Nieumiejętność polskiego rządu w kwestii zarządzania finansami publicznymi nie może być ani naprawiona, ani zakamuflowana poprzez wycofywanie reform, które się sprawdzały. Felieton Andersa Aslunda.

Polska od 1989 roku wyróżniała się na tle byłych państw komunistycznych jako najbardziej skuteczny reformator oraz kraj charakteryzujący się najszybszym wzrostem gospodarczym. Przepłynęła przez kryzys jako jedyne państwo UE, które nie doświadczyło recesji w 2009 roku. Działania Donalda Tuska w kwestii reformy OFE są więc niezrozumiałe. Odejście od wprowadzonej w 1999 roku, znakomitej reformy systemu emerytalnego w celu zredukowania deficytu budżetowego jest dla Polski tragedią.

>>> Czytaj też: Sejm uchwalił zmiany w OFE

Reklama

Opieka nad osobami starszymi to święty obowiązek każdego społeczeństwa. Kluczową kwestią jest tu zbilansowanie odpowiedzialności względem nich ze zobowiązaniami wobec pracującej części społeczeństwa.

Na początku lat 90. Bank Światowy stworzył rozsądny model emerytalny, bazujący na trzech filarach. Pierwszym jego elementem była minimalna emerytura dla każdego obywatela, finansowana z bieżących dochodów państwa. Drugą warstwę stanowiły obowiązkowe oszczędności, którymi zarządzać miały prywatne fundusze emerytalne. Trzecim filarem miały być nieobowiązkowe fundusze emerytalne, dostępne dla wszystkich. Wiele państw, w tym Szwecja i większość Europy środkowej i wschodniej, wprowadziły system trzech filarów pod koniec lat 90. Polska zrobiła to w roku 1999, z dużym poparciem politycznym.

Zmiany te wyeliminowały domniemany dług publiczny emerytur, ponieważ przyszłe dodatkowe świadczenia były finansowane z oszczędności, a nie z bieżących dochodów. To zwiększało oszczędności państwa, które są niezwykle ważne dla wzrostu gospodarczego i inwestycji. Pojawienie się prywatnych funduszy emerytalnych pomogło też w rozwinięciu rynku kapitałowego. Warszawska giełda obraca obecnie akcjami większej ilości spółek niż moskiewska.

Duże trudności

Kiedy w latach 2008-2009 przychody do budżetów drastycznie zmalały, publiczne fundusze emerytalne doświadczyły znacznych trudności fiskalnych. Większość krajów środkowoeuropejskich tymczasowo zmniejszyła wpłaty do drugiego filaru, chociaż od tego czasu większość z nich z powrotem je podwyższyła. Pojawiły się skargi na wysokie opłaty, które muszą być monitorowane i sprawdzane poprzez regulacje i konkurencję.

Niebezpieczny przykład dały Węgry. W 2011 roku premier Wiktor Orban znacjonalizował prywatne fundusze i wprowadził obowiązkowe prywatne składki, twierdząc, że są one de facto publiczne. Chciał tym sposobem zmniejszyć dług publiczny Węgier nie redukując przy tym wydatków publicznych ani nie podnosząc podatków. Ponieważ jednak węgierski rząd utrzymał zobowiązania emerytalne, dług publiczny związany z emeryturami nie zniknął, lecz zamienił się w dług domniemany. Biorąc pod uwagę rujnowanie przez Orbana również innych kluczowych instytucji, to niefortunne cofnięcie poprzedniej reformy nie było zaskoczeniem.

Węgierski precedens uwypukla więc tylko zaskakującą naturę lipcowej decyzji polskiego demokratycznego, centroprawicowego rządu, żeby podjąć podobne kroki. Jedynym celem rządu jest więc w tym momencie redukcja długu publicznego do postaci długu domniemanego.

Polska konstytucja wymaga od rządu wprowadzenia obowiązkowych oszczędności kiedy dług publiczny przekroczy 55 proc. PKB. Obecnie, według Eurostatu, jest on na poziomie 57 proc. PKB – ale polski rząd stosuje inną metodologię obliczeń, co pozwala mu uniknąć konieczności wprowadzenia cięć. Planowane jest wręcz zwiększenie długu poprzez ustanowienie deficytu budżetowego na 2014 rok na poziomie 4,6 proc. PKB.

>>> Zobacz wyniki sondażu, według którego znaczna większość Polaków jest przeciwna zmianom w OFE

Odwracanie reform

Żeby znaleźć środki na sfinansowanie nadmiernych wydatków, rząd zamierza upaństwowić nieco ponad połowę polskich funduszy emerytalnych, w szczególności tych, które zawierają obligacje rządowe. Nacjonalizacja w wysokości 7 proc. PKB zmniejszy jawny dług publiczny do wartości 50 proc. PKB. Skupienie się na obligacjach rządowych ma prawdopodobnie ułatwić cały proces z technicznego punktu widzenia, ale decyzja ta nie ma najmniejszego sensu pod względem ekonomicznym. Taka taktyka może znacząco zaszkodzić polskiemu rynkowi obligacji państwowych. Zwykle rządy promują swoje obligacje, żeby zwiększyć popyt i zredukować koszty oprocentowania.

Do tego dochodzi fakt, że typowy fundusz emerytalny składa się z dość równych ilości obligacji i akcji. Żeby taką równowagę utrzymać, polskie fundusze będą musiały skłonić się w kierunku długu zagranicznego, co wprowadzi niepotrzebny element ryzyka.

Decyzja o odwróceniu reformy emerytalnej może szybko doprowadzić do redukcji oszczędności emerytalnych, a co za tym idzie – zmniejszenia popytu na polskie akcje. Zmaleć może też liczba debiutów na warszawskiej giełdzie.

Co dziwne, Unia Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy milczą na ten temat, podczas gdy pogorszenie kondycji polskiej gospodarki powinno martwić nie tylko Europę.

Nieumiejętność polskiego rządu w kwestii zarządzania finansami publicznymi nie może być ani naprawiona, ani zakamuflowana poprzez wycofywanie reform, które się sprawdzały.

Anders Aslund jest starszym adiunktem Peterson Institute for International Economics i autorem książki „Jak budowano kapitalizm”

Czytaj więcej opinii i felietonów na Forsal.pl