Rosyjski system władzy wygląda jak monolit, a jedynym uosobieniem państwa jest Władimir Putin. To uproszczenie zahaczające o fałsz.

Irkuck, 600-tys. miasto rywalizujące z Nowosybirskiem o tytuł nieformalnej stolicy Syberii, żyje obecnie jednym tematem. Władze centralne w ramach reformy szkolnictwa wyższego chcą zamknąć uniwersytety, które nie uzyskały odpowiedniego wskaźnika w ogólnorosyjskim rankingu, a więc są nieefektywne. Wśród nich są dwa miejscowe. Przeciwko decyzji Moskwy, mimo ponad 20-stopniowego mrozu, protestowały setki studentów obu szkół. Kogoś, kto uznaje pierwsze zdanie tego tekstu za prawdziwe, zaskoczy zapewne, że protestowali też przedstawiciele lokalnej władzy. Zaskakująco zabrzmią też tytuły w lokalnych „Bajkalskich Wiestiach”: „O uniwersytety, bez których nie przeżyjemy”, „Razem jesteśmy siłą”. „Jeśli szkoły zostaną zamknięte, wielu ich obecnych studentów opuści obwód” – pisze Arnold Łarionow z „Bajkalskich...”. A naczelną ambicją Kremla jest zatrzymanie Rosjan na Syberii, by czuwali nad rosyjskością najbogatszych w zasoby mineralne ziem świata.

Powiedzmy otwarcie: cytowana gazeta nie należy do niepokornych. Relację ze spotkania z merem Irkucka zatytułowano: „W interesach większości”, tekst o nowym budżecie lokalnym: „Nie mamy konfliktu z gubernatorem”. Można też przeczytać list małżeństwa Tamary i Innokientija Mielzienikowów: „Chcielibyśmy za pośrednictwem waszej gazety podziękować naszym przedstawicielom władzy: gubernatorowi Siergiejowi Władimirowiczowi Jeroszczence (...) za poświęconą nam, emerytom, uwagę, poprawność, profesjonalizm i odpowiedzialność wobec ludzi swojego regionu”. Tak zdecydowane postawienie kwestii uniwersytetów i sprowadzenie jej do konfliktu Moskwa – regiony nie mogło się zatem obyć bez zielonego światła od miejscowych władz. Co więcej, gubernator Jeroszczenko zapowiedział tuż po kolejnym wiecu w obronie szkół, że jeśli Moskwa wstrzyma finansowanie, obwód irkucki weźmie je na swój garnuszek.

Reklama

Wyjaśnienie sporu jest proste: Moskwa liczy pieniądze, gubernator broni pozycji obwodu. Takich grup interesów w rosyjskiej elicie jest znacznie więcej, wzajemnie się przenikają, wchodzą ze sobą w sojusze i mają jasno określone strefy wyłącznych wpływów, poza które raczej się nie wykracza. Ich istnienie sprawia zarazem, że rosyjska stabilność – słowo klucz propagandy na wschód od Buga i Sanu – może nie być tak oczywista. Gdy zabraknie głównego sworznia systemu – a jest nim bez wątpienia Władimir Władimirowicz – utrzymywane w ulokalnionej wersji systemu check and balance „gruppirowki” mogą skoczyć sobie do gardeł. Pytanie brzmi, jak daleko są gotowe się posunąć.