A ponieważ duża część potencjalnych kredytobiorców nie ma pieniędzy na wymagany wkład własny (i nie może albo nie chce korzystać z pomocy rodziny), to będzie musiała się nauczyć oszczędzania na kilka, a w przyszłości na kilkanaście procent wartości kredytu.
Dobrze, że banki dostrzegły tę potrzebę i oferują specjalne programy oszczędnościowe, które pozwolą zebrać wymaganą kwotę. Jest tylko małe „ale”. Kilkanaście lat temu mieliśmy już taki ogólnopolski program – był nawet wspierany przez państwo. Nazywał się „kasy mieszkaniowe”. Oszczędzać trzeba było trzy lata, w tym czasie można było nawet liczyć na ulgę podatkową, a po tych trzech latach nie tylko miała się zebrać konkretna kwota, ale też bank miał udzielić preferencyjnego kredytu na mieszkanie.
I co? Po zakończeniu okresu oszczędzania okazywało się, że wymagania banku co do na przykład koniecznych zabezpieczeń idą tak daleko, że wzięcie kredytu w ramach programu graniczy z cudem.
Żeby wielkie rozczarowania się nie powtórzyły, klienci korzystający z pomocy w oszczędzaniu na wkład własny powinni mieć świadomość jednej bardzo istotnej rzeczy: banki chętnie przyjmą ich pieniądze, ale prawdopodobnie niespecjalnie pomoże im to za kilka lat przy ocenie ryzyka kredytowego.
Redaktor w DGP. Pisze głównie o finansach, chętniej o fuzjach i wynikach banków niż o oprocentowaniu depozytów i kredytów. Drugi ulubiony temat: makroekonomia. Zaczynał w czasie, gdy o stopach procentowych decydował w pojedynkę prezes NBP, czyli w poprzednim tysiącleciu. Pracując w „Dzienniku Gazecie Prawnej” od 2012 r., był twórcą rankingów banków i ubezpieczycieli "Gwiazdy Bankowości" i "Gwiazdy Ubezpieczeń". W tygodniku "Gazeta Bankowa" wymyślił ranking trafności prognoz makroeokonomicznych, który później przeniósł do Gazety Giełdy "Parkiet", gdzie konkurs wciąż ma się dobrze. W 2021 r. nagrodzony Grand Press Economy, w latach 2014 i 2021 laureat Nagrody Dziennikarskiej im. M. Krzaka przyznawanej przez Związek Banków Polskich.
