zapasów żywności. Medycy otrzymali prawo wydawania ludziom, którzy musieli przemieszczać się po kraju, świadectw zdrowia, nazywanych „paszportami”. „Wszystkich podejrzanych i pragnących wjechać do miasta bez stosownego zezwolenia, z wyłączeniem Żydów, których z zasady nie wpuszczano, oddelegowywano do specjalnie przygotowanych miejsc, gdzie odbywali kwarantannę” – opisuje Liliana Górska w opracowaniu „Dżuma – epidemia duszy i ciała? Sposoby zwalczania dżumy w nowożytnym Gdańsku”.
Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP