Zacznijmy od wyjaśnienia do czego w istocie sprowadza się kredyt „frankowy”? Jest on kredytem złotowym z mechanizmem indeksacji, który wraz z umową banku z trzecią, nieznaną klientowi stroną, czyni z tego kredytu rodzaj zakładu o kurs waluty. W tym zakładzie o kurs waluty szwajcarskiej stronami zakładającymi się są: klient („zwykły Kowalski”) oraz jego oponent: duża, nieznana nam, instytucja finansowa - być może fundusz hedgingowy lub bank inwestycyjny, z którym bank w Polsce umawiał się na FX SWAP. Banki nie ujawniają z jakimi podmiotami zawierały te umowy zasłaniając się tajemnicą handlową, strzeżoną jeszcze pilniej, niż wysokość wynagrodzeń w NBP.

>>> Czytaj wywiad: Prof. Mielus: Przy finansowaniu kredytów frankowych swapami nie było żadnej spekulacji

Bank to kasyno

Bank pełni w tym zakładzie rolę pośrednika (kasyna) zawierając z jednej strony umowę z klientem na kredyt indeksowany lub denominowany do waluty, a z drugiej strony zawiera umowę FX SWAP z dużą instytucją finansową. Naiwnie rzecz ujmując: klient powinien swoimi działaniami dążyć do osłabienia franka, tak jak duża instytucja finansowa – jego przeciwnik – dążyła do umocnienia franka np. wpływając na to, by jego klienci oszczędzali we franku. W tym zorganizowanym przez banki zakładzie walutowym kredytobiorca miał mniejsze szanse na wygraną niż Huragan Bodzanów w starciu z Realem Madryt. Jednak swojej, od początku straconej pozycji, polski kredytobiorca był całkowicie nieświadomy. Zatajenie przed klientem informacji o zabezpieczeniach FX SWAP stosowanych przez bank i ich konsekwencjach miało kluczowe znaczenie dla dramatu, który rozegrał się w kolejnych latach i utraty całego majątku przez dziesiątki tysięcy klientów kredytów „walutowych”, którzy zostali zlicytowani przez banki .

Broniąc banków profesor Mielus twierdzi, że „(bankowcy) nie przewidzieli tylko tego, że rynek w 2008 r. zupełnie się zmieni”. To bardzo źle świadczy o polskiej bankowości w tamtym okresie, bowiem jak zauważa dr Paweł Olsza w pracy „Wpływ kryzysu finansowego na rynek transakcji fx swap w Polsce”, już od 9 sierpnia 2007 rynek walutowy dotknięty był kryzysem i banki płaciły coraz więcej punktów za transakcje swapowe. Mimo to banki coraz szybciej rozkręcały karuzelę kredytów „frankowych”.

Reklama

Krótka sprzedaż i operacje spekulacyjne, w których brały udział banki

W dalszej części wywiadu profesor Mielus twierdzi coś, co jest ewidentną pomyłką: „Krótka sprzedaż miałaby miejsce wówczas, gdyby (banki) się lewarowały.” Jednak zgodnie z definicją krótka sprzedaż polega na tym, że sprzedaje się coś, czego się nie ma. Samo lewarowanie nie decyduje o tym, czy mamy do czynienia z krótką sprzedażą. Nie trudno domyślić się, że profesor Mielus próbował w ten sposób rzucić koło ratunkowe bankom, bo „krótka sprzedaż” jako żywo kojarzy się ze spekulacją. I skojarzenie to jest jak najbardziej prawidłowe, bo banki po pierwszej nodze swapa walutowego miały pozycję krótką na franku.

Przejdźmy wreszcie do rozpaczliwej próby obrony banków w stwierdzeniu „Żadnej spekulacji nie było”. Nawet eksperci Międzynarodowego Funduszu Walutowego, których trudno posądzać o antypatię wobec sektora bankowego, nazywają rzeczy po imieniu, mówiąc wprost o działaniach spekulacyjnych w związku z operacjami carry trade i ubezpieczaniem ryzyka przez banki w kredytach „walutowych” na rynkach Europy Wschodniej, w tym na rynku polskim. W pracy MFW “FX Swaps: Implications for Financial and Economic Stability” scenariusz, w którym bank ubezpiecza swoje ryzyko transakcjami swapowymi strona tej transakcji zarabiająca na carry trade nazywana jest wprost „spekulantem” i nie ma w tym określeniu nic obraźliwego. Jest to stwierdzenie faktów. Banki w Polsce zataiły przed klientami „frankowymi”, że ich kredyty są częścią operacji spekulacyjnych i słusznie obawiają się teraz konsekwencji.

W trakcie wywiadu pada również stwierdzenie„… gdybyśmy mieli napływ kapitału generujący umocnienie złotego, to pojawiłyby się inne problemy, np. związane z nierentownością eksportu.” Śledząc zachowanie polskiej waluty i konsekwencji carry trade w latach 2004-2008 przy zawieraniu transakcji swapowych widać, że doszło właśnie do umocnienia złotego, wbrew długoterminowemu trendowi. Z tego właśnie powodu w kłopoty popadło setki przedsiębiorstw tracących na eksporcie, którym banki rzuciły „betonowe koło ratunkowe” w postaci opcji walutowych doprowadzając je w wielu przypadkach do bankructwa. Mechanizm „finansowania” opcji walutowych był zresztą bliźniaczo podobny do kredytów „frankowych”.

To się nie miało prawa udać

Oczywiste jest, że przy takiej skali kredytów „frankowych” każdy ze sposobów finansowania miał swoje przełożenie na kurs złotego, ale każdy generował inne ryzyko po stronie klienta. W przypadku finansowania FX SWAP-ami ryzyko to było największe. Stwierdzając, że „sposób finansowania kredytów swapami nie miał żadnego wpływu na koszt finansowania dla klienta” prof. Mielus przeczy swojej wcześniejszej tezie: „Gdyby (banki) inwestowały nie za pożyczone, tylko kupowały na rynku, byłoby większe zainteresowanie złotym i jego kurs byłby wyżej.” Należy dziś uznać za fakt, że nie było takiej formy finansowania kredytów „frankowych”, która pogodziłaby opłacalność tego produktu dla banków z niskimi kosztami i bezpieczeństwem zarówno banku jak i klienta. To się nie miało prawa udać. Dlatego z perspektywy czasu należy oddać słuszność Związkowi Banków Polskich, że sugestia z listopada 2005 roku, by zakazać ich udzielania - była słuszna. Szkoda, że zabrakło w niej rzeczowych argumentów ostrzegających przed stosowaną przez banki formą „finansowania” tych kredytów i wytransferowaniem z Polski miliardów złotych do rąk instytucji spekulacyjnych, ze szkodą zarówno dla klientów jak i sektora bankowego. Zabrakło też ostrzeżenia, że umowy prawne oparte na indeksacji do waluty są nieuczciwe i banki po latach zapłacą za swoje cwaniactwo wyrokami.

Jak zauważa profesor Piotr Mielus „W efekcie w latach 2008-2015 polskie banki traciły na swapach duże pieniądze.” Banki rzeczywiście traciły dość duże pieniądze na SWAP-ach, ale wszystkie te koszty - związane zarówno z odsetkami, jak i kwotami kapitału - przerzucały na klientów. W wyniku rozliczania transakcji swapowych doszło do wytransferowania za granicę sum wielomiliardowych. Jeżeli jeszcze pamiętacie państwo kwoty wymieniane przez KNF, które padały w związku z niedoszłymi do skutku projektami ustaw zrównujących kredyty „frankowe” ze złotowymi, to kwoty te w uproszczeniu odpowiadały tym, które banki straciły na forexie w wyniku transakcji FX SWAP. Tych pieniędzy w Polsce już nie ma i pozostaje tylko do rozstrzygnięcia przez sądy, czy zapłacą za to banki, czy klienci „frankowi”. Na straty te należy patrzeć nie tylko w kontekście tragedii tysięcy rodzin, które padły nieświadomie ofiarą zakładu ze spekulantami, ale także w kontekście strat całej gospodarki, której uszczuplono możliwości rozwoju transferując za granicę środki potrzebne na rozwój przedsiębiorstw, szkolnictwo czy służbę zdrowia. Skandalem jest, że osobom w bankach odpowiedzialnym za te straty do tej pory nie postawiono zarzutów prokuratorskich. W całej historii polskiej bankowości trudno wskazać większy błąd w zarządzaniu niż ten właśnie, w którym banki w Polsce za kreację kredytów de facto złotowych zapłaciły miliardy instytucjom spekulującym na walutach i stopach procentowych. Odpowiedź na pytanie: kto powinien pokryć te straty – bank, który je spowodował i zataił przed klientem ich istnienie, czy klient - wydaje się być i dla sędziów i dla opinii publicznej - oczywista. Nie ma powodu, by klient płacił za nieuczciwość, brak wyobraźni i nieodpowiedzialność bankowców.

Autor: Marek Rzewuski, wiceprezes Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu