Często w bardzo małym stopniu zdajemy sobie sprawę z tego, jak duży ślad zostawiamy za sobą w internecie. Profile na portalach społecznościowych, konta e-mail, dane pozostawiane w różnych serwisach, zdjęcia czy statusy – wszystko to jest gdzieś utrwalane i rzadko kiedy należy do nas.

Co więc dzieje się z tymi danymi po naszej śmierci? Kto ma do nich dostęp i jakie są granice internetowej prywatności? Czy nasze internetowe poczynania mogą być pamiątką dla przyszłych pokoleń, stanowić materiał do badań dla antropologów, a może nawet przeistoczyć się w interaktywny hologram, który sprawi, że na pewien sposób będziemy żyć wiecznie?

Kwestia losu naszych danych leży zwykle w rękach witryny, na której są one umieszczone, jednak inicjatywę w tej kwestii musi podjąć rodzina. Większość stron, takich jak Facebook, Google, MySpace czy Twitter wymagają od rodziny dostarczenia kopii aktu zgonu lub opublikowanego nekrologu. Zwykle ma to na celu zlikwidowanie konta zmarłej osoby, jednak niektóre portale proponują też inne możliwości. Tak np. Facebook, po otrzymaniu od członka rodziny potwierdzenia informacji o śmierci użytkownika, poza skasowaniem profilu może go zdezaktywować, udostępnić rodzinie do ściągnięcia lub „utrwalić”, tworząc z niego swego rodzaju tablicę pamiątkową. W tym ostatnim przypadku na zawsze zablokowana zostaje możliwość logowania się na konto i jego modyfikacji, użytkownik nie pojawia się w wyszukiwarce, ale profil jest dostępny dla znajomych zmarłego, którzy mogą wpisywać się na jego osi czasu.

Bardziej kontrowersyjna wydaje się polityka niektórych dostawców kont e-mail. Zarówno Gmail, jak i mniej popularny w Polsce Hotmail mogą na życzenie członka rodziny udostępnić mu całą naszą korespondencję i listę kontaktów, przez co może ona nie tylko dowiedzieć się o nas czegoś, czym być może nie chcielibyśmy się nigdy dzielić, ale też otrzymać dostęp do prywatnych informacji na temat innych osób.

Jeśli uznamy, że stanowi to dla nas problem, możemy ubezpieczyć się na taką okoliczność poprzez wyznaczenie prawnego pełnomocnika, który wyposażony w nasz „cyfrowy testament” będzie upoważniony do zajęcia się naszymi danymi tak, jak byśmy sobie tego życzyli.

Reklama

A co jeśli zależy nam na zachowaniu bardzo żywego wspomnienia o nas samych? Rozwój technologii pozwala mieć nadzieję, że dla naszych bliskich moglibyśmy wręcz żyć wiecznie.

Przy wystarczająco dużej ilości informacji zostawianej przez nas w internecie w postaci statusów, wpisów na blogach czy krótkich wiadomości na Twitterze odpowiednie programy mogłyby stworzyć model naszej osobowości, który po naszej śmierci mógłby nawet „rozmawiać” z naszymi bliskimi oraz kolejnymi pokoleniami. Co więcej, istnieją już firmy, które na nasze życzenie zbierają dane na temat naszej osobowości, nawyków i poglądów w celu stworzenia wirtualnego modelu naszej osoby. Jeśli dodać do tego ogrom zdjęć i filmów, które wrzucamy chociażby na Facebooka, nietrudno wyobrazić sobie, że w przyszłości nasze praprawnuki będą mogły w dowolnym momencie dowiedzieć się czegoś o tym, jacy byliśmy za życia, zwyczajnie z nami rozmawiając.

Facebook / Bloomberg / David Paul Morris
Poczta Gmail / Bloomberg