Na dźwięk słów takich jak „znajomości” czy „plecy” na twarzy Polaka pojawia się ironiczny uśmieszek. Jako naród mamy bowiem do kumoterstwa stosunek bardzo pryncypialny. Można wręcz powiedzieć, że świętoszkowaty. W teorii potępiamy je kategorycznie. Według CBOS (badanie z 2009 r.) prawie 60 proc. Polaków uważa, że życie zawodowe i prywatne należy oddzielić grubym murem. Zgodnie z tą zasadą większość z nas jest więc przekonana, iż przyjmowanie do pracy krewnych i znajomych jest nieuczciwe, bo osobiste sentymenty nie pozwalają nam obiektywnie ocenić ich kompetencji. Mimo tych zastrzeżeń aż 84 proc. Polaków uważa obsadzanie krewnych, kolegów i znajomych na stanowiskach w urzędach, spółkach i bankach za zjawisko powszechne. Podobnie jest z załatwianiem kontraktów i zamówień dla rodziny oraz znajomych. Aż 73 proc. zniesmaczonych rodaków twierdzi, że jest to praktyka częsta lub bardzo częsta.

Tyle w teorii. Gdy jednak przychodzi do praktyki, stosunek do szeroko rozumianego klientelizmu (a więc robienia interesów w oparciu o nieformalne sieci znajomości) zmienia się w zdecydowanie bardziej wyrozumiały. Jak w soczewce widać to na przykład w serii anonimowych rozmów z posłami, które przeprowadziła kilka lat temu dla Fundacji Batorego Anna Kubiak z Uniwersytetu Łódzkiego, jedna z najbardziej doświadczonych badaczek korupcji w Polsce. 64 proc. parlamentarzystów deklarowało w tych wywiadach, że rodzina czy znajomi wielokrotnie prosili ich o pomoc w znalezieniu komuś pracy. W przeciwieństwie do ewidentnej korupcji posłowie mówili o tym wprost i nie uważali, by w tego typu kumoterstwie było coś złego. Najlepszą ilustracją tej tendencji jest przypadek wicepremiera Waldemara Pawlaka.

W 2009 r. „Dziennik” wyciągnął szefowi PSL, że w czasie wieloletniej działalności publicznej stworzył wokół siebie imponujący system klientelistycznych powiązań. W jego ramach Pawlak dawał zarobić kolegom z rodzinnej wsi, ze studiów i oczywiście z partii. W sieci poczesne miejsce odgrywali również najbliżsi. Matka lidera ludowców była szefową fundacji, która zarządzała należącymi do niego udziałami w różnego typu biznesowych przedsięwzięciach. Jego konkubina stała z kolei na czele prywatnej spółki zarabiającej na zamówieniach od kierowanej przez Pawlaka ochotniczej straży pożarnej, a potem dostała pracę w państwowej firmie. I tak dalej. Pawlak utkał siatkę powiązań, przysług i wzajemnego wspierania się. „Działa to trochę na zasadzie chłopskiej samopomocy: dziś mnie się wiedzie, to ci pomogę, ale liczę na to samo z twojej strony, gdy mnie powinie się noga”, pisali w „Dzienniku” Paweł Reszka i Michał Majewski. Opinia publiczna była oburzona.

„Papież Aleksander VI zrobił kardynałem brata swojej kochanki, który potem, stając się papieżem Pawłem III, mianował kardynałami wszystkich swoich siostrzeńców. No bo dlaczego nie? To rodzinne i solidarne! (...) Nepotyzm jest jeszcze bardziej niszczycielski w społeczeństwie demokratycznym, bo uderza w jego podstawowe zasady, a mianowicie zasadę równego dostępu do stanowisk, w zasadę konkurencyjności, tak by wygrywali najlepsi, zasadę sprawiedliwości, bo dobra i przywileje należy dzielić w zgodzie z kompetencjami i zasługami, a nie prywatnymi sympatiami, w zasadę bezstronności, która powinna obowiązywać przy obsadzaniu stanowisk, wreszcie w zasadę wzajemnego zaufania, która jest fundamentem życia społecznego” – grzmiała w „Gazecie Wyborczej” etyk Magdalena Środa.

I co? I nic. Trzy lata (i jedne wybory parlamentarne) później Waldemar Pawlak wciąż jest wicepremierem polskiego rządu.

Niewinny klientelizm

Nie jest bynajmniej tak, że pogmatwany stosunek do klientelizmu w biznesie i polityce mają tylko Polacy. Wiele krajów – i to nawet takich, których byśmy o to nie podejrzewali – ma duży problem z jednoznaczną oceną wykorzystywania znajomości. – Nie chcę żyć w kraju, gdzie nie można pożyczyć pieniędzy od przyjaciela – mówił prezydent Niemiec Christian Wulff w słynnym wywiadzie dla telewizji ARD. Był już wówczas od kilku tygodni pod ostrym ostrzałem mediów, które zarzucały mu, że jeszcze jako premier Dolnej Saksonii przyjął prywatny kredyt na budowę domu od jednego ze swoim bogatych przyjaciół biznesmenów.

Wulff długo bronił się bardzo skutecznie: ignorował moralizujące gazety i odwoływał się bezpośrednio do wyrozumiałości obywateli. Każdy ma przecież przyjaciół i rozumie, że czasem ty pomagasz im, a czasem oni pomagają tobie. Przyjęcie pożyczki od bogatego przyjaciela to przecież nie powód, by ustępować z urzędu. Taka strategia obronna faktycznie działała. Mimo medialnej nawałnicy sondaże poparcia dla Wulffa pozostawały mocne i wydawało się, że gospodarz pałacu Bellevue przetrwa burzę. Wszystko zmieniło się dopiero wtedy, gdy bulwarówka „Bild” poinformowała, że na samym początku afery Wulff wydzwaniał do wierchuszki wydawnictwa Springer i starał się zablokować publikację niekorzystnych dla siebie doniesień. Dopiero ta próba naruszenia wolności mediów była początkiem jego końca. Większość niemieckich obserwatorów jest jednak pewna, że gdyby telefonów do „Bilda” nie było i gdyby chodziło tylko o pożyczkę na budowę domu, Wulff ciągle byłby prezydentem. Tak niewinny przejaw klientelizmu zostałby mu bez wątpienia wybaczony.

Nepotyzm jako ład ubogich i nie tylko

Kazusy Pawlaka czy Wulffa (rzecz jasna bardzo różne pod względem natężenie problemu) dowodzą w zasadzie jednego. Większość społeczeństw, niezależnie od poziomu zamożności, ma spory problem z kumoterstwem. Bierze się to stąd, że znajomości ciągle są najbardziej naturalnym i skutecznym narzędziem robienia interesów. Widać to najlepiej na przykładzie krajów słabiej rozwiniętych.

Już pod koniec istnienia PRL uważano, że tylko dzięki nieformalnym kontaktom centralnie planowana gospodarka zdołała jakoś przetrwać ponad cztery dekady. „Długie lata życia w warunkach trwałych i powszechnych niedoborów i niesprawnych, nieprzyjaznych instytucji upowszechniły przekonanie, że układy są najbardziej efektywnym, a niekiedy jedynym sposobem łagodzenia niedogodności i trudności życia codziennego” – pisał zmarły na początku lat 90. polski socjolog Jacek Tarkowski. Podobne przykłady na zbawienną rolę nieformalnych sieci można mnożyć pod każdą szerokością geograficzną. W pierwszych badaniach przeprowadzanych w Rosji po upadku komunizmu przez Bank Światowy rosyjscy przedsiębiorcy z rozbrajającą szczerością przyznawali, że robią interesy wyłącznie z ludźmi, których znają. To był ich sposób na niewydolne sądownictwo gospodarcze, które nie dawało żadnej gwarancji, że gdy kontrahent nie zapłaci za dostarczony towar, biznesmen jeszcze kiedykolwiek zobaczy swoje pieniądze.

Inna korzyść płynąca z rozwiniętych nieformalnych sieci to skuteczna ochrona przed uderzeniami z zewnątrz. Khalid Mustafa Medani z kanadyjskiego McGill University dowiódł niedawno, jak dzięki opartym na luźnych znajomościach (ale mimo to wydolnym) instytucjom parabankowym Al-Kaidzie udało się bez większego szwanku przetrwać zakrojony na szeroką skalę amerykański atak i próby zamrożenia jej finansów. Z kolei Robert L. Hawkins z Uniwersytetu Nowojorskiego pokazał, że w czasie huraganu „Katrina”, który doprowadził w 2005 r. do kompletnego załamania się struktur państwowych w Nowym Orleanie, większość najbiedniejszych rodzin z czarnych dzielnic przetrwała tylko dzięki tradycyjnym znajomościom i układom.

W niektórych półliberalnych gospodarkach plecy pełnią wręcz rolę alternatywy dla wolnego rynku. Na przykład w Chinach, gdzie oficjalnie wiadomo, że posiadanie teścia na odpowiednim stanowisku w aparacie państwowym przekłada się na mniej więcej 20 proc. wyższe zarobki dla młodych pracowników niezależnie od sektora. Dzięki temu wchodzący w życie chiński karierowicz wie doskonale, jakie kroki matrymonialne musi podjąć, by zapewnić sobie odpowiedni poziom dochodów.

Nie brak też dowodów, że zatrudnianie krewnych i znajomych królika bywa bardziej efektywnym sposobem kojarzenia kapitału i siły roboczej. Z badań przeprowadzonych w latach 90. w USA wynikało wręcz, że pracownicy zatrudnieni po znajomości (zwłaszcza w sektorach niewymagających wyższych kwalifikacji) byli bardziej produktywni. Pracodawcy korzystali tu z darmowego mechanizmu motywacyjnego, który polega na tym, że protegowani nie chcieli zawieść tych, którzy im tę pracę załatwili.



Zaufanie napędza gospodarkę

Kłopot bardziej rozwiniętych społeczeństw z przytoczonymi tu przykładami polega na tym, że trudno je pogodzić ze standardami zachodniego państwa demokratycznego, gdzie przynajmniej w teorii kompetencje powinny być ważniejsze od powiązań. Jest jednak pewien trik, który pozwala odczarować trochę widmo kumoterstwa i spojrzeć na nie łaskawszym okiem. Jako pierwszy zastosował go kilkanaście lat temu amerykański filozof Hillary Putnam, który podzielił kolesiostwo na dobre i złe. Złe nazywa się bonding (dosłownie „wiążące”). To stare jak świat opieranie się tylko na kręgu najbliższych: rodzinie czy przyjaciołach. Słowem wszystko, co zwykło się dziś określać mianem ordynarnego nepotyzmu.

Putnam przeciwstawił mu jednak znajomości typu bridging (dosłownie „budujące mosty”), czyli otwieranie się na kontakty wychodzące poza rodzinę i przyjaciół. Na przykład sieciowanie przy okazji cotygodniowej gry w piłkę, podczas prób chóru czy na koktailu w klubie biznesowym lub izbie przemysłowo-handlowej. Zadzierzgniętych w ten sposób kontaktów absolutnie nie należy się wypierać. Wręcz przeciwnie, mogą być powodem do dumy. Są przecież wynikiem wyłącznie własnej przedsiębiorczości. To jednak nie wszystko. – Istnieje szereg dowodów, że opieranie się na kontaktach typu bonding hamuje wzrost gospodarczy, natomiast typu bridging wręcz go stymuluje – dowodzi Sjoerd Beugelsdijk, holenderski ekonomista z uniwersytetu w Groningen, który kilka lat temu razem ze swoim kolegą Sjakiem Smuldersem wydał ważną pracę o budowaniu kapitału społecznego.

Dlaczego tak się dzieje? – Każdy człowiek ma tylko ograniczoną ilość czasu i sił, które może zainwestować w pielęgnowanie więzi społecznych. Jeśli skoncentrujemy się wyłącznie na rodzinie i przyjaciołach, to de facto je marnujemy. Z punktu widzenia gospodarki nie budujemy żadnej nowej jakości, bo nasi najbliżsi i tak byliby otwarci na zrobienie z nami interesu. Inaczej z działalnością w organizacjach takich jak kościoły, drużyny sportowe czy kluby biznesu. Zjednujemy tam sobie nowych kontrahentów i niwelujemy zachęty, by oszukać partnera w interesach. W końcu dalej chcemy grać z nim w piłkę i śpiewać w kościelnym chórze – dowodzi Beugelsdijk.

Zysk dla gospodarki jest oczywisty. Aby go dostrzec, wystarczy rzut oka na mapę przygotowaną przez obu Holendrów. Opierając się na Europejskich Badaniu Wartości (EVS) pokazali oni, że regiony deklarujące największe przywiązanie do rodziny to jednocześnie obszary południa Europy, które generują niższy wzrost gospodarczy. I na odwrót: Europa Północna to region, gdzie ludzie zdecydowanie więcej czasu poświęcają kontaktom łączącym (bridgingowi). Podobne wnioski (choć raczej w formie eseju niż przedstawiania twardych danych) zaprezentował już w połowie lat 90. Francis Fukuyama. Słynny socjolog opromieniony światowym sukcesem tezy o końcu historii stwierdził wówczas: „liberalizm ekonomiczny odpowiada na pytanie, dlaczego jedne kraje są bogatsze od innych tylko w 80 proc. Moim zadaniem jest znalezienie pozostałych 20 proc.”. Owocem tamtych poszukiwań była książka „Zaufanie” (wydana w Polsce w 1997 r.), która sprowadzała się do tej samej konstatacji. Kultury skoncentrowane na rodzinie i wąskim kręgu przyjaciół ciągną całe gospodarki w dół. Zwyciężają te, gdzie człowiek otworzył się na sieci zewnętrzne (Niemcy, Japonia, USA).

Kumoterstwo, cnota ery Facebooka?

To wszystko było jednak wczoraj. Na progu XXI wieku znajomości nabierają jeszcze innego znaczenia. Nie tylko nie szkodzą gospodarce. I nawet nie chodzi o to, że pomagają w robieniu interesów. – W warunkach gospodarki 2.0 sieci znajomości są wszystkim. Tworzą nowe okazje biznesowe tam, gdzie wcześniej wcale by ich nie było – przekonuje David Knackhardt, ekonomista z Carnegie Mellon University w Pittsburghu. Sieci – a więc rozbudowane systemy znajomości – przesądziły na przykład o powstawaniu nowych prężnych biznesowych regionów, takich jak kalifornijska Dolina Krzemowa, gdzie na jednym obszarze stłoczone są dobre uniwersytety, prywatni inwestorzy i duże firmy technologiczne. W takich warunkach właśnie poprzez sieć poleceń i protekcji łatwo znajduje najpierw partnerów merytorycznych, a potem sponsorów, którzy wyłożą pieniądze na projekt. Powstanie internetu tylko przyspieszyło ten proces. Najnowsze dzieci Doliny Krzemowej nie tylko zrodziły się z networkingu, lecz – jak Facebook czy YouTube – podniosły sieci znajomości do roli modelu biznesowego.

Trudno się więc dziwić, że we współczesnym biznesie posiadanie odpowiedniej liczby kontaktów staje się ważnym punktem CV każdego pracownika. Takim samym jak znajomość języków obcych czy dobre studia. – Dziś nie wystarczy mieć innowacyjnych pracowników, oni jeszcze muszą mieć mocne sieci, które umożliwią rozprzestrzenianie innowacji. Muszą mówić wspólnym językiem i dzielić się wiedzą – tłumaczy David Knackhardt. Ekonomista przebadał niedawno pracowników centrów rozwojowo-badawczych w dużych międzynarodowych firmach high-tech z całego świata. Wynik potwierdził znaczenie znajomości. Ci, którzy mieli dużo kontaktów z kolegami i uczestniczyli w wielu sieciach, rejestrowali najwięcej patentów.

Jak to więc jest ze znajomościami? Czy to możliwe, że ordynarne kumoterstwo i nowoczesny, promujący innowacyjność networking to dwie strony tego samego medalu? Do pewnego stopnia tak. Choć nie można też zapominać, że stworzona przez Waldemara Pawlaka „samopomoc chłopska” to jednak coś innego niż budowanie sieci w Dolinie Krzemowej.