Moskwa nie szczędziła pieniędzy, obietnic i gróźb, aby odwieść Finów i Szwedów od oporu wobec budowy Gazociągu Północnego. Podobnie jak w przypadku innych krajów nordyckich taktyka kija i marchewki przyniosła w końcu zakładane rezultaty. Rosyjski koncern może zacząć prace nad budową morskiej części inwestycji już w kwietniu. Analizujemy, co w zamian za zgodę na inwestycje dostały kraje północnej Europy.
Kreml obiecał Finom pomoc przy oczyszczaniu Bałtyku. Zanieczyszczenie metalami ciężkimi – za które w dużej mierze odpowiadają port Ust-Ługa i brak oczyszczalni ścieków w Kaliningradzie – przybiera bowiem katastrofalne rozmiary. Moskwa sugerowała też możliwość dopuszczenia fińskich firm do eksploatacji złóż gazu na Morzu Barentsa.
W razie gdyby marchewka nie pomogła, Rosjanie zagrozili, że zniosą moratorium na zaporowe cła eksportowe na drewno. Fińskie papiernie w dużej części pracują właśnie na surowcach zza wschodniej granicy. Taki ruch zmusiłby je do podwyższenia ceny lub przeniesienia produkcji do Rosji. Tymczasem ten typ działalności jest istotną pozycją w eksporcie Finlandii. Trzech z dziesięciu największych światowych producentów papieru umieszcza na wyrobach napis „made in Finland”.
Równie trudne były zabiegi o zjednanie sobie Szwedów. Według mediów udzielona w listopadzie zgoda to w równym stopniu skutek perswazji Kremla, jak i lobbingu Niemiec i Francji. Ta ostatnia ma nadzieję na włączenie francuskiego GdF Suez do projektu. – Szwecja została po prostu kupiona – mówił nam dziennikarz śledczy Grigorij Paśko, który od lat zajmuje się tą sprawą. Według oficjalnych danych Nord Stream wydał 100 mln euro na ekspertyzy ekologiczne. Według Paśki część z tych środków poszła na „dotacje” dla badaczy i władz lokalnych Gotlandii, u wybrzeży której ma przebiegać rura. Znaczne środki przeznaczono też na przekonanie szwedzkich obywateli wrażliwych na kwestie ekologiczne. Kraj objechał propagandowy autobus, a uczestnicy ubiegłorocznego forum gospodarczego w Sztokholmie zostali wręcz zasypani broszurami Nord Stream. Rosjanie zwerbowali też do współpracy Larsa Groenstedta, byłego szefa państwowego giganta Svenska Handelsbanken.
Tymczasem to właśnie Szwecja dysponowała najpoważniejszymi argumentami przeciwko rurociągowi. W 60 miejscach na Bałtyku rdzewieją bowiem skrzynki z hitlerowską bronią chemiczną. Ekolodzy obawiali się też o los dorsza, którego populacja w ciągu ćwierćwiecza spadła o 90 proc. Ponadto na Gotlandii znajdują się ściśle tajne szwedzkie instalacje wojskowe.
Jedynie Dania nie stawiała Gazpromowi wielkiego oporu. Gazociąg jest dla niej korzystny jako element energetycznej dywersyfikacji. Kopenhaga jest obecnie w 100 proc. uzależniona od złóż na Morzu Północnym. Od 2012 r. kraj będzie mógł czerpać z bałtyckiej rury 2 mld m sześc. gazu rocznie, czyli 40 proc. zużycia.
7,4 mld euro tyle oficjalnie będzie kosztować Nord Stream. Niezależni eksperci mówią nawet o 10 mld
Dziennikarz „Dziennika Gazety Prawnej” od powstania tytułu w 2009 r. Wcześniej pracował w „Dzienniku”.
Absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Zawodowo zajmuje się tematyką światową, zwłaszcza państwami Europy Wschodniej. Współautor książek: „Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę” (2015), „Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki” (2016), „Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu” (2020), „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki” (2021).
Laureat nagród dziennikarskich: Belarus in Focus 2012, Grand Press 2018 w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne, Nagrody im. Dariusza Fikusa 2019.
Mówi po angielsku, rosyjsku, ukraińsku i białorusku, uczył się również chorwackiego, esperanto, greckiego, japońskiego, niemieckiego i rumuńskiego.
