Efekt jest taki, że niemieckie kluby przeżywają prawdziwe oblężenie ze strony inwestorów. Bo każdy chce im dziś dawać pieniądze. „I to wcale nie musi się dla nich dobrze skończyć” – przestrzega tygodnik „Wirtschaftswoche”.

To, że najmocniejsza obecnie drużyna świata Bayern Monachium dostała właśnie od firmy Allianz 110 mln euro, nikogo szczególnie nie zdziwiło. Monachijski gigant ubezpieczeniowy jest sponsorem bawarskiego klubu od lat. Jego nazwę nosi nawet stadion, na którym drużyna Guardioli rozgrywa na co dzień swoje mecze. Teraz Allianz będzie miał więc jeszcze 8,33 proc. udziałów w spółce akcyjnej o nazwie Bayern Monachium. Podobnie jak Adidas i Audi – dwaj inni strategiczni i długoletni sponsorzy drużyny (w sumie te trzy firmy mają 24 proc. udziałów w FCB SA). Układ sił jest jednak na razie jasny. Bo karty rozdaje tu stowarzyszenie FC Bayern e.V. A jego władze już wiele lat temu oznajmiły, że Bayern nigdy nie wejdzie na giełdę. I jeśli będą sobie dobierały inwestorów, to suwerennie. I na takich warunkach, jakie uznają za słuszne.

Bayern to jednak wyjątek. Inne kluby Bundesligi nie mają już takiego komfortu. Borussia Dortmund od lat jest na giełdzie. Wprawdzie ostatnio – dzięki sukcesom sportowym – ustabilizowała sytuację finansową, ale inne nawet znane piłkarskie firmy mają olbrzymie kłopoty z płynnością. A nierzadko spore długi. Ich atutem jest jednak to, że występują w perfekcyjnie zorganizowanej lidze. Takiej, gdzie stadiony są pełnie (najwyższa średnia frekwencja meczowa w Europie), a dochody z praw telewizyjnych czy reklam stabilne.
Wielu inwestorów chętnie by z tego kawałka tortu wykroiło coś dla siebie. Przykładem z ostatnich dni jest tu amerykański fundusz inwestycyjny KKR, który kupił za 62 mln euro 10 proc. udziałów w klubie Hertha Berlin. Od strony czysto piłkarskiej klub bynajmniej nie zachwyca. Dwa sezony temu spadł nawet do drugiej ligi. Ale potencjał ma olbrzymi – w końcu to najbardziej licząca się drużyna z niemieckiej stolicy. Inne niemieckie metropolie, których kluby piłkarsko niedomagają, to choćby Frankfurt czy Hamburg. I tam trwają poważne pertraktacje z nowymi inwestorami.

Że odkrycie futbolu przez duży kapitał może być niebezpieczne, przekonali się Anglicy. Już kilkanaście lat temu ich kluby otwarły się na kapitał zagraniczny. A potem był płacz i zgrzytanie (kibicowskich) zębów. Bo inwestor wchodził z workiem pieniędzy, ale w zamian układał wszystko po swojemu. Tak jak w Manchesterze United, kupionym w 2005 r. przez amerykańską rodzinę Glazerów. A w 2012 r. wprowadzonym na giełdę. Po którym gros zysków trafiło do inwestora, a klub pozostał na karku z długami.