Jaki wpływ na polską gospodarkę będzie miała eskalacja kryzysu na Ukrainie?

Bezpośrednio na całą gospodarkę nie będzie to znaczący wpływ. Polski eksport na Ukrainę nie ma dużego udziału w naszym eksporcie ogółem. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę cały eksport na Wschód, to dla niektórych sektorów – np. naszego rolnictwa – efekt tego kryzysu może być bolesny. Polscy przedsiębiorcy zapewne będą próbowali dostosować się do nowych warunków i sprzedawać produkty spożywcze gdzie indziej. Zapewne część będzie oferowana na rynku krajowym, co wpłynie na dynamikę cen żywności.

Czy to pogłębi problem bardzo niskiej inflacji?

Rzeczywiście, w krótkim czasie inflacja może pozostawać pod wpływem czynników, na które władza monetarna nie ma wpływu – niska dynamika cen żywności i energii może ją obniżać. Jednak zgodnie z ostatnią projekcją Instytutu Ekonomicznego NBP inflacja w dłuższym terminie będzie stopniowo rosła, choć do końca tego roku pozostanie poniżej 1,5 proc.

Projekcja nie uwzględnia jednak skutków kryzysu ukraińskiego.

To prawda. Kryzys na Wschodzie może nam przejściowo obniżyć inflację i zahamować tempo jej powrotu do celu inflacyjnego NBP [wynosi on 2,5 proc. – przyp. red.].

Co będzie napędzało wzrost gospodarczy w tym roku?

Bez wątpienia odbudowa popytu krajowego. Przewidujemy jego 4-proc. wzrost. Na tle Europy Zachodniej to tempo wydaje się wysokie, ale patrząc wstecz na dane historyczne, nie jest to jakoś szczególnie dużo. Podobnie jak szacowany wzrost PKB na poziomie 3,6 proc. w tym roku.

>>> Polecamy: Visa broni się przed spadkiem opłat interchange

Dlaczego popyt krajowy wzrośnie? Dzięki konsumpcji prywatnej?

Konsumpcja prywatna wzrośnie o 2,6 proc. – i to jest powrót do tempa notowanego przed kryzysem. Okoliczności są sprzyjające: widzimy wzrost płac nominalnie o 4 proc. przy jednocześnie niskim wzroście cen. To powoduje, że realnie gospodarstwa domowe mogą wydawać więcej. Drugi czynnik wzrostu popytu to inwestycje: zakładamy, że w tym roku zwiększą się o ok. 6 proc. To też nie jest dużo, w przeszłości dynamika inwestycji bywała dwucyfrowa. Ale należy pamiętać, że przez ostatnie pięć lat, z wyjątkiem roku 2011, inwestycje spadały.

Jaka jest dziś rola banków w kreowaniu wzrostu konsumpcji i inwestycji?

Widzimy stopniowo formujący się trend wzrostowy wartości udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Ale to nie ma dużego znaczenia dla przyspieszenia konsumpcji. Kredyty mieszkaniowe udzielane w złotych też rosną – ale wolno. Większe wydatki gospodarstw domowych będą więc napędzane głównie przez realny wzrost płac. Jeżeli chodzi o kredytowanie firm, duże przedsiębiorstwa, zwłaszcza spółki córki zagranicznych podmiotów, mają dostęp do finansowania za granicą. Z kredytów bankowych korzystają więc głównie małe i średnie polskie firmy – ale również w ograniczonym zakresie, bo znaczna część z nich zgromadziła własne środki, z których się finansuje. Mówiąc inaczej: to nie dostęp do kredytów decyduje dziś o tym, czy nastąpi wzrost inwestycji, czy nie.

A co decyduje?

Oczekiwania przedsiębiorstw co do koniunktury gospodarczej. Nastroje powoli się poprawiają, co będzie się przekładać na stopniowy wzrost inwestycji. Poza tym coraz więcej firm w znacznym stopniu wykorzystuje już obecne zdolności produkcyjne, w warunkach odbudowującego się popytu będzie to skłaniać do poszerzenia istniejącego parku maszynowego. Dopiero w warunkach widocznego ożywienia gospodarczego perspektywa taniego kredytu będzie nabierała znaczenia, szczególnie dla małych i średnich firm.

Mówi pan, że banki udzielają coraz więcej kredytów konsumpcyjnych. Dlaczego akurat tych, a nie np. długoterminowych kredytów hipotecznych?

Powody to rosnące płace i stopniowo zwiększające się zatrudnienie. W takich warunkach poprawia się zdolność kredytowa klientów. Choć w dalszym ciągu wysoki odsetek kredytów nieregularnych będzie utrzymywał oprocentowanie kredytów konsumpcyjnych na wysokim poziomie. Za to w przypadku nowych kredytów hipotecznych ważniejszym czynnikiem niż wzrost płac jest zaostrzenie przez banki norm ostrożnościowych, na przykład podwyższenie wkładu własnego.

>>> Czytaj również: Kredyty we frankach szybko się psują. Banki zaczynają sprzedawać je windykatorom

A może to kwestia finansowania tych kredytów: banki mają niewiele długoterminowych lokat, więc niechętnie pożyczają na długi termin.

W tej chwili to nie ma większego znaczenia. Ale gdy zmienią się unijne przepisy regulujące wymogi płynnościowe, banki, żeby udzielać długoterminowych kredytów, będą musiały się posługiwać innymi niż tylko depozyty instrumentami do ich finansowania. W praktyce będą to zabezpieczone obligacje lub listy zastawne.

Co to oznacza?

Oprocentowanie tych instrumentów będzie wyższe niż w przypadku krótkoterminowych lokat. Polski system bankowy stanie przed dużym wyzwaniem, bo rynek tego typu instrumentów jeszcze się u nas nie rozwinął. Sporo już dokonano zmian, ale warunki do emisji obligacji i listów nie są jeszcze idealne.

Skoro obligacje i listy zastawne mają być dla banków bardziej kosztowne od lokat, to czy oznacza to również wzrost kosztów długoletnich kredytów, np. hipotecznych?

Marże pobierane mogą wzrosnąć w porównaniu z tymi, które dziś mamy na rynku.

Czy kredyty walutowe, których banki hojnie udzielały w drugiej połowie poprzedniej dekady, to nie jest w ich bilansach bomba z opóźnionym zapłonem?

Te kredyty są bardzo dobrze spłacane. Odsetek kredytów z utratą wartości w tej grupie oscyluje wokół 2 proc. Banki udzielały ich bowiem osobom o stosunkowo wysokich dochodach. Większość kredytobiorców jest więc w stanie je spłacać mimo osłabienia złotego. Na marginesie należy dodać, że równocześnie istotnie spadały stopy procentowe. Co innego ryzyko finansowania tych kredytów przez banki, myślę o ryzyku płynności walutowej. Część banków pozyskiwała waluty od swoich zagranicznych spółek matek – w tym przypadku może następować zmniejszanie dostępu do tego finansowania, ale raczej jest mało prawdopodobne, by zostało ono gwałtownie wycofane. Gorzej wygląda sytuacja w bankach, które nie mają zagranicznego właściciela. Te muszą np. pożyczać środki walutowe na rynku. Ryzyko finansowe dla tego typu banków było znaczne w czasie kryzysu finansowego.

Kredyty walutowe wrócą jeszcze na rynek?

Nie wydaje mi się, żeby powrót do sytuacji sprzed kilku lat był możliwy. Nauczka z tego wszystkiego jest taka, że nie należy udzielać kredytów walutowych podmiotom, które nie mają dochodów w walutach obcych. To może być instrument oferowany na przykład firmom zajmującym się eksportem, a nie jako sposób finansowania zakupu mieszkania przez kogoś, kto pensję otrzymuje w złotych.

Jak pan ocenia to, co ostatnio działo się z kursem złotego? Wygląda na to, że dość dobrze znosi on zawirowania na rynkach.

Mamy płynny kurs złotego i poziom tego kursu ustala wyłącznie rynek. Natomiast wahania kursu, które ostatnio obserwowaliśmy, nie są duże i nie wpływają destabilizująco na gospodarkę. Zapowiedzi Fed o stopniowym wycofywaniu się z niekonwencjonalnej polityki pieniężnej miały oczywiście wpływ również na złotego. Ale na krótko.

Nasze rezerwy walutowe to dziś ok. 75 mld euro. Czy to wystarczy?

W stosunku do liczonego łącznie krótkoterminowego długu zagranicznego Polski, zadłużenia długoterminowego, które trzeba spłacić w bieżącym roku, oraz prognozowanego deficytu na rachunku bieżącym wielkość naszych rezerw jest wystarczająca. Zwłaszcza w porównaniu z innymi krajami rynków wschodzących. Poza tym nie wolno zapominać o strukturze zadłużenia krótkoterminowego: znaczna jego część to pożyczki udzielane polskim spółkom córkom przez zagraniczne spółki matki. Pożyczki, które na ogół są systematycznie odnawiane. A więc ryzyko gwałtownego odpływu kapitału w tym przypadku jest niewielkie. I jeszcze jedno: rynki finansowe mają przecież w pamięci dostęp Polski do elastycznej linii kredytowej MFW, tzw. FCL. To jest dodatkowo w rezerwie jakieś 34 mld dol.

Będziemy zabiegać o odnowienie tej linii w przyszłym roku?

Inicjatywa w tej sprawie należy do ministra finansów. Jeśli będzie chciał to zrobić, to NBP będzie go w tych działaniach wspierać. Elastyczna linia kredytowa w odróżnieniu od innych kredytów MFW przyznawana jest na podstawie a priori pozytywnej oceny prowadzonej polityki gospodarczej. Jest w pewnym sensie nagrodą, jaką uzyskuje kraj od MFW. W okresach niepewności na międzynarodowych rynkach finansowych z nagrody tej warto skorzystać.

Trwają prace nad nowelizacją ustawy o NBP, dotyczącą m.in. składu Rady Polityki Pieniężnej. Będą zmiany w działaniu RPP?

Niewątpliwe system, który obecnie obowiązuje, kiedy cały skład rady zmienia się co 6 lat w ciągu miesiąca może powodować obawy o ciągłość w prowadzeniu polityki pieniężnej. Co prawda praktyka pokazywała, że kolejnym radom udawało się w sposób płynny przejmować obowiązki i unikać zawirowań. Jednak mechanizm, w którym następowałaby rotacyjna wymiana części składu rady, zwiększałby przewidywalność prowadzenia polityki pieniężnej.

>>> Gdzie najlepiej oszczędzać? Oto ranking kont oszczędnościowych