W demokracji ateńskiej losowano grupę osób, informowano o konsekwencjach planowanych decyzji i pozwalano o nich rozstrzygnąć. To godne naśladowania.
Należę do osób mających wrażenie, że demokracja, jaką znamy i cenimy, jest w narastającym kryzysie. Jak bowiem można liczyć na racjonalne podejmowanie decyzji przez wybranych przedstawicieli narodu, jeśli nie ma skutecznego systemu informowania o prawdziwych dylematach stojących przed nami. A jak skutecznie można nas o nich informować, jeżeli zdecydowana większość jest na to kompletnie nieprzygotowana? Bo to tematy mające często złożoność daleko wykraczającą poza wiedzę nawet najlepiej wykształconych obywateli. Jak odwoływać się do referendum w sprawie budowy elektrowni jądrowych lub przedłużenia wieku emerytalnego, jeśli do wyrobienia sobie poglądu w tych sprawach niezbędna jest głęboka wiedza na temat konsekwencji dokonywanych wyborów?
Ciekawe, że dylemat ten, w innym oczywiście wymiarze, dręczył także starożytnych Ateńczyków, którzy o dziwo znaleźli dla niego praktyczne rozwiązanie! Zastosowana wówczas procedura nosi dzisiaj nazwę kleroterion, pochodzącą od nazwy urządzenia do losowania specjalnej grupy osób (z pominięciem kobiet i niewolników, niestety). Osoby te po – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – odpowiednim przeszkoleniu decydowały w głosowaniu o wielu ważnych sprawach. W 50-tysięcznej populacji wybierano tam całkowicie losowo 500 osób, zapewniano im przez parę dni dostęp do możliwie szczegółowych informacji na dany temat, pozwalano zadawać pytania ekspertom, wreszcie przegłosowywano daną kwestię i, co najciekawsze, traktowano wynik głosowania jako wiążąca decyzję.
Kleroterion wraca dzisiaj w postaci prób odwoływania się do jego elementów w koncepcji tzw. demokracji deliberatywnej. Bez choćby próby omawiania tu szczegółów tej koncepcji powiedzmy tylko, że jej realizacja wymaga kilku przedsięwzięć. Wyboru reprezentatywnej dla danej społeczności grupy osób . Dostarczenia im solidnej, ponadpodstawowej wiedzy w sprawach, o których miałyby decydować. Stworzenia im możliwości artykulacji swoich przekonań w ramach debaty obywatelskiej, w trakcie której przedyskutowane i wyjaśnione mogłyby być wszystkie niejasności. Gdyby wybrana grupa osób była dostatecznie liczna i odpowiednio reprezentatywna, to zasadne wydaje się, że wygenerowane przez nią opinie stanowiłyby istotną informację o stosunku wszystkich obywateli do danej sprawy – gdyby tylko mieli oni dostateczną wiedzę na ten temat. W wielu skomplikowanych sprawach mogłoby to być ważną pomocą dla decydentów politycznych, choć w ogólności zapewne raczej jako dodatkowy argument w merytorycznej dyskusji niż substytut tradycyjnych procedur demokratycznych.
Tym z czytelników, którzy w tym miejscu uśmiechnęli się w przekonaniu o niemożliwości praktycznego zastosowania tej idei, odpowiadam: w wielu miejscach na świecie już tak się od dawna dzieje! W takim trybie debatowano na przykład o prawach Aborygenów w Australii, sposobach zapobiegania ulicznym korkom w mieście La Plata w Argentynie czy lokalnym budżecie w mieście Fujisawa w Japonii. Ciekawym rezultatem takiego eksperckiego wsparcia decyzji jest zwiększona odwaga decydentów do odchodzenia od populizmu. Mając do dyspozycji tak wypracowane rekomendacje łatwiej jest bowiem przeciwstawiać się obiegowym opiniom. W początkowym okresie niedawnej recesji w stanie Michigan w USA przeprowadzenie takiej debaty zasadniczo zwiększyło poparcie dla pomysłu podniesienia podatku dochodowego (z 27 proc. do 45 proc. wypowiadających się osób) i obniżenia podatku korporacyjnego (z 40 proc. do 67 proc. osób). Innymi słowy, dobrze poinformowani obywatele niejako przekonali resztę populacji do konieczności polepszenia warunków prowadzenia biznesu, dbając jednocześnie o zrównoważony budżet – sytuacja z pewnością nieosiągalna bez przeprowadzonej akcji informacyjnej. Innego typu doświadczenie mieliśmy w Europie. W roku 2007 odsetek osób w paru krajach członkowskich, popierających członkostwo w Unii Turcji i Ukrainy w istotny sposób zmniejszył się w wyniku przeprowadzonych deliberacji, szeroko nagłośnionych w mediach.
Ciekawe, że zarysowana powyżej metodologia jest sednem stosowanej od dawna na świecie metody prognozowania i tworzenia strategii rozwoju kraju, jego regionów czy sektorów gospodarki znanej pod nazwą „foresight”. Zrealizowany niedawno w Polsce pod kierunkiem autora tego tekstu Narodowy Program Foresight – Polska 2020 był tego pouczającym przykładem. Parę tysięcy osób w toku ponaddwuletniej realizacji specjalnie zorganizowanych i zinformatyzowanych procedur (deliberacji) opracowywało scenariusze rozwoju kraju zależne od działań podejmowanych przez polityków. Pod uwagę były brane też stosunki międzynarodowe i to, jak angażuje się społeczeństwo w procesy przemian. Wypracowanie dalekosiężnej, ambitnej strategii rozwoju kraju potrzebuje wsparcia w postaci tego typu analiz. Tylko w ten sposób przekonać można bowiem znaczną część społeczeństwa o zasadności planowanych zmian i sprawiedliwym podziale ich kosztów. Ukoronowaniem tego typu aktywności mogłyby się stać obywatelskie ciała doradcze ds. gospodarki i finansów, obszarów wiejskich, badań i innowacji czy rozwoju kultury, wspomagające działalność odpowiednich konstytucyjnych ciał decyzyjnych. W wielu krajach (np. Holandia, Irlandia, Węgry, Chile, Indie) istnieją już na przykład tego typu rady fiskalne, oceniające budżetowe działania rządów. A wszystko przy zupełnie minimalnych kosztach, są to bowiem z zasady inicjatywy prawdziwie obywatelskie.
Michał Kleiber, prezes Polskiej Akademii Nauk / DGP