Gdy napisałem tekst o problemie bezrobocia w Europie, otrzymałem bardzo dużo komentarzy. Europejczycy zgadzali się ze mną, że bezrobocie to dziś główny europejski problem, Amerykanie natomiast twierdzili, że USA mają bardzo podobny problem, a rzeczywiste bezrobocie w Ameryce jest dwa razy wyższe niż podają oficjalne statystyki rządowe. Mój kontrargument wobec amerykańskich komentarzy jest taki, że w USA bezrobocie nie jest w takim samym stopniu zagrożeniem dla kraju jak bezrobocie w krajach UE, ponieważ wysokie bezrobocie w Stanach Zjednoczonych nie niesie ze sobą zagrożenia geopolitycznego – bez względu na jego poziom. Europa natomiast ze względu na wysoki odsetek osób bez pracy jest zagrożona polityczną dezintegracją.

Zgodziłbym się natomiast co do tego, że USA muszą zmierzyć się z potencjalnie bardzo ważnym, długoterminowym zagrożeniem geopolitycznym, które wypływa z trendów ekonomicznych. Chodzi o trwałe obniżanie się standardu życia klasy średniej. W wyniku tego procesu dochodzi do przebudowy społecznego porządku, który kształtował Amerykę od czasu II wojny światowej – i jeśli będzie dalej postępował – zagrozi amerykańskiej potędze.

Kryzys amerykańskiej klasy średniej

Mediana dochodu amerykańskiego gospodarstwa domowego w 2011 roku wyniosła 49,103 tys. dol. Po uwzględnieniu inflacji wartość ta znalazła się na poziomie nieco niższym niż w 1989 roku i o 4 tys. dol. niższym niż w roku 2000.

Mediana dochodów gospodarstw domowych po uwzględnieniu podatków i pomocy społecznej w 2011 roku wyniosła poniżej 40 tys. dol. Oznacza to miesięczny dochód na gospodarstwo wysokości około 3,3 tys. dol. Należy mieć na uwadze fakt, że aż połowa amerykańskich gospodarstw domowych zarabia mniej niż wynosi ta kwota.

Istotne jest również, aby rozważyć nie tyle różnicę pomiędzy rokiem 1990 i 2011, ale pomiędzy latami 50 i 60 XX wieku. Właśnie w tym okresie znaczenie klasy średniej staje się najbardziej widoczne.

W latach 50 i 60 XX wieku, mediana dochodów pozwalała utrzymać gospodarstwo domowe z pensji jednego członka rodziny. Zazwyczaj był to mężczyzna, a jego żona prowadziła gospodarstwo domowe i wychowywała trójkę dzieci. Dochody znajdowały się na poziomie pozwalającym na zakup skromnego domu, jednego całkiem nowego auta i drugiego nieco starszego, a także na wakacje i niewielkie oszczędności. Sam pochodzę z niższej klasy średniej i w taki właśnie sposób żyliśmy. Co więcej, żyło też tak wiele osób z mojego pokolenia o podobnym zapleczu. Choć musieliśmy odmawiać sobie wielu luksusów, to jednak był to poziom nie najgorszy.

Osoby, których zarobki znajdują się dziś na poziomie mediany, mogłyby sobie pozwolić na podobny poziom życia, ale nie byłoby to już tak łatwe jak kiedyś. Załóżmy, że taka przykładowa osoba nie jest obciążona kredytami za studia, ale musi za to spłacać dwa kredyty samochodowe wysokości mniej więcej 700 dol. miesięcznie. Musi także kupować żywność, ubrania i płacić bieżące rachunki za media wysokości około 1200 dol. miesięcznie. Co więcej, osoba ta spłacałby miesięcznie 1400 dol. w ramach raty kredytu hipotecznego, podatków od nieruchomości, naprawy klimatyzatora i zmywarki. Oprocentowanie kredytu na poziomie 5 proc. pozwoliłoby na kupno domu o wartości około 200 tys. dol. Za zwrot podatku opłacałaby rachunki za karty kredytowe i kupno prezentów na święta Bożego Narodzenia. Oczywiście to wszystko jest możliwe, ale dla większości osób mieszkających na głównych obszarach metropolitalnych w USA wiązałoby się to z dużymi trudnościami i wyrzeczeniami. W powyższym przykładzie nie uwzględniliśmy ubezpieczenia zdrowotnego – założyliśmy, że koszt ten pokrywa pracodawca. Jeśli jednak ubezpieczenie to byłoby pokrywane z własnej kieszeni pracownika, w przypadku gospodarstwa domowego składającego się z 3-4 osób byłby to dodatkowy koszt rzędu 4-5 tys. dol., co znacznie obciążyłoby domowy budżet. Po pokryciu tych wydatków zafundowanie sobie tygodniowych wakacji z dziećmi nad morzem byłoby już znacznie utrudnione.

Powyższy przykład dotyczy tych, którzy zarabiają na poziomie mediany, a zatem połowa wszystkich gospodarstw domowych w USA jest zatem pozbawiona tych możliwości, które są pewnym wyznacznikiem przynależności do klasy średniej (dom, samochód i inne udogodnienia).
Koszt tych udogodnień jest możliwy do pokrycia na poziomie zarobków w okolicach mediany, ale poniżej tego poziomu życie staje się zaskakująco trudne i skromne, nawet w ramach klasy średniej, a konkretnie w ramach grupy, którą nazywa się niższą klasą średnią.
Nadzieja na wzrost pozycji społecznej

W tym miejscu powinienem się zatrzymać i wspomnieć o przyczynach kryzysu na rynku kredytów typu subprime z lat 2007-2008. Otóż ludzie zarabiający poniżej mediany zaciągali kredyty w nadziei, że ich zarobki będą stopniowo rosły – tak, jak miało to miejsce od czasu II wojny światowej. W związku z tym karykaturalne przedstawianie kredytobiorców jako nieodpowiedzialnych zupełnie rozmija się z rzeczywistością, gdyż nadzieja na wzrost realnych dochodów była wbudowana w amerykańską kulturę. Wielu kredytobiorców zakładało zatem, że w ciągu pięciu lat spodziewany wzrost wynagrodzenia wreszcie nadejdzie. Kiedy tak się nie stało, ludzie ci znaleźli się w finansowej pułapce, ale w świetle powojennej historii USA nie można o nich powiedzieć, że zrobili nieodpowiedzialne założenia przy zaciąganiu kredytów.

Mówiąc szerzej, amerykańska historia zawsze była oparta na założeniu, że wspinanie się na drabinie społecznej jest możliwe. Masowa industrializacja Środkowego Zachodu i Zachodu na przełomie XIX i XX wieku dały USA ogromne możliwości rozwoju. Powszechne przekonanie o możliwości społecznego awansu było zatem wpisane w amerykańską kulturę i rzeczywistość.

Wielki kryzys w 1929 roku był systemowym szokiem. Rozwiązaniem tego problemu nie była polityka New Dealu ani wybuch II wojny światowej. Kolejna możliwość masowego awansu społecznego dla obywateli USA pojawiła się w związku z wprowadzeniem programów dla ponad 10 mln wojennych weteranów. Programy te, które były kluczowe w tworzeniu powojennej rzeczywistości w USA, doprowadziły do narodzin klasy podmiejskich specjalistów. Trzy programy były kluczowe:

  1. G.I. Bill – ustawa, która po zakończeniu wojny pozwalała weteranom pójście do szkoły średniej i na studia. W efekcie wykształciła się klasa profesjonalistów, którzy osiągnęli wyższą pozycję społeczną niż ich rodzice. 
  2. Część G.I. Bill, która umożliwiała weteranom zaciągnięcie kredytu hipotecznego gwarantowanego przez rząd oraz zapewniała niskie stopy procentowe absolwentom publicznych uniwersytetów.
  3. Finansowany z funduszy federalnych międzystanowy system autostrad, który ułatwił komunikację pomiędzy miastem a prowincją oraz poszczególnymi stanami. Umożliwiło to rozproszenie się osadnictwa na tanich obszarach, gdzie możliwe było budownictwo domów jednorodzinnych, a w ślad za tym powstanie firm.

Bez wątpienia istniało wiele innych czynników, które przyczyniły się do uksztaltowania możliwości awansu społecznego w powojennej Ameryce, ale te trzy zmieniły oblicze USA i stworzyły zupełnie nowy wymiar społecznego awansu (którego możliwość de facto wpisana była w historię Stanów Zjednoczonych od samego początku).

Co więcej, wspomniane programy skierowane były do weteranów, wobec których państwo miało dług wdzięczności. Programy te ponadto były stworzone ze względów militarnych (międzystanowy system autostrad miał umożliwić szybki transport wojsk z jednego na drugie wybrzeże USA, co przed II wojną światową było niemożliwe). W efekcie powszechnie uznawano moralną zasadność prowadzenia tych programów.

Fiasko na rynku kredytów typu subprime było zatem zakorzenione w błędnym zrozumieniu podstaw istnienia klasy średniej – nie chodziło bowiem o chwilową presję na posiadanie po stronie kredytobiorców, ale o coś znacznie bardziej fundamentalnego. O ile w pokoleniu po II wojnie światowej jedna osoba mogła utrzymać ze swoich zarobków rodzinę i zapewnić jej poziom życia klasy średniej, o tyle obecnie do zapewnienia tego poziomu pracować muszą już dwie osoby. Oznacza to, że wzrost liczby rodzin, do których utrzymania niezbędna jest praca dwóch osób, odpowiadał stopniowemu zmniejszaniu się klasy średniej. Im niższa pozycja na skali dochodów, tym większe prawdopodobieństwo, że dana osoba jest samotną matką. 

>>> Czytaj więcej o rozmontowywaniu przez USA klasy średniej

Korporacja wymyślona na nowo

Myślę, że za zmniejszanie się klasy średniej odpowiedzialny był również kryzys klasycznej korporacji. Korporacje zapewniały długoterminowe zatrudnienie klasie średniej. Nie było niczym nadzwyczajnym, jeśli dana osoba przepracowała całe życie dla jednej korporacji. Praca dla korporacji oznaczała coroczny wzrost wynagrodzeń, bez względu na członkostwo w związkach zawodowych. Klasa średnia miała zatem zapewnione zarówno zatrudnienie jak i wzrost dochodów, razem z bezpieczną emeryturą i innymi korzyściami. W miarę upływu czasu kultura korporacji różniła się coraz bardziej od rzeczywistości. Wydajność nie rosła tak szybko jak koszty, a korporacje stawały się coraz bardziej dysfunkcyjne. Dodatkowo korporacje przestawały skupiać się na wykonywaniu jednej działalności dobrze, a stawały się konglomeratami, z menedżerami, którzy nie byli zdolni do radzenia sobie z dużą złożonością firmy.

Między innymi z tych powodów korporacje stawały się coraz bardziej nieefektywne i w warunkach lat 80 XX wieku musiały zostać zrestrukturyzowane. W praktyce oznaczało to podzielenie, zmniejszenie, ograniczenie i koncentrację. Przeprojektowanie korporacji w kierunku większej żywotności i zwinności oznaczało ciągłą rewolucję w biznesie. Wszystko wymyślano na nowo. Przeznaczono na ten cel ogromne sumy pieniędzy, które były zarządzane przez ludzi specjalizujących się w restrukturyzacji. Wybór, jaki wówczas istniał, sprowadzał się do alternatywy: albo zupełna klęska albo radykalna zmiana. Z punktu widzenia pojedynczego pracownika oznaczało to zawsze to samo: bezrobocie. Natomiast z punktu widzenia gospodarki oznaczało to wytworzenie wartości poprzez podział przedsiębiorstw, zamknięcie niektórych z nich oraz wysłanie miejsc pracy za granicę. W założeniu miało to zwiększyć efektywność – i zadziałało w większości przypadków.

W tym miejscu pojawiło się pęknięcie. Z punktu widzenia inwestorów, proces zmian ocalił korporacje od upadku. Z punktu widzenia pracowników, część z nich utrzymała pracę, którą mogłaby stracić, a część z nich straciła etaty, które straciłaby tak czy inaczej. Przy czym ważną rzeczą nie jest tutaj subiektywne doświadczenie goryczy losu, ale coś bardziej złożonego.

Wraz ze zmniejszaniem się liczby miejsc pracy w korporacjach, coraz więcej ludzi zaczynało od nowa. Niektórzy z nich musieli zaczynać co kilka lat, ponieważ elastyczne firmy stawały się coraz bardziej wydajne i potrzebowały coraz mniej pracowników. Oznaczało to, że jeśli taki pracownik zdobył nową pracę w małej firmie, to nie był od razu odpowiednio wynagradzany, ale zaczynał od podstawowego poziomu wynagrodzenia. Jeśli dana firma upadała, była przejmowana lub zmieniała kierunek działalności, jej pracownicy ponownie lądowali na bezrobociu i musieli zaczynać od nowa. Widać zatem, że wynagrodzenie takich osób nie rosło, a dodatkowo osoby te przez długie okresy mogły być bezrobotne. Co więcej, ich wieloletnie doświadczenie stawało się zbędne.

Restrukturyzacja nieefektywnych firm w istocie tworzyła wartość dodaną, ale jednocześnie wartość ta nie płynęła do zwalnianych pracowników. Jakaś część wartości mogła trafiać do tych, którzy wciąż pozostawali zatrudnieni, ale większość trafiała do autorów i wykonawców restrukturyzacji oraz do inwestorów, których reprezentowali.

Od 1947 roku, czyli od czasu, gdy zbiera się takie dane, to właśnie dziś zyski przedsiębiorstw jako procent PKB są na najwyższym poziomie, zaś wynagrodzenia pracowników jako procent PKB na najniższym. Zatem problem nie dotyczy tego, jak uczynić gospodarkę bardziej efektywną (bo w istocie jest bardziej efektywna), ale tego, dokąd trafiała wytworzona przez firmy wartość. Ci, którzy zarabiali najlepiej oraz inwestorzy, kontynuowali prowadzenie biznesów i zarabianie pieniędzy, natomiast klasa średnia uległa podziałowi. Część klasy średniej stała się wyższą klasą średnią, zaś pozostali zostali zdegradowani do pozycji niższej klasy średniej.

Oczywiście, amerykańskie społeczeństwo nigdy nie było egalitarne. Zawsze akceptowano różnice w poziomach dochodu i bogactwa. W gruncie rzeczy postęp pod wieloma względami był napędzany chęcią zdobycia bogactwa i eliminacji konkurencji. Panowało również przekonanie, że jeśli jedni zarobili znacznie więcej, to bogactwo pozostałych także mimo wszystko będzie rosło.

Problem, z którym obecnie musimy się mierzyć, to duża zmiana strukturalna. W jej wyniku następuje degradacja klasy średniej pod względem standardu życia. Dzieje się tak nie z powodu ich głupoty lub lenistwa, ale w wyniku zmian społecznych (załamanie się tradycyjnej rodziny) i zmian gospodarczych (załamanie się tradycyjnych korporacji i osłabienie pozycji pracownika).

Obecny kryzys opiera się z jednej strony na coraz bardziej wydajnej gospodarce, z drugiej zaś na populacji, która nie potrafi skonsumować tego, co wytworzyła, gdyż ją na to nie stać. Historia była świadkiem podobnych procesów już wiele razy, ale Stany Zjednoczone, poza okresem kryzysu z 1929 roku, były pod tym względem wyjątkiem.

Oczywiście toczy się na ten temat ogromna debata polityczna, przy czym trzeba pamiętać, że debaty tego typu identyfikują problemy, ale ich nie wyjaśniają. W debacie politycznej zawsze ktoś musi być oskarżony i winny. W rzeczywistości jednak procesy te pozostają poza kontrolą rządów. Z jednej strony tradycyjne korporacje były korzystne dla pracowników do czasu, aż nie załamały się pod ciężarem własnych kosztów. Z drugiej strony, wytworzenie większej efektywności w wyniku restrukturyzacji podkopało konsumpcję, osłabiając efektywny popyt u połowy społeczeństwa. 

>>> Polecamy: Stratfor: oto 16 krajów, które zajmą miejsce Chin

Długoterminowe zagrożenie

Największe zagrożenie – choć nikt może nie chcieć mierzyć się z nim przez dziesięciolecia – pozostaje realne. Stany Zjednoczone zostały zbudowane na przekonaniu, że fala wzrostu niesie wszystkie łodzie. Tak się jednak nie działo w ciągu ostatniego pokolenia, co więcej, nie ma oznak, że ta rzeczywistość społeczno-gospodarcza szybko się zmieni. Sytuacja taka oznacza, że podstawowe założenie, na którym została ufundowana Ameryka, jest zagrożone. A stabilność społeczna w USA była budowana wokół założenia, że każdy korzysta z rosnącej produktywności i wydajności.

Jeśli nastąpi zmiana w kierunku systemu, w którym połowa mieszkańców traci grunt pod nogami, a połowa dynamicznie się rozwija, struktura społeczna , a co za tym idzie globalna potęga USA, będzie poważnie zagrożona. Inne superpotęgi, takie jak Wielka Brytania czy starożytny Rzym, nie były oparte o zasadę ciągłego ulepszania pozycji klasy średniej. W USA zasada ta była jedną z podstawowych. Jeśli Ameryka od niej odejdzie, to straci też jeden z filarów swojej geopolitycznej potęgi.

Lewica będzie argumentować, że dobrym rozwiązaniem tego problemu byłby transfer bogactwa od tych najlepiej uposażonych w kierunku klasy średniej. To zwiększyłoby konsumpcję, ale także zmniejszyło ilość kapitału niezbędnego do inwestycji oraz osłabiło samą chęć inwestycji. Nie można bowiem inwestować tego, czego się nie posiada, a nikt nie zaakceptuje ryzyka, że efekty inwestycji zostaną przetransferowane do innych.

Prawica będzie z kolei argumentować, że najlepiej byłoby pozostawić wszystko wolnemu rynkowi, a problem sam się rozwiąże. Trzeba jednak pamiętać, że wolny rynek, choć może zapewnić spodziewany efekt ekonomiczny, to nie zagwarantuje oczekiwanych efektów społecznych. Innymi słowy – wolny rynek być może pozwoliły osiągnąć wyższą efektywność i wyższy wzrost gospodarczy, ale nie będzie miał wpływu na rozkład bogactwa w społeczeństwie.

Lewica zatem nie może być obojętna wobec efektów skrajnej redystrybucji bogactwa, co miało już miejsce w historii. Prawica z kolei nie może być ślepa na polityczne konsekwencje zmniejszania się klasy średniej, tak samo jak nie może ignorować faktu, że połowa populacji jest niezdolna do nabywania dóbr i usług, które są sprzedawane przez biznes.

Wiele wskazuje na to, że działania podejmowane przez amerykańskie rządy, miały często niezamierzone efekty. Ustawa G.I. Bill miała na celu ograniczenie bezrobocia wśród powracających z wojny żołnierzy, w efekcie dzięki niej powstała nowa klasa specjalistów.

System kredytów hipotecznych dla weteranów-absolwentów szkół miał pobudzić budownictwo, w efekcie stworzył podstawy dla masowego zakupu domów na przedmieściach i w małych miastach.

Z kolei system międzystanowych autostrad stworzono w celu poprawy zdolności transportowych wojsk z jednego wybrzeża na drugie na wypadek wojny. W efekcie powstał nowy sposób życia i pracy na przedmieściach i na prowincji.

Dziś nie jest do końca jasne, w jaki sposób sektor prywatny miałby sobie poradzić z erozją klasy średniej. Programy rządowe z kolei wielokrotnie zawodziły nawet wtedy, gdy chciano spełnić minimalne cele i oczekiwania, marnotrawiąc przy tym środki publiczne.
USA zdają się być krajem, który miał jak dotąd wiele szczęścia, bo rozwiązania często pojawiały się w nieoczekiwany sposób.

Wydaje mi się, że do czasu, aż Stanom Zjednoczonym znów w nieoczekiwany sposób przytrafi się nieco szczęścia, ich globalna dominacja jest zagrożona. Biorąc pod uwagę naszą historię, USA mogą oczekiwać, że znów im się poszczęści, ale zawsze działo się tak wtedy, gdy kraj był pogrążony w lęku. Dziś Ameryka jest nie tyle pogrążona w lęku, ile zła; i wierzy, że jeśli zastosuje pewne rozwiązania, ten a także inne problemy zostaną rozwiązane. Uważam, że konwencjonalne rozwiązania proponowane przez wszystkie strony dyskusji nie obejmują całej skali problemu – że podstawy amerykańskiego społeczeństwa są zagrożone – zatem wszyscy są zadowoleni, powtarzając to, co zostało powiedziane już wcześniej.

Ci, którzy są mądrzejsi i będą mieli więcej szczęścia ode mnie, będą musieli wypracować jakieś rozwiązanie. Ze swojej strony zwracam po prostu uwagę na potencjalne konsekwencje problemu erozji klasy średniej i nieadekwatność wszystkich proponowanych rozwiązań, które do tej pory słyszałem.

Tekst opublikowano za zgodą ośrodka Straftor.

The Crisis of the Middle Class and American Power is republished with permission of Stratfor.

Choć w XXI wieku liczebność armii traci na znaczeniu, to nadal jednak liczba żołnierzy w służbie czynnej świadczy o potencjale wojennym państwa. Zobacz, które kraje mają największe armie świata: