Woś: Uwaga bojkot. To broń masowego rażenia

Rafał Woś
Rafał Woś/DGP
Groźba zbojkotowania Euro 2012 przez wielu zachodnioeuropejskich polityków (a być może również, co gorsza, kibiców i biznes) bez wątpienia położy się cieniem na rozpoczynającej się niebawem imprezie.

Historia uczy bowiem, że konsekwentny, zakrojony na szeroką skalę ostracyzm to bardzo skuteczne i ekonomicznie dotkliwe narzędzie wywierania wpływu. Jako pierwszy przekonał się o tym kapitan Charles Boycott, brytyjski żołnierz, który po przejściu do cywila dostał – zdawałoby się – ciepłą posadę zarządcy położonych w Irlandii majątków ziemskich angielskiej arystokracji. Wtedy nie mógł jeszcze wiedzieć, że jego życie zamieni się wkrótce w piekło. Z powodu kapryśnej pogody pola w hrabstwie Mayo obrodziły w 1880 r. wyjątkowo skromnie. Przerażeni chłopi dzierżawiący ziemię od angielskich obszarników podjęli z Boycottem negocjacje w sprawie obniżenia czynszu. Zarządca był jednak nieugięty. Podyktowane przez niego warunki oznaczały dla większości dzierżawców konieczność opuszczenia użytkowanych farm. Rewolucja wisiała w powietrzu. Irlandzcy chłopi nie byli już jednak tak bezradni jak cztery dekady wcześniej, gdy na Zielonej Wyspie zapanował wielki głód, który zabił milion ludzi, a kolejne dwa zmusił do emigracji. Rodził się już ruch niepodległościowy (z którego wyrosną wkrótce Sinn Fein i IRA). Jeden z jego przywódców, Charles Stewart Parnell, wygłosił wówczas pamiętne przemówienie, w którym wezwał, by zamiast przemocy zastosować wobec Boycotta bierny opór. Jeśli eksmituje niepłacących dzierżawców, musi się liczyć z tym, że nie pojawią się chętni do przejęcia po nich gospodarstw. Autorytet Parnella podziałał. Lato chyliło się ku końcowi, a Boycott nie mógł znaleźć w okolicy nikogo, kto zebrałby plony. Ostatecznie musiał sprowadzać robotników i opłacić ich ochronę przed rozwścieczonym tłumem. Zbiórka plonów wartych 500 funtów (funt był wtedy wielokrotnie mocniejszy niż obecnie) kosztowała... dwadzieścia razy tyle. Presji nie wytrzymał również sam zarządca. Zbojkotowanego Boycotta nie obsługiwano w lokalnych sklepach, listonosze nie doręczali mu poczty, a służba złożyła wymówienie. Złamany wrócił do Anglii i nigdy się już na Zielonej Wyspie nie pojawił. Wydawałoby się, że dziś historia Boycotta nie mogłaby się powtórzyć. Słabsze więzi lokalnej solidarności, bardziej elastyczny rynek pracy oraz tańszy transport sprawiają, że bojkot nie miałby żadnych szans. A jednak. W warunkach zglobalizowanej gospodarki i przyspieszonego obiegu informacji takie sprzeciwy są coraz częstsze i coraz skuteczniejsze. Wie coś na ten temat choćby gigant spożywczy Nestle. Cień bojkotu ciągnie się za korporacją od ponad 30 lat, gdy media po raz pierwszy napiętnowały promowanie przez Szwajcarów sztucznego mleka dla noworodków w krajach Trzeciego Świata. Zdaniem krytyków Nestle to prosta droga do zwiększenia śmiertelności dzieci w Afryce czy Azji. Koncern z Vevey od lat twierdzi wprawdzie, że informuje konsumentów o wyższości mleka matki nad sztucznymi mieszankami. Wielu to jednak nie przekonuje i dlatego wiele uniwersytetów, organizacji czy wspólnot religijnych na zachodzie Europy i w USA bojkotuje Nestle oraz należące do niej firmy. Strat nikt nigdy nie ujawnił, ale bez wątpienia są one dla szwajcarskiego giganta dotkliwe. Bojkoty uderzają mocno także w instytucje publiczne. Przykłady można mnożyć. Jednym z nich jest wyniszczająca wojna kolejowa pomiędzy Niemcami Zachodnimi a NRD, której areną był Berlin, a konkretnie sieć kolei miejskiej, czyli tzw. S-Bahn. Gdy w 1945 r. dokonywano podziału byłej niemieckiej stolicy, Rosjanie wywalczyli dla swoich komunistycznych pupili, by enerdowska kolej obsługiwała także s-bahny w zachodniej części miasta. Miał to być złoty interes i sposób na zdobywanie zachodnich dewiz. Nie przewidziano jednak bojkotu. Miszkańcy Berlina Zachodniego przestali używać S-Bahnu, zyski nie popłynęły, stacje i tabor zaczęły niszczeć. W latach 80. ruch s-bahnów ustał niemal całkowicie, a wilhelmińskie dworce zarosły trawą. I była to wiadomość fatalna nie tylko dla wschodnioniemieckich komunistów, lecz także dla najbiedniejszych mieszkańców Berlina Zachodniego, którzy stracili tani, szybki i wygodny sposób przemieszczania się. Bojkot dotyka wszystkich: i bojkotujących, i bojkotowanych. Dlatego trzeba uważać z jego stosowaniem. Tak jak z bronią masowego rażenia.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Rafał Woś
Rafał Woś
Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność” oraz publicystą wydawanego przez NBP „Obserwatora Finansowego”
Zobacz wszystkie artykuły tego autoraWoś: Uwaga bojkot. To broń masowego rażenia »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj