Przez ostatnie dwa tygodnie skupiałem się na narastającej fragmentacji Europy. Dwa tygodnie temu zamachy w Paryżu skłoniły mnie do napisania o linii uskokowej pomiędzy Europą a światem islamu. W ubiegłym tygodniu pisałem o narastającym nacjonalizmie po tym, jak Europejski Bank Centralny został zmuszony do przeprowadzanie luzowania ilościowego w takiej formie, że poszczególne kraje nie będą musiały ponosić odpowiedzialności za inne. Skupiam się na podziale Europy częściowo dlatego, że dzieje się to na naszych oczach, a częściowo dlatego, że ośrodek Stratfor przewidywał taki bieg wydarzeń już od długiego czasu. Wreszcie piszę o tym również dlatego, że fragmentacja Europy jest tematem mojej najnowszej książki pt.: "Flashpoints: The Emerging Crisis in Europe"

Tym razem chciałbym napisać o politycznych i społecznych podziałach wewnątrz poszczególnych krajów Europy oraz ich wpływie na Europę jako całość.

Koalicja pod przewodnictwem radykalnej lewicy w Grecji - Syriza – wygrała ostatnie wybory parlamentarne w tym kraju. Obecnie partia jest w trakcie formowania rządzącej koalicji i dominuje nad tradycyjnymi partiami głównego nurtu. Syriza przyciąga inne prawicowe i lewicowe partie, które jednoczą się wokół sprzeciwu wobec UE i postrzegania polityki oszczędności jako jedynego słusznego rozwiązania kryzysu finansowego, który się zaczął w 2008 roku.

Dwie wersje tej samej historii

Historia ta jest już dobrze znana. Kryzys finansowy w 2008 roku, rozpoczął się w wyniku kryzysu kredytowego w USA, a w Europie doprowadził do kryzysu zadłużenia. Niektóre europejskie kraje nie były w stanie spłacić swoich zobowiązań związanych z obligacjami, a to z kolei zagroziło systemowi bankowemu. Zastosowano w pewniej mierze państwową interwencję, jednakże wytworzył się fundamentalny spór o to, jak rozwiązać problem kryzysu. Ogólnie rzecz ujmując, powstały dwie narracje.

Reklama

Niemiecka wersja wydarzeń (która potem stała się dominująca wersją) głosiła, że kryzys zadłużenia to efekt nieodpowiedzialnego prowadzenia polityk społecznych w Grecji, w kraju, który miał największe zadłużenie publiczne. Te problematyczne polityki sprowadzać się miały m.in. do wcześniejszego wysyłania pracowników na emerytury, zbyt dużych zasiłków dla bezrobotnych, etc. Politycy kupowali głosy wyborców za cenę coraz większego marnotrawienia środków na programy społeczne, na które Grecja nie mogła sobie pozwolić. Co więcej, Grecja nie radziła sobie z efektywnym poborem podatków, nie promowała ciężkiej pracy i przedsiębiorczości. W efekcie kryzys, który zagroził systemowi bankowemu, powstał z winy nieodpowiedzialnych kredytobiorców.

Inna narracja wokół kryzysu jest co prawda mniej słyszalna, ale za to - jak się dziś zdaje – bardziej wiarygodna. Według tej narracji to nieodpowiedzialna polityka Berlina doprowadziła do kryzysu. Niemcy – czwarta największa gospodarka świata – eksportuje towary o wartości 50 proc. swojego PKB, ponieważ niemieccy konsumenci nie są w stanie kupić wytwarzanych przez siebie produktów (ma to związek z zbyt dużą produkcją przemysłową). W efekcie Niemcy trwają na wielkiej fali eksportowej. Dla Berlina Unia Europejska, ze strefą wolnego handlu, walutą euro i brukselskimi regulacjami – jest środkiem do zarządzania swoim eksportem.

Kredyty, które niemieckie banki udzieliły krajom takim jak Grecja, miały na celu utrzymanie popytu na importowane z Niemiec dobra. Niemcy wiedziały, że tak wielkie długi nie mogły być spłacone, ale mimo to chciały odsunąć ten problem od siebie i nie mierzyć się z faktem, że nie można cały czas funkcjonować w uzależnieniu od eksportu.

Jeśli zaakceptujemy niemiecką narrację, wówczas trzeba przyjmować polityki, które zmuszają do oszczędności. Jeśli jednak to grecka narracja jest prawdziwa, to problem stanowią same Niemcy. Aby zakończyć kryzys, Berlin musiałby powściągnąć swój apetyt na eksport i zmienić zasady handlu w Europie, zasady wyceniania euro i brukselskie regulacje.

Oznaczałoby to zmniejszenie niemieckiego eksportu do innych krajów strefy wolego handlu, których przemysł nie jest w stanie konkurować z niemieckim.

Obecnie niemiecka narracja jest powszechnie akceptowana, zaś grecka wersja historii jest ledwo słyszalna. W książce „Flashpoints” opisuję, co się stało, gdy wprowadzono oszczędności:

Wpływ polityki oszczędności na Grecję był większy niż się spodziewano. Tak jak wiele europejskich krajów, Grecy za pośrednictwem państwa prowadzą różnego rodzaju aktywność gospodarczą, włączając w to służbę zdrowia i inne kluczowe usługi. W ten sposób osoby zatrudnione w służbie zdrowia są zatrudnieni przez państwo. Gdy Grecja musiała dokonać cięć wydatków rządowych, dotknęło to wielu specjalistów i przedstawicieli klasy średniej.

W ciągu wielu lat bezrobocie w Grecji urosło do poziomu ponad 25 proc. To więcej niż bezrobocie w USA podczas wielkiego kryzysu z 1929 roku. Niektórzy uważają, że grecka szara strefa de facto zmniejszała ten poziom i sytuacja nie wyglądała aż tak źle. Oczywiście do pewnego stopnia miało to miejsce, ale nie w takim zakresie, jak zwykło się o tym myśleć. Szara strefa jest jedynie rozszerzeniem wobec reszty gospodarki, a firmom generalnie nie powodziło się dobrze. W efekcie sytuacja była gorsza niż się wydawało – wielu pracowników zatrudnionych przez państwo doświadczyło drastycznych cięć wynagrodzeń. Chodzi nawet o 2/3 zatrudnionych przez państwo.

Grecka narracja była powtarzana w Hiszpanii oraz – w mniejszym stopniu – w Portugalii, południowej Francji i Włoszech. Europa śródziemnomorska wstępowała do Unii Europejskiej w nadziei na podniesienie warunków życia do poziomu Europy północnej. Europejski kryzys zadłużenia uderzył jednak w te kraje szczególnie mocno, ponieważ w warunkach strefy wolnego handlu kraje południa nie były w stanie rozwijać swoich gospodarek w takim zakresie, w jakim byłoby to możliwe poza strefą wolnego handlu. Zatem pierwszy kryzys gospodarczy zdewastował Południe.

Bez względu na to, którą wersję uznaje się za prawdziwą, jedna rzecz jest pewna – Grecja została postawiona przed niemożliwym do wykonania zadaniem – zgodziła się na spłatę długu w sytuacji, w której jej gospodarka nie mogła temu podołać. Zobowiązania te pchnęły kraj w kierunku problemów, z których Hellada do nie wyszła, a jej problemy rozlały się na inne części Europy.

>>> Czytaj też: Stratfor: Jak będą wyglądały relacje transatlantyckie w XXI wieku?

Ziarna niezadowolenia

Przed kryzysem istniała głęboka wiara w Unię Europejską oraz w to, że narody, które zastosują się do jej reguł, z czasem się wzmocnią. Europejskie partie głównego nurtu wspierały UE oraz jej polityki i wygrywały z wyborów na wybory. Istniało także generalne przekonanie, że problemy gospodarcze przeminą. Jest już jednak 2015 rok i sytuacja nie jest lepsza, a w Europie rośnie rzesza tych, którzy sprzeciwiają się kontynuacji polityki oszczędności.

Przejawem zachodzących w Europie zmian jest choćby zeszłotygodniowa decyzja Europejskiego Banku Centralnego, aby zwiększyć płynność finansową w systemie i ulżyć polityce oszczędności poprzez luzowanie ilościowe. W moim przekonaniu jest już na to za późno. Choć luzowanie ilościowe może okazać się dobrym rozwiązaniem na recesję, to Europa Południowa znajduje się w kryzysie.

Nie jest to tylko zwykłe słowo. Kryzys oznacza, że infrastruktura biznesowa, która byłby zdolna do wykorzystania pieniędzy, zniknęła, a zatem wpływ luzowania ilościowego na poziom bezrobocia będzie ograniczony. Aby wyjść z tego kryzysu, będzie potrzebne pokolenie. Co ciekawe, Europejski Bank Centralny wykluczył Grecję z programu luzowania ilościowego, stwierdzając, że kraj jest w zbyt dużym stopniu narażony na zadłużenie, aby pozwolić mu podjąć kolejne ryzyko.

Praktycznie rzecz biorąc w każdym europejskim kraju powstały ruchy, które sprzeciwiają się Unii Europejskiej i jej politykom. Większość z tych ruchów znajduje się po prawej stronie politycznego spectrum. Oznacza to, że oprócz żądań natury gospodarczej chcą one jeszcze dodatkowo przywrócenia kontroli granic, aby ograniczyć imigrację. Ruchy sprzeciwu powstały także po lewej stronie – jak choćby Podemos w Hiszpanii czy Syriza w Grecji. Lewica wysuwa podobne postulaty co prawica, oprócz rasistowskich podtekstów.

Ważne w tym wszystkim jest to, że Grecja była postrzegana jako kraj zewnętrzny, a okazała się głównym miejscem europejskiego kryzysu. Była pierwszym państwem, które musiało zmierzyć się z bankructwem, pierwszym państwem, które zastosowało politykę oszczędności, pierwszym, które doświadczyło jej brutalnych skutków i pierwszym, w którym wybrano rząd sprzeciwiający się oszczędnościom.

Bez względu na to, czy te nowe partie plasują się po lewej czy po prawej stronie sceny politycznej, wszystkie zagrażają europejskim, tradycyjnym partiom głównego nurtu. Partie głównego nurtu są bowiem postrzegane przez nowe ugrupowania jako te, które – wespół z Niemcami – są współwinne nałożenia na Europę dotkliwej polityki oszczędności.

Syriza złagodziła nieco swoje stanowisko wobec Unii Europejskiej, tak jak ma to miejsce zazwyczaj po wyborach. Wciąż jednak ugrupowanie to chce renegocjacji greckiego bailoutu w taki sposób, który odciąży Greków. Są powody, aby wierzyć, że może się to udać. Niemcy nie dbają o to, czy Grecja pozostanie w strefie euro. Niemiej jednak Niemcy są przerażone tym, że istnieją europejskie ruchy polityczne, które z czasem mogą zakończyć lub ograniczyć europejską strefę wolnego handlu. Już dziś prawicowe partie domagają się ograniczenia wolności przepływu pracowników, co jest elementem strefy wolnego handlu siłą roboczą. Uzależnione od eksportu Niemcy bardzo mocno potrzebują strefy wolnego handlu.

Jest to jeden z argumentów, którego istnienia się nie dostrzega. Zazwyczaj pojawiają się obawy, że jakiś kraj wystąpi ze strefy euro. Węgry tymczasem pokazały, że jeśli spada kurs waluty narodowej (forinta), co zagraża obywatelom zakredytowanym w walutach obcych, to rząd – jeśli tylko chce - ma możliwość ochrony swoich obywateli. Tak samo Grecy – czy w strefie euro, czy też poza nią – mogą zastosować podobne środki.

>>> Polecamy: Przewalutowanie, czyli węgierski sposób na franka

Dodatkowo, Aten oprócz tego, że nie są w stanie spłacić swojego długi strukturalnie, nie mogą także spłacić go politycznie. Greckie partie, które wspierały politykę oszczędności, poniosły klęskę. Partie głównego nurtu w Europie widzą, co się stało w Grecji i są świadome rosnącego znaczenia eurosceptycyzmu w swoich własnych krajach. Zdolność tych partii do przyjmowania obciążeń zależy od tego, czy pozwolą na to wyborcy, a ich polityczna baza zanika. Racjonalni politycy zatem z góry nie określają Syrizy jako outsidera.

Problemem zatem nie jest euro. Prawdziwym problemem jest kwestia ustrukturyzowanego lub nie, potencjalnego bankructwa i jego wpływu na europejski system bankowy, a także kwestia tego, w jaki sposób zareaguje na to Europejski Bank Centralny, który prowadzi politykę nieobarczania Niemiec odpowiedzialnością za inne kraje.

Drugim bardzo ważnym problemem jest przyszłość strefy wolnego handlu. Otwarte granice to dobry pomysł na czasy prosperity, ale obawy przez islamskim terroryzmem i obawy Włochów o konkurencję ze strony Bułgarów sprawiają, że otwarte granice mogą nie potrwać długo.

Jeśli kraje mogą wznosić granice przeciw przepływowi osób, to dlaczego nie mogą wznieść barier dla przepływu dóbr, aby chronić swoje rynki i swój przemysł? W długiej perspektywie protekcjonizm szkodzi gospodarce, ale Europa zmaga się obecnie z wieloma ludźmi, którzy nawet nie mają długiej perspektywy – zostali zdegradowani i wypadli z szeregów klasy średniej i specjalistów, a teraz martwią się o to, jak wyżywią swoje rodziny.

Dla Niemiec, którzy zależą od dostępu do europejskich rynków i dzięki temu pobudzają oparta o eksport gospodarkę, utrata euro byłaby utratą narzędzia zarządzania handlem zarówno w strefie euro jak i poza nią. Ale wzrost protekcjonizmu na Starym Kontynencie byłby dla Berlina katastrofą. Niemiecka gospodarka bez eksportu uległaby poważnemu zachwianiu.
Z mojego punktu widzenia argumenty za polityką oszczędności uległy wyczerpaniu. Europejski Bank Centralny zakończył reżim oszczędności w ubiegłym tygodniu, zaś zwycięstwo Syrizy stanowi trzęsienie ziemi dla europejskich systemów politycznych (choć zapewne brukselscy biurokraci zdeprecjonują Syrizę do rangi outsidera).

Jeśli Europa zbankrutuje – bez względu na to, czy w sposób uporządkowany, czy nie – kwestia istnienia strefy euro pojawi się jako interesujący, ale nie najważniejszy problem. Najważniejsze bowiem stanie się, i powoli już się staje, istnienie strefy wolnego handlu. Strefa wolnego handlu leży w sercu europejskiego pomysłu. Stanowić to będzie kolejny problem w dyskusji, gdy niemiecka narracja straci swoją wiarygodność na rzecz tej greckiej.

Nie trudno wyobrazić sobie katastrofę, która miałaby miejsce, gdyby USA musiały eksportować towary o wartości 50 proc. swojego PKB, a połowa z nich wędrowałaby do Kanady i Meksyku. Strefa wolnego handlu, w której gigantyczny rdzeń nie jest importerem netto, nie może zadziałać, a właśnie tak wygląda dziś sytuacja w Europie. Europejskim rdzeniem są Niemcy, ale zamiast służyć jako silnik wzrostu poprzez import towarów z innych krajów, Niemcy stały się czwartą największą gospodarką świata dzięki eksportowi o wartości połowy swojego PKB. Taka system nie może być zrównoważony.

>>> Czytaj także: Amerykańska klasa średnia umiera. To poważne zagrożenie dla geopolitycznej potęgi USA

Możliwe linie uskokowe

Obecnie istnieją w Europie trzy czynniki mogące mieć wpływ na bieg wydarzeń na Starym Kontynencie:

  • Pierwszym z nich jest chęć kontroli granic. Teoretycznie chodzi o kontrolę islamskich terrorystów, ale w istocie dąży się do powstrzymania przepływu siły roboczej, w tym muzułmanów. 
  • Drugim czynnikiem jest wzmocnienie państw narodowych przez Europejski Bank Centralny, który uruchomił program luzowania ilościowego, gdzie narodowe banki centralne mogą skupować tylko swój własny dług. 
  • Trzecim jest baza polityczna, która zanika pod ciężarem Unii Europejskiej.

Pytanie o Europę nie będzie zatem brzmiało, czy UE zachowa swoją obecną formę, ale jak bardzo ta forma ulegnie zmianie. Najbardziej niepokojące pytanie brzmi, skoro Europa jest niezdolna do zarządzania swoją unią, czy będzie świadkiem powrotu do nacjonalizmów i ich politycznych konsekwencji?

W książce „Flashpoints” piszę o tym w następujący sposób:

Najważniejszym dziś pytaniem na świecie jest pytanie o to, czy wojna zniknęła, czy mamy do czynienia jedynie z przerwą, uwodzicielską iluzją. Europa jest dziś największym regionem prosperity na Ziemi. Jej połączone PKB jest większe niż PKB Stanów Zjednoczonych. Europa graniczy z Azją, Bliskim Wschodem i Afryką. Kolejna seria wojen zmieniłaby nie tylko Europę, ale także cały świat.

Mówienie o wojnie jeszcze kilka lat temu było w Europie niedorzeczne. Dla wielu dziś temat ten jest niedorzeczny. Ale Ukraina jest przecież częścią Europy, tak samo jak była nią Jugosławia.

Przekonanie Europejczyków, że wszystko już za nimi, poczucie europejskiej wyjątkowości, może być właściwe. W miarę jednak, jak europejskie instytucje ulegają dezintegracji, nie jest za wcześnie, aby zadać pytanie: co dalej? Historia rzadko dostarcza odpowiedzi, których można się spodziewać, a na pewno nie dostarcza odpowiedzi, na które ma się nadzieję.

Tekst opublikowano za zgodą Ośrodka Stratfor.

"The New Drivers of Europe's Geopolitics" is republished with permission of Stratfor.