Ameryka najgorszy kryzys ma już za sobą: podczas gdy kraje strefy euro ponownie wchodzą w recesję, PKB Stanów Zjednoczonych wzrośnie w tym roku przynajmniej o 2,5 proc. To efekt polityki Białego Domu, który nie zawahał się zadłużyć kraju o kolejne 1,5 bln dol., by zachęcić obywateli do konsumpcji, a przedsiębiorców do zaciągania kredytów i zwiększenia produkcji. Unia Europejska, która nie odważyła się na taki krok, teraz płaci za to wysoką cenę.

– Mamy do czynienia z lustrzanym odbiciem sytuacji z 2008 roku. Wówczas załamanie naszego rynku nieruchomości oraz upadek banku Lehman Brothers wywołały kryzys, który objął Europę. Teraz sytuacja jest odwrotna: możliwy rozpad strefy euro jest jedynym poważnym zagrożeniem dla utrzymania wzrostu gospodarki USA – mówi „DGP” James Carafano z waszyngtońskiej Heritage Foundation. 

>>> Zobacz też: Rośnie przepaść między Ameryką i Europą. Obama woli Azję

Pozytywne dane zza Atlantyku zaczęły napływać już późną jesienią zeszłego roku. Najpierw okazało się, że z kwartału na kwartał największa gospodarka świata zaczyna coraz bardziej przyspieszać: w okresie październik – grudzień rozwijała się już w tempie blisko 3 proc. (wstępne dane). Potem okazało się, że także bezrobocie systematycznie spada (do 8,6 proc.), choć wciąż liczba etatów jest o ponad 6 mln mniejsza niż przed kryzysem. Wraz z dobrymi wynikami sprzedaży przed świętami Bożego Narodzenia wrócił także optymizm, czego sygnałem jest wzrost indeksu zamówień dla przedsiębiorstw (PPI) oraz najwyższy od trzech lat wskaźnik zaufania konsumentów. Wreszcie w grudniu Amerykańskie Stowarzyszenie Deweloperów podało, że po raz pierwszy od 2008 roku zaczęła zwiększać się liczba sprzedawanych domów, choć ich średnia cena jest niższa o 13 proc. niż przed czterema laty i nadal spada.

Kroplówka państwa zamiast cięć

– Biorąc pod uwagę przeciętne tempo rozwoju Ameryki w ostatnich kilkudziesięciu latach, wzrost PKB o 2 – 3 proc. może wydać się skromny. Ale wobec zapaści strefy euro, spowolnienia tempa rozwoju głównych rynków wschodzących i wysokich cen ropy spowodowanych ryzykiem wojny z Iranem to wynik niespodziewanie dobry – przekonuje „DGP” David Min, ekspert Center for American Progress w Waszyngtonie. 

>>> Czytaj też: Wywiad z noblistą z ekonomii Rogerem Myersonem: To nie koniec kryzysów finansowych. I nie koniec bailoutów

Pozytywne dane są tym bardziej zaskakujące, że po raz pierwszy od 2008 roku amerykańska gospodarka przestała działać na rządowej kroplówce. Kończą się dotacje z wartego 447 mld dol. programu rozwoju infrastruktury i wsparcia zatrudnienia, jakie we wrześniu uruchomił Barack Obama. Zupełnie wyczerpały się fundusze z uruchomionego w lutym 2009 roku przez prezydenta pakietu stymulacji gospodarki o wartości 787 mld dol., zaś zaakceptowana rok później przez Kongres reforma systemu opieki zdrowotnej, która w ciągu 10 lat zwiększy wydatki budżetu państwa o 940 mld dol., na razie nie wpływa na tempo rozwoju gospodarki.

Jednak zdaniem Carafano strategia pompowania przez państwo w gospodarkę bilionów dolarów już osiągnęła swój cel. – W najgorszym momencie kryzysu biznesmeni i konsumenci nie tylko zachowali płynność, ale uzyskali pewność, że państwo twardo stoi za nimi, że nie są sami, a największym bankom oraz przedsiębiorstwom nie grozi bankructwo. Tej pewności wciąż brakuje w Europie i to jest teraz główna różnica między sytuacją ekonomiczną po wschodniej i zachodniej stronie Atlantyku – podkreśla ekspert Heritage Foundation.

Politykę pomocy państwa pod naciskiem Białego Domu wspierała także Rezerwa Federalna. I to na dwa sposoby. Po pierwsze od początku kryzysu bank centralny utrzymywał stopy procentowe na historycznie niskim poziomie (przy uwzględnieniu infl acji były one ujemne). Po drugie przez dwukrotną operację skupywania obligacji emitowanych przez Skarb Państwa. W ten sposób Fed wpompował w gospodarkę ponad 2 bln dol. – Skala interwencji na rynku obligacji przez Europejski Bank Centralny jest dziesięciokrotnie mniejsza. EBC zainwestował do tej pory w zakup obligacji Grecji, Hiszpanii czy Włoch ok. 200 mld euro – punktuje David Min. 

>>> Polecamy: Grecki kryzys gorszy niż argentyński. Czas gra na niekorzyść bankrutów

Strategia Baracka Obamy i szefa Fed Bena Bernanke ma jednak swoją cenę. Od czasu objęcia władzy przez obecnego prezydenta dług Stanów Zjednoczonych zwiększył się o ok. 10 proc. – do ponad 16 bln dol. To relatywnie więcej (97 proc. PKB) niż w strefie euro (88 proc. PKB). Jednak Ameryka może sobie pozwolić na większe zadłużenie, bo inwestorzy nie mają wątpliwości, że kraj pozostanie wypłacalny.

– Tylko Kalifornia ma większe długi niż Grecja. Ale oczywiste jest, że rząd federalny nigdy nie dopuści do jej bankructwa. Inaczej wygląda sytuacja w UE: nikt nie wie, jaki los czeka Grecję, a to bardzo osłabia zaufanie rynków do europejskiej unii walutowej – uważa Carafano.

Większe zaufanie wyróżnia także amerykański sektor bankowy w stosunku do europejskiego. To wynik nowej ustawy regulującej rynek finansowy, dzięki której księgi rachunkowe każdej większej amerykańskiej instytucji fi nansowej zostały dokładnie prześwietlone. Efekt jest taki, że banki nie boją się pożyczać sobie nawzajem pieniędzy, bo wiedzą, w jakim stanie jest ich kontrahent. I w przeciwieństwie do swoich europejskich odpowiedników nie tylko spłaciły co do centa pożyczki otrzymane przed trzema laty od państwa, lecz także odzyskały wysoką rentowność. W Europie to się nie udało, bo Bruksela nie odważyła się przeprowadzić wiarygodnych bankowych stress testów.

Z kryzysu w relatywnie dobrej kondycji wychodzą także amerykańskie przedsiębiorstwa. Tylko w trzecim kwartale zarobiły one o 262 mld dol. więcej, niż zainwestowały. To oznacza, że mają potężne rezerwy finansowe, które mogą wykorzystać, gdy uznają, że dobra koniunktura wróciła na rynek. – Nasze przedsiębiorstwa mają inny model fi nansowania niż europejskie: u nas liczy się giełda, z której ściąga się pieniądze na rozwój. Tylko 30 proc. amerykańskich firm zaciąga kredyty na działalność, wobec 80 proc. w Europie. Dzięki temu kryzys banków w znacznie mniejszym stopniu odbił się na kondycji biznesu – wyjaśnia Carafano.

>>> Czytaj też: Ameryka znów może się zadłużać. Plan uchwalony, kryzys na razie zażegnany

Jednym z efektów jest szybki wzrost wydajności pracy. W ubiegłym, kryzysowym przecież roku, wzrósł on o 2,3 proc. To efekt z jednej strony inwestycji w nowe technologie, z drugiej lepszego wykorzystania pracowników, na co pozwalają elastyczne regulacje rynku pracy w USA.

Dobrym przykładem odbicia od dna są koncerny motoryzacyjne. GM trzy lata temu musiał zostać przejęty przez państwo, także Ford stanął na skraju bankructwa. Dziś obie fi rmy są gotowe do zaspokojenia rosnącego popytu na nowe auta. W tym roku sprzedaż samochodów w USA powinna osiągnąć aż 16 mln sztuk (13 mln w ub.r.), bo Amerykanie coraz lepiej oceniają stan gospodarki kraju i decydują się na zmianę auta.

Do poprawy wydajności amerykańskie przedsiębiorstwa zmusiła także polityka handlowa Białego Domu. Obama nie uległ protekcjonistycznym pokusom, które zaostrzyły kryzys lat 30. XX wieku. Przeciwnie, nie tylko nie wprowadził żadnych istotnych barier ochrony rynku, lecz także zawarł nowe umowy o wolnym handlu (m.in. z Koreą Południową).

I znów miesza polityka

Inną wyróżniającą Amerykę cechą jest demografi a. Znacznie wyższy niż w Europie przyrost naturalny oraz imigracja powodują, że każdego miesiąca na rynek wchodzi ok. 100 tys. nowych pracowników, których ambicją jest zakup domów czy aut. Nawet jeśli ofi cjalne wskaźniki bezrobocia wskazują tylko na powolny jego spadek, w liczbach bezwzględnych oznacza to szybkie tempo tworzenia nowych miejsc pracy.

Mimo wszystko kondycja amerykańskiej gospodarki długo nie powróci do stanu sprzed kryzysu. – USA przestały być motorem rozwoju świata i tej roli nie odzyskają w przewidywalnej przyszłości. Teraz należy ona do Chin – przyznaje Carafano.

Utrzymywanie relatywnie powolnego, jak na amerykańskie doświadczenia z przeszłości, tempa wzrostu PKB jest tym bardziej prawdopodobne, że wraz z przełamaniem kryzysu zanikła współpraca między Republikanami a Demokratami. Barack Obama i Mitt Romney, republikański faworyt w walce o Biały Dom, mają zupełnie inne koncepcje gospodarcze. O ile pierwszy chce podtrzymać wydatki socjalne przede wszystkim na walkę z bezrobociem, drugi stawia na ograniczenie roli państwa i obniżenie podatków. Z tego powodu amerykańskie media nie spodziewają się przynajmniej do wyborów w listopadzie tego roku żadnych nowych inicjatyw Kongresu dla wsparcia wzrostu. Z perspektywy Brukseli niestety brzmi to bardzo znajomo.