Najnowszy raport The Economist spotkał się z wielką krytyką na forach i w mediach społecznościowych. Jednak krytycy zapominają o jednym, bardzo ważnym fakcie – pisze w felietonie Daniel Rząsa.

The Economist opublikował w piątek raport na temat Polski, którego teza sprowadza się do wskazania, że nigdy w historii Polski nie było tak dobrze i prześcignęliśmy już tzw „złoty Wiek” pod rządami Jagiellonów.

W mediach społecznościowych i na forach rozgorzała dyskusja, w której przeważają głosy krytyki. „Dlaczego jest tak dobrze, skoro jest tak źle?” – to pytanie chyba najczęściej przewija się w komentarzach do publikacji The Economist. Jednak krytycy nie widzą pewnej bardzo istotnej rzeczy.

Zacznę od tego, że sam jestem raczej krytykiem obecnego stanu naszego kraju: od źle działających związków zawodowych, przez wskazywanie młodym wielu powodów do emigracji, aż po krytykę gigantycznego braku innowacyjności i słabych elit politycznych.

Jednak patrząc na dzisiejszą kondycję Polski odnoszę wrażenie, że udało się bardzo dużo. Dziennikarze z The Economist nie mówią, że Polska jest już krainą mlekiem i miodem płynącą – przeciwnie, wskazują ile jest jeszcze do zrobienia, jak choćby reformy, które uwolnią innowacyjność i pozwolą zglobalizować się polskiej gospodarce. To, o czym zapominają krytycy, to fakt, że w 1990 roku Polska była krajem, któremu wróżono najgorzej spośród wszystkich państw wychodzących spod sowieckiej dominacji. Już za czasów komunizmu byliśmy znacznie mniej rozwinięci niż Czesi czy Węgrzy. Polska na początku swojej transformacji była dokładnie na poziomie Ukrainy (ten wykres doskonale to ilustruje). Byliśmy bankrutem, bez infrastruktury, z kapitałem społecznym równym zero oraz z przestarzałym przemysłem. Nikt nie dawał Warszawie szans na jakąkolwiek pozycję wśród stolic finansowych Europy – naturalnym kandydatem na kapitałowe centrum naszego regionu był Budapeszt.

Dziś Polska powoli prześciga Czechy i Węgry w większości wskaźników gospodarczych. Jesteśmy najlepsi w zwalczaniu ubóstwa (co nie znaczy, że jest niskie, wręcz przeciwnie), a nasze pensje powoli wyprzedzają pensje naszych sąsiadów. Warszawa jest niekwestionowanym centrum Europy Środkowo-Wschodniej – dziś absolutnie nikt już nie podważa jej pierwszeństwa na rynkach. Co więcej, GPW jest na dobrej drodze do przejęcia giełdy w Wiedniu i podległych jej giełd w Budapeszcie i Czechach. Jeszcze 10 lat temu było to absolutnie nie do pomyślenia, a każdego, kto roztoczyłby taką wizję posądzonoby co najmniej o bycie nietrzeźwym.

Jeszcze raz podkreślę: Polska osiągnęła gigantyczny postęp w stosunku do tego, co nam wróżono na świecie. Nie może to przesłonić jednak tego, co mamy jeszcze do zrobienia i powinniśmy być jak najdalej od ogłaszania sukcesu. Zwalczamy ubóstwo, ale nadal jest ono niepokojąco wysokie. Pensje rosną, ale wciąż w krajach Europy Zachodniej są one często kilkukrotnie większe. I tak dalej.

Ale niewielkie, skromne zadowolenie, które da nam motywacje do jeszcze cięższej pracy w przyszłości, jest jak najbardziej na miejscu.

>>> Jak zmieniało się polskie PKB od czasu przemian? Jak się rozwijaliśmy przez ostatnie 150 lat i jakie są prognozy na przyszłość? Zobacz 25 artykułów na 25-lecie: analizy o polskiej gospodarce, które każdy powinien znać

Warszawa, widok z lotu ptaka / ShutterStock