Forsal logo

Stępień: To musiała być stocznia, to musiał być Wałęsa

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
2 października 2013, 03:14
Jerzy Stępień
Jerzy Stępień/DGP
Jest grupa publicystów, którzy po wprowadzeniu stanu wojennego byli tak święcie przekonani o rychłym upadku komuny, że postanowili wyjechać do Paryża czy innego Nowego Jorku i tam spokojnie poczekać na spektakularne załamanie się systemu.

A potem w chwale proroków zjechać do Warszawy i objąć, z racji wykazanej dalekowzroczności, należące się im stanowiska państwowe, medialne czy biznesowe. Trzeba powiedzieć, że wiele na to wskazywało.

Tak miało być i byłoby naprawdę bardzo pięknie, gdyby nie niewielka grupa nieodpowiedzialnych krajowców, którzy w zmowie z towarzyszami z mandatu radzieckiego (przecież „bój miał to być ich ostatni”) przyspieszyli niechybny koniec najweselszego baraku w obozie socjalistycznym i sami pozajmowali te wszystkie stanowiska, które należały się przecież niezłomnym. 

Takie myśli przebiegają mi po głowie po obejrzeniu filmu o Lechu Wałęsie i lekturze kilku jego recenzji, a w związku z niedawnymi 70. urodzinami „nieznanego mężczyzny z wąsem – II połowa XX w.” według znanego portretu piórka Jacka Fedorowicza.

I przyznam się szczerze, że rozumiem tych wszystkich zawiedzionych nieoczekiwanych obrotem historii, w którejś ktoś tak im paskudnie namieszał – choć im nie współczuję. 

A może po prostu musiało być tak, jak było? Spróbujmy spojrzeć na historię ostatnich lat z perspektywy całkowicie nieprofetycznego krajowca. Może wnioski z tej analizy choć w części ulżą straszliwym cierpieniom zawiedzionych, których w Polsce w ostatnim czasie jakby przybywało. 

Gdzież to klasa robotnicza mogła w latach 70. zbuntować się w sposób, który był w stanie poruszyć bryłę świata? No, chyba nie na Uniwersytecie Warszawskim pod wodzą Macieja Jankowskiego. Pewnie jacyś robotnicy byli też na Uniwersytecie Gdańskim… 

W najlepszym razie były tylko dwa takie miejsca w Polsce: Nowa Huta i Stocznia Gdańska. Inne zakłady pracy socjalistycznej nie mogły przecież dostąpić zaszczytnego imienia Włodzimierza Iljicza. Gdańsk miał tę przewagę, że na Wybrzeżu była już nieźle zorganizowana opozycja, i to właśnie w środowisku robotniczym. W Krakowie wszystko, jak wiadomo, koncentrowało się wokół „Tygodnika Powszechnego” i kurii. Żarty żartami, ale to Wybrzeże przeżyło tragedię Grudnia.

A zatem musiał być to Gdańsk i Stocznia im. Lenina. I tak było. A kto mógł stanąć na czele strajku w stoczni? Andrzej Gwiazda? Lech Bądkowski? Musiał to być robotnik i związany ze stocznią, a nie Bogdan Borusewicz, który na szczęście wtedy dobrze wiedział, kto mógł wówczas objąć przywództwo. No i chyba robotnik, a nie robotnica, w obronie której można było zmobilizować zbuntowanych mężczyzn. Czy mogło być odwrotnie? 

Musiał to być zatem robotnik związany ze stocznią, ale też z opozycją. Jerzy Borowczak spełniał te kryteria, ale miał wtedy 20 lat. Rozpoczął strajk, ale zaraz potrzebny był dodatkowy impuls. I był. Wałęsa na szczęście się spóźnił. A właściwie dodatkowe impulsy. Pojawienie się Wałęsy wprowadzało całkowicie nową jakość strajku – dyrekcja zaczęła z robotnikami poważnie rozmawiać. 

Ten drugi impuls przyszedł od kobiet (Ludwika Krzywonos, Anna Walentynowicz, Alina Pieńkowska i niestety prawie już zapomniane Maryla Płońska i Ewa Osowska), które zmusiły strajkujących do przedłużenia strajku w imieniu innych zakładów. „Solidarność” narodziła się właśnie wtedy – 16 sierpnia. Nie z chwilą wybuchu strajków w Lublinie, a nawet w Gdańsku 14 sierpnia, czy z chwilą podpisania Porozumień Sierpniowych, czy nawet 17 września, kiedy to „Solidarność” formalnie powstała i przyjęła statut. Nie. „Solidarność” powstała właśnie w tym momencie, kiedy stocznia stanęła za innymi i w imieniu innych, okazując solidarność ze słabszymi. 

I jeszcze jeden ważny element. Przywódca Sierpnia musiał mieć także zaufanie Kościoła. Lech Wałęsa od wielu lat prowadził modlitwy w kościele Mariackim za poległych w Grudniu ’70. Chyba nikt sobie nie wyobraża, że ta olbrzymia mobilizacja całego narodu w 1980 r. mogła się mieć miejsce bez wcześniejszej modlitwy Jana Pawła II na placu Zwycięstwa 2 czerwca 1979 r.

Chyba że wierzy się w parowóz dziejów albo w coś podobnego.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
były prezes TK i współautor reformy samorządowej
Jerzy Stępień
Prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego. Uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu, w grupie roboczej do spraw samorządu terytorialnego. W rządzie Jerzego Buzka był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. W 2008 r. zakończył kadencję sędziego i zarazem prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Został później dyrektorem Instytutu Przestrzeni Obywatelskiej i Polityki Społecznej przy Uczelni Łazarskiego. Odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, oraz Krzyżem Komandorskim Orderu Wielkiego Księcia Giedymina. Wyróżniony Złotym Krzyżem Zasługi, Medalem Gloria Artis, oraz medalem Zasłużony dla Wymiaru Sprawiedliwości przyznawanym przez KRS.
Zobacz wszystkie artykuły tego autoraStępień: Prawnicy bez filozofii »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj