Własność prywatna i ograniczenie roli właścicielskiej państwa od początku transformacji gospodarczej w Polsce nie zyskały powszechnej akceptacji. W efekcie hasła repolonizacji, renacjonalizacji czy wręcz nacjonalizacji padły w ostatniej dekadzie na podatny grunt. Panika związana z koronawirusem jeszcze wzmocni mandat społeczny do etatyzacji gospodarki. Przekonanie, że państwo jest dobrym regulatorem i właścicielem, że tylko na nie można liczyć w potrzebie, daje ludziom poczucie bezpieczeństwa i ochrony przed wciąż nieznanymi skutkami pandemii.

Wszystko w rodzinie

Początek ponownej etatyzacji gospodarki i próby budowy narodowych czempionów przypadł na drugą kadencję PO-PSL, kiedy firmy energetyczne przystąpiły do odkupowania aktywów wystawianych na sprzedaż przez zagranicznych właścicieli – nie tylko tych wcześniej sprywatyzowanych, lecz także zbudowanych u nas od podstaw. Proces ten znacząco przyspieszył po dojściu do władzy Prawa i Sprawiedliwości w 2015 r. Nastąpiła wtedy zasadnicza zmiana paradygmatu gospodarczego: własność prywatna została zepchnięta na drugi plan, a państwo jako właściciel otrzymało polityczną carte blanche do działania. Symbolem tego zwrotu było całkowite wstrzymanie prywatyzacji. Ewentualne przejęcia majątku państwowego zaczęły odbywać się „w rodzinie”, czyli w fuzjach i przejęciach po obydwu stronach transakcji stał rząd. Na dobre rozkręciło się też odzyskiwanie kontroli nad majątkiem wcześniej sprywatyzowanym oraz przejmowanie firm prywatnych „od zawsze” – np. takich, które popadły w kłopoty finansowe lub robiły interesy na styku z państwem, szczególnie w branżach uznanych za strategiczne. Było to przekroczenie cienkiej, czerwonej linii między renacjonalizacją a czystą nacjonalizacją. Od tamtego momentu konsekwentnie idziemy w kierunku gospodarki zdominowanej przez państwo, przypisujące sobie najwyższe kompetencje ekonomiczne.

W praktyce wiele działań gospodarczych jest motywowanych politycznie, podejmowanych bez oglądania się na realia rynkowe. Takim fatalnym przykładem było zaprzęgnięcie energetyki do ratowania upadających kopalni. Ostatecznie przyniosło to dotkliwe straty, a niezreformowana branża górnicza ponownie stanęła przed widmem potężnego kryzysu. Zupełnie jak w PRL-u państwo ma znać się na wszystkim: od budowy tramwajów i produkcji rur po przeładunek kontenerów i obsługę kolejek górskich.

Ulica jednokierunkowa

Pandemia koronawirusa to woda na młyn zwolenników dalszego, głębokiego zaangażowania państwa w gospodarkę. Obecna sytuacja to dla nich pretekst, aby uzasadnić każdy ruch – nie tylko regulacyjny, lecz także właścicielski. O ile dotychczas takie transakcje były jednostkowe (choć kapitałowo często na dużą skalę, jak przejęcie banku Pekao SA), o tyle gospodarka w kryzysie otworzy możliwości ekspansji państwa na nieznaną dotąd skalę. Zwłaszcza że będzie ono bardziej uprzywilejowane pod względem dostępu do kapitału niż jakikolwiek prywatny właściciel. Państwo kontroluje jedną trzecią sektora bankowego, ale również poza nim może zapewnić sobie wręcz nieograniczone możliwości gwarancyjne i kapitałowe. I dzięki temu śmiało ruszyć na zakupy poprzez swoje spółki i agendy. Pierwsze sygnały wzrostu apetytu władzy już są: np. Polski Fundusz Rozwoju otrzymał możliwość obejmowania nie tylko nowych udziałów w firmach, lecz także tych już istniejących. W praktyce będzie mógł zatem odkupować je od dotychczasowych właścicieli, również prywatnych. Niewykluczone, że dla niektórych będzie to atrakcyjna opcja dezinwestycji.

Pierwszorzędną rolę w ratowaniu firm w czasach kryzysu powinni odegrać właściciele. Może być ich jednak nie stać na dokapitalizowanie albo nie zechcą tego zrobić ze strachu, że nie odzyskają już zainwestowanych nakładów. Kryzys finansowy z 2008 r. pokazał, z jak ogromną niechęcią akcjonariusze podchodzili do ratowania własnych banków, kiedy przyszło do wyłożenia na nie kolejnych pieniędzy. I w tej sytuacji nie było alternatywy dla nacjonalizacji.

Ktoś powie: „I co w tym złego, że państwo zaangażuje się kapitałowo w przejmowanie firm w czasie kryzysu?”. Nic złego. Nacjonalizacja pozwala ograniczyć straty, które wystąpiłyby, jeśli rząd nadal pełniłby tylko funkcję „nocnego stróża”, jak chcieliby liberałowie. Jest tylko jedno „ale”.

Konieczna opcja „out”

Co nas odróżni od dojrzałych gospodarek wyciąganych z kryzysu przez rząd? Brak propozycji ścieżki wyjścia z takich inwestycji ratunkowych. Można to porównać do jednokierunkowej ulicy, którą gna państwowy właściciel, skupując po drodze wszystko, na co ma ochotę. W dojrzałych gospodarkach, które również wychodziły z kryzysów z pomocą rządu, mamy do czynienia z ulicą dwukierunkową: państwo w pewnym momencie zawraca, gdy poprawi się sytuacja, i sprzedaje – często z zyskiem – to, co wcześniej kupiło. Tak np. zrobili Szwedzi, którzy na początku lat 90. ubiegłego wieku z powodu kryzysu musieli znacjonalizować kluczowe banki. Gdy postawili je na nogi, to sprzedawali je na aukcjach albo poprzez giełdę, jeśli akcje odzyskały wartość. Nie było wiadomo, kiedy to nastąpi, ale od początku komunikat był jasny: banki staną się znowu prywatne, jak tylko powróci zyskowność i ustąpi ryzyko systemowe. Podobną sytuację mieliśmy po kryzysie finansowym z 2008 r., który spowodował falę nacjonalizacji w USA i Europie. W Wielkiej Brytanii przykładem wejścia i wyjścia państwa są Lloyds oraz Royal Bank of Scotland (nawet jeśli akcje nie odzyskały pierwotnej wartości).

Właśnie różnica w podejściu do nacjonalizacji różni obecnie Polskę od dojrzałych rynków. To, co gdzie indziej ma być przejściowe, u nas ma się stać rozwiązaniem docelowym. Alternatywą byłaby kolejna fala prywatyzacji po otrząśnięciu się gospodarki i firm ze skutków kryzysu. To niewyobrażalne przy obecnie obowiązującym paradygmacie gospodarczym, co oznacza, że właśnie pędzimy ulicą jednokierunkową. Niestety na jej końcu możemy zderzyć się ze ścianą, którą okaże się trwała utrata konkurencyjności polskiej gospodarki, zdominowanej przez państwowe firmy, działające w każdej dziedzinie życia gospodarczego. Długoterminowo może to być bardzo wysoka cena obecnego kryzysu i już teraz warto pomyśleć, co zrobić, aby uniknąć konieczności jej płacenia.

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP.