Chociaż zmiana dyrektora następuje po serii publikacji na temat kontrowersyjnych działań agencji, Biały Dom utrzymuje, że generał planował swoje odejście już wcześniej.

Obecny szef NSA kieruje agencją od 2005 r. Przez ten czas zdążył z niej uczynić drugą co do wielkości budżetu służbę wywiadowczą w USA. To za jego kadencji kontynuowano, rozwinięto lub rozpoczęto wiele kontrowersyjnych inicjatyw, o których światowa opinia publiczna dowiedziała się z przecieków Edwarda Snowdena. To m.in. program PRISM polegający na filtrowaniu większości ruchu internetowego na świecie, podsłuchiwaniu obcych ambasad, a nawet ONZ.

>>> Czytaj też: PRISM nie jest wyjątkiem. Zachód od dawna inwigiluje bezkarnie

Zmiana dyrektora daje administracji Baracka Obamy szansę na wzmocnienie cywilnej kontroli nad NSA. Wątpliwe jednak, aby agencja choćby częściowo wycofała się z prowadzonych przez siebie działań. Wiele z nich jest efektem długoletnich programów, które pochłonęły mnóstwo środków, jak budowane kosztem 2 mld dol. potężne centrum analizy danych w Bluffdale w stanie Utah, gdzie będzie trafiała większość przechwyconego przez agencję ruchu internetowego. Te możliwości z kolei są efektem pielęgnowanych przez lata relacji z odpowiednikami NSA w takich krajach, jak Niemcy czy Wielka Brytania, które umożliwiają NSA wpinanie się w sieci szkieletowe za granicą. Daje to NSA potężne możliwości, z których żaden szef agencji nie będzie chciał zrezygnować.

Szef NSA kieruje jednocześnie dowództwem armii odpowiedzialnym za operacje komputerowe (US Cyber Command), a zatem musi się wywodzić z kręgów wojskowych. Dlatego najwyżej na liście nazwisk potencjalnych następców Alexandra znajduje się wiceadmirał Michael Rogers, obecny dowódca 10. Floty oraz szef dowództwa operacji komputerowych marynarki. Cywilem może być dopiero zastępca szefa NSA. W tej kadencji jest to John Inglis, wieloletni pracownik agencji.

>>> Czytaj też: PRISM: będą kary finansowe za bezprawne przekazywanie danych