Przyjęty projekt zmian w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych jest czystym przykładem rzymskiego cynizmu: rząd pod pozorem troski o przyszłe emerytury obywateli zamierza zgarnąć do FUS jeszcze w 2014 r. dodatkowe 650 mln zł (i oczywiście większe kwoty w kolejnych latach).

Rząd deklaruje, że oskładkowuje wynagrodzenia zleceniobiorców i członków rad nadzorczych w trosce o wysokość ich przyszłych emerytur. Czy jednak zainteresowani chcą takiej „troski”? Bez wielkiego ryzyka można powiedzieć, że tę „troskę” uznają za nadmierną członkowie rad nadzorczych. Z reguły są to ludzie, którzy albo na swoją emeryturę już odłożyli (i to bynajmniej nie w ZUS), albo wysokie składki opłacają już z innych tytułów. Dla nich ta „troska” oznacza po prostu mniejsze pensje i pogorszenie wyników finansowych płacących te wynagrodzenie spółek. Myślę jednak, że również bardzo wielu zleceniobiorców „troskę” rządu przyjmie z rezerwą: dla nich przecież oznacza to mniejsze wynagrodzenie już teraz, a może i utratę zajęcia, jeśli zleceniodawca uzna, że koszty pracy są zbyt wysokie, a ponadto wcale nie oznacza, że cokolwiek więcej będzie w przyszłości. Wszyscy pamiętamy do bólu uczciwe wypowiedzi prof. Gwiazdowskiego z czasów, gdy szefował radzie nadzorczej ZUS, oraz Waldemara Pawlaka z czasów, gdy był wicepremierem – obaj nie zachęcali do liczenia na państwowe emerytury. Innymi słowy, gdy rząd mówi dziś, że dziś zabiera – to zabiera dziś, ale gdy mówi dziś, że odda jutro – to tylko mówi.

Nie znamy rzeczywistych skutków zmian

Cynizm władz widoczny jest wyraźnie, gdy zestawi się słabość merytorycznego uzasadnienia dla zmian z podkreśleniem w komunikacie rządu, że zmiany te spowodują wpłynięcie do FUS jeszcze w 2014 r. dodatkowych