Zostały obwinione o wybuch kryzysu. Dziś agresywnie grające fundusze hedgingowe same przytępiają sobie pazury.
Kościół Anglii, laboratorium fizyki cząstek CERN w Genewie i fundusz emerytalny dla pracowników straży pożarnej z Kolorado zdają się nie mieć ze sobą nic wspólnego. Nic podobnego. Wszystkie zainwestowały w fundusze hedgingowe. Te trzy instytucje są nową falą inwestorów – od funduszy wieczystych po towarzystwa emerytalne – którzy zaczęli pompować pieniądze w branżę, która stała się symbolem obecnego kryzysu finansowego. Jednak dziś poddaje się wielkim zmianom.
Od 2010 roku do sektora wpłynęło 150 mld dol., w tym czasie fundusze zanotowały średni zwrot na poziomie zaledwie 7,5 proc. Dla porównania zwrot na globalnym rynku akcji wyniósł 9,3 proc., obligacji – aż 15 proc. Rozdźwięk pomiędzy popularnością a wynikami wskazuje na zmianę miejsca funduszy hedgingowych w finansowym ekosystemie. Ich menedżerowie nie mogą twierdzić, że wciąż są władcami pieniężnego wszechświata. Raczej czeka ich przyszłość, w której nie będą różnić się od reszty statecznego świata zarządzania aktywami.
Większość menedżerów funduszy hedgingowych w 2008 roku wiedziała, że impreza się skończyła, choć mało kto spodziewał się, że kac będzie trwał tak długo. – Nie ma już przekonania, które panowało jeszcze w ubiegłym roku, że wystarczy przeczekać kilka lat, a wszystko wróci do normy. To jest dla wielu szok – mówi Luke Ellis, szef notowanego w Londynie funduszu FRM z Man Group, który z kapitałem 19,5 mld dol. jest jednym z największym inwestorów w fundusze hedgingowe. – Zaczynają zdawać sobie sprawę, że to 2006 rok, rok ogromnych zysków, był nienormalny – dodaje.

Koniec z ryzykiem

Można jednak zrozumieć inwestorów instytucjonalnych, którzy pozostali zafascynowani funduszami hedgingowymi. Choć 2008 rok był najgorszy pod względem zwrotów, tylko podkreślił ich atuty. Straciły one średnio 19 proc. pieniędzy klientów, podczas gdy w innych sektorach zarządzania aktywami sytuacja była znacznie gorsza.
– Teraz fundusze skupiają się na zachowaniu aktywów, nie na nadzwyczajnych zyskach. Nasza branża coraz częściej postrzegana jest jako narzędzie minimalizowania ryzyka oraz gwarancji zwrotów – mówi Richard Baker, szef MFA, organu reprezentującego amerykańskie fundusze hedgingowe. Rzeczywiście – zwroty, których inwestorzy dziś oczekują, bardzo różnią się od tych, dzięki którym o funduszach zrobiło się głośno. Inwestorzy instytucjonalni nie oczekują już zysków na poziomie 15 – 20 proc. rocznie, wystarcza im 6 – 10 proc.
Dla instytucji ważne jest przede wszystkim to, aby zyski były stabilne. – Patrzą teraz na świat inaczej, mniej zachłannie. Oczekują dobrego zarządzania, z mocną kontrolą wewnętrzną i operacyjną – mówi John Forbes, dyrektor operacyjny w jednym z czołowych nowojorskich funduszy hedgingowych Caxton Associates. Ponadto same fundusze coraz częściej mówią o ograniczaniu ryzyka. Winton Capital Management, zarządzający funduszami hedgingowymi w Wielkiej Brytanii, dał klientom do zrozumienia, że wzrost aktywów w jego sztandarowym funduszu idzie w parze z ograniczeniem lewarowania oraz wykorzystaniem mechanizmów inwestycyjnych o mniejszym stopniu ryzyka.
Takie podejście podoba się inwestorom instytucjonalnym. W 2011 roku Winston zagarnął jedną dziesiątą wszystkich inwestycji w branży. Firma uprzedza klientów, że inwestycje przyniosą zyski za kilka lat, a nie za kilka miesięcy. – Stabilność zwrotów to święty Graal, bo średnia życia funduszu hedgingowego to ledwie 5 lat. Jaki sens dla instytucji ma inwestowanie w firmę nęcącą klientów wielkimi zwrotami, jeśli za chwilę przestanie istnieć? – pyta Paul Marshall, założyciel londyńskiego funduszu hedgingowego Marshall Wace i jeden z najwybitniejszych europejskich finansistów tej branży.
Problem polega na tym, uważa Marshall, że większość funduszy nadal obiecuje rzeczy, których nie jest w stanie spełnić. – A na dodatek wiele działa na zasadzie sprzed dekady: jeden utalentowany menedżer oraz kilku analityków. Mogą przetrwać kilka lat, ale nie mogą zagwarantować stabilnych zysków – dodaje. Nawet firmy z czołówki popełniają błędy. – Jest kilka funduszy, które są zbyt wielkie dla ich strategii. Menedżerowie tracą kontrolę nad sytuacją i żeby podnieść zyski, muszą wchodzić na rynki wykraczające poza ich kompetencje – tłumaczy.
Rzeczywiście, choć niektóre firmy zwróciły inwestorom pieniądze – usiłując poprawić słabe wyniki oraz uniknąć sytuacji, w której stałyby się zbyt ciężkie, żeby skutecznie handlować na rynkach przy obecnych niskich obrotach – to raczej wyjątkowe przypadki. Nadal dominują duże fundusze hedgingowe, czołowa dwudziestka zarządza ponad jedną czwartą z wartych 2 bln dol. aktywów branży.
Co więcej, wielu niepokoi to, że skupianie się inwestorów instytucjonalnych na sposobach generowania zysków ma szkodliwy wpływ na poziom tych zysków. – Inwestorzy uwierzyli w mit, że jakimś cudem fundusze hedgingowe oferują wysokie zwroty bez żadnego ryzyka – mówi Chris Hohn z brytyjskiego Children’s Investment Fund Foundation i jeden z najbardziej znanych przedstawicieli branży, głównie dzięki kampaniom przeciwko wielkim korporacjom.
Fundusz zarządzany przez Chrisa Hohna, TCI, w przeciwieństwie do większości innych inwestuje w duże pakiety zaniedbywanych lub niechcianych akcji. Choć w 2008 roku poniósł duże straty, jego wyniki w długoterminowej perspektywie, nawet wliczając pechowy rok, plasują go w czołowej dziesiątce. W tym roku jego zyski wynoszą 22 proc., m.in. dzięki odważnym inwestycjom w Japan Tobacco i w News Corp. – Odnosimy sukces w świecie, w którym wiele funduszy hedgingowych nie wie, co począć. Fundusze typu macro są zagubione, brokerskie fundusze także. Wskaźniki funduszy hedgingowych praktycznie stoją w miejscu od trzech lat. To poważna sprawa – mówi Hohn.

Baw się dobrze

Te uwagi wskazują na dylemat, który leży u podstaw kryzysu zaufania w branży: czy menedżerowie powinni się skupić na podejmowaniu skalkulowanego ryzyka w długoterminowej perspektywie, czy na zarządzaniu ryzykiem w perspektywie krótkoterminowej? Inaczej mówiąc – czy fundusze hedgingowe podejmują, czy niwelują ryzyko? Większość menedżerów nie ma wątpliwości, co powinni wybrać. –Jak sprawy? Do bani. Na rynkach posucha, inwestorzy są nerwowi, nie ma chęci do ryzykowania – mówi pod warunkiem zachowania anonimowości szef funduszu zarządzającego 5 mld dol. i specjalizującego się w inwestycjach private equity. Podobne komentarze można usłyszeć wszędzie. Maklerzy średniego i niższego szczebla, którzy jeszcze niedawno otrzymywali wielkie premie, teraz dostają znacznie mniejsze bonusy. Ich tęsknota za dniami chwały sprzed 2008 roku jest namacalna.
Tymczasem wszystko świadczy o tym, że przy zwiększeniu dopływu gotówki tendencja do mniejszych zysków i mniej spektakularnych transakcji nie jest chwilowa. Krzywa rocznych wyników z ostatnich dwóch dziesięcioleci pokazuje tendencję spadkową, która idzie w parze ze wzrostem aktywów.
Największym problemem pozostaje domaganie się przez inwestorów płynności – inaczej mówiąc, prędkości, z jaką mogą otrzymać z powrotem swoje pieniądze. – Jeśli chcesz mieć możliwość wycofania pieniędzy z dnia na dzień w funduszu hedgingowym, zwroty nie będą się różnić od zysków na rachunku depozytowym w banku. Z tą różnicą, że w funduszach hedgingowych nie rozdajemy darmowych tosterów – mówi Luke Ellis z Man Group.
Nie chodzi o to, że fundusze hedgingowe mają zniknąć. Jeśli jesteś menedżerem, możesz siedzieć i skarżyć się na to, jak ciężkie jest życie, lub powiedzieć sobie, że to nadal najlepszy sposób zarabiania, i dobrze bawić się w pracy.