Rzadko spotyka się książkę, która może być jednocześnie wstępem do poznawania danej tematyki, jak i uzupełnieniem wielu nad nią badań. Do grona takich publikacji z pewnością można zaliczyć książkę Doroty Żaglewskiej “Sztuka czy biznes? Sekrety antykwariuszy” Wydawnictwa PWN.

Reklama

Autorka zajmuje się naukowo rynkiem sztuki, a także ma ośmioletnie doświadczenie w pracy w galerii sztuki. Dzięki temu połączeniu, napisała wyjątkową publikację, w której dała głos samym uczestnikom rynku sztuki w Polsce, przeprowadzając z nimi wywiady. Problematyka książki skupia się na postrzeganiu zjawiska sztuki i charakterystyki rynku. Żaglewska podkreśla, że podczas swoich badań zauważyła, że aktorzy tego rynku są wierni pewnym wartościom. Interesujące są także relacje między uczestnikami rynku sztuki. Autorka koncentruje się nie na opisie całości rynku, a na ludziach – ich wiedzy, doświadczeniach, języku, zainteresowaniach.

Żaglewska uważa, że rynek sztuki może tylko po części być poddany analizom ekonomicznym, ponieważ “zdaje się wynikać z niezwykle skomplikowanych układów sieci kontaktów i relacji osobowościowych” między jego uczestnikami, które są niewidoczne na pierwszy rzut oka. Działalność na nim jest często niejawna lub półjawna, owiana tajemnicą, przez co graczy często cechuje niechęć do mówienia o swojej działalności. Z tego względu, monografia ta tym bardziej warta jest uwagi.

“A gallery is not just a store”

Autorka opracowania zasadniczo zajmuje się polskim rynkiem sztuki. Składają się na niego galerie sztuki, domy aukcyjne, ale też sklepy z antykami, czy wyprzedaże staroci i antyków. Mieszają się tutaj wciąż dwa światy: ekonomiczny i artystyczny. Proporcje zależą od ludzi. Niektórzy dążą do maksymalizacji zysku, inni są po prostu zakochani w sztuce i zainteresowani tylko wartościami estetycznymi. Cechą odrębną tego rynku jest fakt, że za sukcesem zazwyczaj stoi miłość do sztuki. Sztukę trzeba też rozumieć i umieć ją przekonująco opisywać i tłumaczyć. To przyciąga potencjalnych nabywców.

Rynek jest więc rozpięty między traktowaniem obiektów sztuki jako towaru do sprzedania i osiągnięcia zysku, a z drugiej strony – podkreślaniem wyjątkowości i potencjału estetyczno-duchowego. Z tego względu niezwykle istotny jest kapitał lingwistyczny sprzedających. Starają się oni na przykład nie używać takich słów jak przedmiot czy towar, ale dzieło, antyk. Bez umiejętności komunikacyjnych niemal niemożliwa jest efektywna sprzedaż na rynku sztuki. Nabywcę trzeba zainteresować twórczością danego autora czy epoki, podkreślić wyjątkowość dzieła, piękno, artyzm wykonania i szczególne miejsce w historii sztuki czy rozwoju stylu jakiejś epoki. Odpowiednia narracja ma wpływ na cenę. Łączy się to z jednym z powiedzeń antykwariuszy: “Ożywić i sprzedać przedmiot”.

Nabywcę trzeba zainteresować twórczością danego autora czy epoki, podkreślić wyjątkowość dzieła, piękno, artyzm wykonania i szczególne miejsce w historii sztuki czy rozwoju stylu jakiejś epoki. Odpowiednia narracja ma wpływ na cenę.

Status danego dzieła artystycznego nie jest stały na rynku. Przestaje być towarem w momencie stania się częścią prywatnej kolekcji czy własnością muzeum. Może się z powrotem stać towarem, kiedy wraca do obiegu handlowego.

W monografii opisana jest współczesna historia polskiego rynku sztuki. Problemem są wciąż kwestie regulacyjne. Największą instytucją na rynku, która podejmuje inicjatywy zmierzające do standaryzacji czy wywarcia wpływu na zmianę prawa, a także reprezentacji środowiska na zewnątrz jest istniejące od 1997 r. Stowarzyszenie Antykwariuszy i Marszandów Polskich (SAiMP).

Istotną słabością, przez którą nasz krajowy rynek się nie rozwija jest “konserwatyzm estetyczny” nabywców, przez co trudno wprowadzać na rynek nowe obiekty sztuki współczesnej.

Kolejne zjawisko, które można zaliczyć do barier rozwojowych, to np. liczne fałszerstwa odnoszące się głównie do prac znanych artystów. Problem istnienia falsyfikatów dotyka nie tylko polskiego, ale też i międzynarodowego rynku. Jest mnóstwo fałszywych obrazów, również takich z nieprawdziwymi sygnaturami, jednak nie ma spójnych danych statystycznych o liczbie fałszywych dzieł sztuki. Jeżeli chodzi o nasz rynek, to szacuje się, że falsyfikatami może być od 30 do 50 proc. wszystkich wystawionych na sprzedaż dzieł.

W Polsce dodatkowo mamy braki wiedzy o udokumentowaniu pochodzenia dzieła (proweniencja). Wiąże się to z historią naszego państwa: wojnami i grabieżami. Udokumentowane dzieło podnosi jego wartość. Warto również zaznaczyć, że widoczny jest pewien opór w walce z kopiowaniem dzieł, ponieważ ograniczałoby to podaż rynkową.

Polski rynek sztuki ma ponadto problem z fikcyjnymi aukcjami, które mają na celu sztuczne podwyższenie wartości dzieła, a przez to zaburzają obrót rynkowy.

Autorka opisuje także narodziny tzw. art bankingu. Jest to wsparcie klienta przy zakupie lub przechowywaniu dzieła artystycznego (podkreśla się tutaj zazwyczaj materialny aspekt inwestycji w dzieła sztuki i potencjał wzrostu wartości rynkowej). Tego typu usługa sprawdza się od wielu lat na Zachodzie, ale w Polsce nie osiągnęła jeszcze sukcesu. Wynika to też m.in. z niewielkiej wiedzy pracowników banków o rynku sztuki. We współczesnej Polsce nie ma też długoletniej ciągłości tradycji kupowania dzieł sztuki, jak np. w krajach zachodnich, w których wyższy jest poziom dochodów i życia, a także od dziesięcioleci, a nawet stuleci, stabilnie rozwijała się np. klasa średnia.

Kupić sztukę

Osoby spoza rynku budują swoje wyobrażenia o nim na podstawie przekazów medialnych o rekordach w sprzedaży – np. 13 mln zł za obraz “Dwie mężatki” Andrzeja Wróblewskiego, co z jednej strony popularyzuje sztukę tego autora, ale z drugiej strony tworzy błędny wizerunek cen na rynku i odstrasza potencjalnych klientów.

W naszym kraju widoczna jest ponadto niekorzystna dla rynku sztuki tendencja, która wyraźnie pokazuje, że wzrastająca zamożność wielu Polaków nie łączy się z zainteresowaniem sztuką. Zdaniem Doroty Żaglewskiej może to wynikać z ograniczonego kapitału kulturowego wielu osób.

W Polsce widoczna jest niekorzystna dla rynku sztuki tendencja, która wyraźnie pokazuje, że wzrastająca zamożność wielu Polaków nie łączy się z zainteresowaniem sztuką.

Cena na rynku sztuki uwarunkowana jest wieloma czynnikami, więc każdy obiekt właściwie musi być wyceniany oddzielnie, niezależnie od ceny uzyskanej np. niedawno za dzieło podobne. Ważne jest stwierdzenie niekwestionowanej autentyczności dzieła i jego proweniencji. Liczą się takie czynniki jak: rzadkie pojawianie się na rynku, unikatowość, określony styl, epoka, nazwisko autora, wymiary, dobry stan wykonania i zachowania czy np. – w przypadku płócien czy grafik – także oprawa i ramy. Cena rośnie, gdy obiekt znajdował się w uznanych kolekcjach prywatnych lub muzealnych.

Warto zwrócić uwagę, co podkreślali rozmówcy autorki książki, że kwota, jaką trzeba za dzieło zapłacić, zależy też np. od etapu twórczości artysty. Dzieła z początkowego okresu twórczości mogą być mniej warte od tych z okresów późniejszych. Zmieniają się także mody na rynku i upodobanie do epok czy autorów. Ci sami autorzy mogą być różnie wyceniani wraz z upływem lat, nie zawsze wyżej.

Osoby nie znające się na sztuce, łatwo wchodzą w pułapkę, patrząc na tzw. magię nazwisk. Zaskakująco niska cena powinna być ostrzeżeniem, szczególnie dla tych, którzy dość słabo orientują się w rynku sztuki. Należy również uważać na ceny zbyt wysokie. Pewnym rynkowym miernikiem cen są aukcje. Wpływają one również na polski rynek sztuki, są odzwierciedleniem tego, jakie powinny być wyceny, a również – jakie dzieła będą cieszyć się zainteresowaniem, jacy autorzy są aktualnie popularni na rynku.

Ponieważ cechą charakterystyczną rynku sztuki jest wyjątkowość i unikatowość każdego dzieła, wyjątkowe i unikatowe są też transakcje. Sygnały z aukcji czy innych wcześniejszych transakcji dotyczących podobnych dzieł mogą być tylko wskazówką, a nie dokładnym miernikiem. Z drugiej strony, wycena dzieł sztuki wpływa też na nasze jej postrzeganie. Warto zadać sobie pytanie, czy patrzymy na dzieło sztuki bez zastanawiania się, ile jest warte? Czy np. chcąc inwestować w sztukę, interesujemy się raczej dziełami, które są lub mogą być drogie. Nawet jeśli nam osobiście się nie za bardzo podobają.

Wycena dzieł sztuki wpływa też na nasze jej postrzeganie. Warto zadać sobie pytanie, czy patrzymy na dzieło sztuki bez zastanawiania się, ile jest warte?

Ryzykiem, które pojawia się w prawie każdej transakcji, zwłaszcza dotyczącej dzieł z przeszłości, jest kupno falsyfikatu, o czym już wspomniano. Należałoby w tym miejscu przytoczyć opisaną wypowiedź Wojciecha Fibaka: “już za 10 tysięcy można było kupić Renoira lub van Gogha takiej klasy, jakiej zakupy. A bywa, że i 5 milionów to za mało na Renoira i van Gogha. Wszystko zależy od tego, jaki to Renoir, jaki van Gogh”. Domy aukcyjne nie przyjmują odpowiedzialności za oryginalność dzieła, ale oferują ekspertyzy.

Jednym z problemów są również spekulacje osób posiadających duży kapitał ekonomiczny, przy jednoczesnym braku kapitału kulturowego. Może się okazać, że dzieło, w które ulokowano pieniądze, nie tylko nie urosło na wartości, ale straciło. Może być nawet niesprzedawalne. Wieloletni uczestnicy rynku podkreślają w książce, że przy wyborze nabywanego dzieła warto decydować się na obiekt, który nam się podoba i na który będziemy chcieli z przyjemnością patrzeć.

Muzea na rynku sztuki

Warto inaczej spojrzeć na muzea, jako aktorów na rynku. Dorota Żaglewska w swojej pracy zadaje pytanie, czy muzea są współtwórcami, czy obserwatorami rynku. W wywiadach rozmówcy uważali, że muzea i rynek sztuki powinny mieć głębsze wzajemne relacje, niż to jest obecnie.

Aktywność muzeów (ich przedstawicieli/pracowników) na rynku wiąże się z ochroną dzieł sztuki i poszerzaniem zbiorów. Jeśli muzealnicy są aktywni, mogą pozyskiwać lepsze dzieła dla swoich instytucji, nawiązywać kontakty i wypożyczać dzieła od kolekcjonerów. Dla tych drugich też jest to zyskowne, ponieważ jeśli wypożyczają posiadane przez siebie dzieła na wystawy, to wartość ich rośnie, poszerza się grupa odbiorców, następuje popularyzacja dzieła i autora, jeśli jest mało znany. Wystawienie jakiegoś obiektu w muzeum daje mu większą podmiotowość. Odbiorcom sztuki wydaje się, że dzięki renomie instytucji obiekt jest bardziej autentyczny, choć tak naprawdę nie ma takiej pewności.

W przeszłości, w okresie komunizmu przy wartościowych dziełach sztuki, muzea miały prawo pierwokupu od galerii, a po określonym czasie, przedmiot przechodził na publiczną aukcję. Oprócz pozytywnego aspektu ochrony dziedzictwa narodowego, praktyka ta miała negatywny wpływ na cały rynek. Instytucje kultury nie mogą nabyć wszystkich dzieł, bo nie mają pieniędzy. W PRL-u, ceny dzieł były celowo zaniżane, by muzea mogły je kupić. Powodowało to w następstwie spadek cen na rynku, co wpływało również na szarą strefę, gdzie ceny dzieł wybitnych polskich artystów były sprzedawane za granicę poniżej swojej wartości.

Innym negatywnym oddziaływaniem na polski rynek sztuki, była już nieobowiązująca ustawa o ochronie zabytków i ich wywozie za granicę. Restrykcyjnie ograniczała ona wywóz dzieł sztuki poza Polskę. Powodowało to, o czym się nie mówi, że polscy artyści przez nieznajomość ich twórczości, nie są doceniani poza krajem.

Muzea są potrzebne na rynku sztuki zasadniczo z dwóch powodów. Pierwszy dotyczy oceny autentyczności twórczości. Niektórzy muzealnicy są wybitnymi ekspertami danej epoki, artysty itp., przez co ich ekspertyzy danych dzieł są bardzo cenione. Czasami nie jest istotna osoba wykonująca ekspertyzę, ale instytucja, którą reprezentuje, bo wzbudza zaufanie publiczne, a taki dokument powinien dać gwarancję jakości ekspertyzy. W tradycji istnieje pewien dystans między rynkiem sztuki a muzeami – to konflikt interesów i etyki. Według standardów międzynarodowych (Kodeks Etyki Międzynarodowej Rady Muzeów) muzealnicy nie powinni podejmować się ekspertyz dzieł sztuki. W Polsce nie jest to ujednolicone, ale niektóre muzea zakazują takiej aktywności swoim pracownikom.

Drugi powód dotyczy korzystania z usług tych instytucji kultury. By dobrze kupować sztukę, trzeba się na niej znać. Właściciele galerii i kolekcjonerzy podkreślają w publikacji, że nic nie daje większych umiejętności i oceny, jak przebywanie ze sztuką i “ćwiczenie oka”. Jeden z uczestników określał to mianem turystyki muzealnej, która po dłuższym czasie procentuje naprawdę dużą i przydatną na rynku znajomością sztuki. Chodzenie do muzeów się opłaca.

Kończąc, warto przytoczyć wypowiedź wieloletniego uczestnika rynku dla tych, którzy chcą w nim uczestniczyć: “Dziś nie ma już okazji: prac dobrego malarza, z jakąś dorobioną historią, bez sygnatury, które przetrwały w nieznanych okolicznościach i nagle wypływają na powierzchnię. Na rynku antykwarycznym nie ma okazji”.

Katarzyna Zarzecka