Brutalne dane

Na początek garść brutalnych danych (za raportem Energy Solution). W czerwcu tego roku przeciętna hurtowa cena megawatogodziny energii elektrycznej na rynku SPOT w Europie wynosiła:

  • W Polsce - 119,83 euro;
  • We Włoszech – 105,34 euro;
  • Na Słowacji i na Węgrzech – 96,57 euro;
  • W Czechach – 95,63 euro;
  • W Niemczech – 94,76 euro;
  • W Austrii – 94 euro;
  • W Hiszpanii – 93 euro;
  • We Francji – 91,29 euro;
  • Średnio w Unii Europejskiej - 90,92 euro;
  • W Bułgarii – 89 euro;
  • W Rumunii – 85 euro;
  • W Szwecji – 55 euro;
  • W Finlandii – 43,37 euro.
Reklama

Za przeciętną pensję netto w poszczególnych krajach można było w czerwcu 2023 kupić na rynku SPOT (wyliczenia własne na podstawie danych Eurostatu i raportu Energy Solution):

  • W Polsce – 9,5 MWh energii elektrycznej;
  • Na Węgrzech – 9,9 MWh;
  • W Bułgarii – 10,1 MWh;
  • W Rumunii – 11,4 MWh;
  • W Czechach i na Słowacji – 15 MWh;
  • W Hiszpanii – 16,2 MWh;
  • We Włoszech – 17,2 MWh;
  • W Austrii – 25,5 MWh;
  • W Niemczech – 28 MWh;
  • We Francji – 29 MWh;
  • W Szwecji - 42,2 MWh;
  • W Finlandii – 62,25 MWh.

Warto dodać, że również w lutym 2023, czyli pośrodku zimowego kryzysu energetycznego, hurtowe ceny prądu w Polsce były znacznie wyższe od średniej europejskiej (172 euro wobec 149 euro za MWh), a po uwzględnieniu siły nabywczej wręcz miażdżąco wyższe. Wprawdzie rząd wprowadził ochronne stawki dla gospodarstw domowych oraz tzw. odbiorców wrażliwych (szkół, szpitali…), ale przecież państwo nie ma żadnych własnych pieniędzy. System rzekomego „rządowego wsparcia” jest w całości utrzymywany z naszych podatków. To my finansujemy „hojność władzy”.

W tym kontekście warto zauważyć, że pierwsza czwórka sekcji PKD o najwyższych przeciętnych wynagrodzeniach wyglądała w I kwartale 2023 r. (ostatnie pełne dane GUS) następująco:

1. Informacja i komunikacja – 13 tys. zł;

2. Finanse i ubezpieczenia – 12,1 tys. zł;

3. Wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną – 11 tys. zł;

4. Górnictwo i wydobywanie – 10,6 tys. zł.

Warto dodać, że w kryzysowym 2022 r., gdy inflacja zaczęła pożerać dochody milionów pracowników i emerytów, pracownicy państwowych kopalń i koncernów energetycznych odnotowali – obok również państwowych leśników – największy stok wynagrodzeń. Dostali ponadto „rekompensaty antyinflacyjne”. Np. w Polskiej Grupie Górniczej wypłacono pracownikom trzy transze, każda w tej samej wysokości - 6400 zł brutto dla zatrudnionych pod ziemią, 5200 zł dla pracowników zakładów mechanicznej przeróbki węgla (oraz w Zakładzie Informatyki i Telekomunikacji, w Zakładzie Remontowo-Produkcyjnym i w Zakładzie Elektrociepłownie, z wyjątkiem pracowników zatrudnionych w tych zakładach na stanowiskach administracyjnych) oraz 4000 zł brutto dla pozostałych pracowników powierzchni.

Oczywiście, wszystko to znalazło odzwierciedlenie najpierw w cenach węgla, a potem w cenach energii. Tu przechodzimy do sedna: nasze kolejne rządy w XXI wieku skupiały się na ochronie interesu najbardziej wpływowego od zarania III RP sektora górniczo-energetycznego. Rząd PiS robi to samo, tylko jeszcze bardziej: przywraca w tym sektorze faktyczny monopol w stylu zaawansowanego PRL-u. A robi to w realiach kryzysu energetycznego i w obliczu transformacji – OD KTÓREJ NIE MA UCIECZKI.

Wiemy już, że te działania są (przynajmniej do dziś) korzystne dla braci górniczej i tradycyjnych energetyków. Wiemy też, że w czasach największego kryzysu energetycznego i teraz, gdy na Zachodzie Europy ów kryzys stał się mniej dokuczliwy, mamy najwyższe hurtowe ceny energii w Europie; coraz bardziej odstają one od europejskiej średniej.

Jakiego dalszego scenariusza powinniśmy się spodziewać? Jak obecna - niezwykle oryginalna w Europie – „polityka energetyczna” naszej władzy przełoży się w najbliższych latach na koszty i konkurencyjność polskich przedsiębiorców, atrakcyjność naszego kraju w oczach zagranicznych inwestoróworaz rachunki gospodarstw domowych?

Niewolnicy węgla

Jesteśmy jedynym krajem Europy, który na przestrzeni ostatniego roku (od końca lipca 2022 do teraz) blisko 70 procent energii elektrycznej wytworzył z węgla – 45 proc. z kamiennego i 23 proc. brunatnego; 12 proc. wyprodukowały lądowe siłownie wiatrowe (mogły dać nawet trzy razy tyle, ale PiS je na lata przyblokował), 8 proc. wniosła fotowoltaika (czyli głównie ponad milion indywidualnych instalacji prosumenckich), 7 proc. – elektrownie gazowe (dane za Forumetrem - Forum Energii).

Stuletnia już dominacja węgla w polskim miksie energetycznym ma swoje konsekwencje: wytworzenie megawatogodziny prądu wymaga spalenia blisko pół tony węgla (kamiennego mniej, brunatnego więcej), co wiąże się z emisją ok. 0,9 tony CO2. Za tę emisje trzeba zapłacić – obecnie ponad 91 euro za tonę. Megawatogodzina z fotowoltaiki jest wolna od tego kosztu, bo eksploatacja paneli PV nie wiąże się z emisją. Podobnie – eksploatacja wiatraków.

Przepraszam za ten banalny elementarz, ale nieustannie warto do niego wracać, bo Polacy są codziennie bombardowani cyniczną dezinformacją. Uprawiają ją od początku kryzysu energetycznego kontrolowane przez państwo paramonopole fedrujące węgiel i wytwarzające z niego prąd. A politycy PiS (zwłaszcza tzw. ziobryści stanowiący rzekomo osobne ugrupowanie) i Konfederacji próbują nam wmówić, że skoro unijna polityka klimatyczna podbija w Polsce cenę megawatogodziny przeciętnie o ponad 55 euro (bo węgiel stanowi „tylko” 68 proc. miksu), to gdyby zrezygnować z tej polityki i skasować „głupi i antypolski” system handlu emisjami (ETS), to cena megawatogodziny na rynku SPOT nie wynosiłaby nad Wisłą prawie 140 euro, jak w ostatnich dniach, czyli znowuż najwięcej w Europie, lecz 85 euro, czyli – wyłączywszy Skandynawię (gdzie stawki oscylują wciąż wokół 50 euro) – najmniej w Unii.

Brzmi logicznie? To podpowiem równie mądre i sensowne sposoby na dalsze obniżanie ceny megawatogodziny z węgla: można mianowicie znieść zakaz emitowania wszelkich zanieczyszczeń i wylewania ścieków do rzek, a przy okazji także (co z pewnością spodobałoby się Korwinowi i jego fanom) przywrócić możliwość zatrudniania 7-letnich dzieci w kopalniach oraz uwolnić biznes od kar za szkody w otoczeniu oraz wypadki przy pracy. Urlopy byłyby bezpłatne. Chorobowe też. Można by ludzi zwalniać i zatrudniać po uważaniu, płacąc im miską nieobranych kartofli. Do buntowników strzelać z cekaemów.

W starych dobrych czasach, jakże chętnie przywoływanych przez fanów ultraliberalnej prostoty, tak dokładnie było. Komu to przeszkadzało? Na pewno nie przemysłowcom i politycznej elicie. Smog londyński i zabrzański zabijał przecież tę samą biedotę, która ginęła w fabrycznych i kopalnianych wypadkach. A jak wiadomo z licznych wywodów liberalnych konfederatów, winni biedzie są sami biedni.

No więc… Nie. Jednak – wbrew marzeniom inceli - nasza część świata posunęła się cywilizacyjnie do przodu i raczej się na tej drodze nie cofnie. Prawa człowieka są po coś. Unijne regulacje są (przeważnie) po coś. ETS jest po coś, podobnie jak zakaz wylewania ścieków do rzek i zatrudniania dzieci. Jeśli kogoś nie przekonują argumenty klimatologów, niechże się chociaż przyjrzy obecnym temperaturom i pożarom w Europie czy innym anomaliom. Totalnym niedowiarkom pozostaje zaś przyjąć do wiadomości nagą prawdę: kraje Unii nie zrezygnują z polityki klimatycznej, więc i my nie możemy. Jedynym sposobem jest wystąpienie z Unii. Tyle, że 90 proc. Polek i Polaków tego nie chce. Zwłaszcza, że po takim wyjściu nie sprzedalibyśmy na Zachodzie ŻADNEGO SWOJEGO TOWARU ANI ŻADNEJ USŁUGI – bo wysoki ślad węglowy równa się szlaban.

Ergo: musimy żyć z ETS. I zacząć wreszcie sensownie wykorzystywać grube miliardy, które wpływają z tego systemu do kasy – powtórzmy to po raz enty - PAŃSTWA POLSKIEGO, a nie żadnej tam pazernej Unii.

Jeśli spojrzymy na problem w ten sposób, to szybko dojdziemy do wniosku, że jedynym sposobem na zredukowanie do zera kosztów emisji CO2 ze spalania węgla jest zredukowanie do zera spalania węgla. Oczywiście, nie od razu. Unia to wie, dlatego daje nam czas i wielkie pieniądze na transformację. A my robimy – co?

Analitycy Forum Energii alarmowali wiosną, że w dwie kwietniowe niedziele - 23.04 i 30.04.2023 - kontrolowane przez rząd Polskie Sieci Energetyczne poleciły zredukować wytwarzanie energii ze źródeł fotowoltaicznych przyłączonych do sieci 110 kV i średniego napięcia (tylko instalacje prosumenckie pracowały bez przeszkód). System elektroenergetyczny stracił w ten sposób 29 GWh praktycznie darmowej energii. Tylko te dwa wyłączenia OZE mogły nas kosztować 16,5 miliona złotych, które musieliśmy przeznaczyć na węgiel i zakup uprawnień do emisji CO2 w elektrowniach węglowych. Dlaczego tak się dzieje i będzie działo? Bo PSE, skrojone dekady temu pod potrzeby sektora energetycznego opartego na węglu, w roku 2023 r. pozostają… skrojone pod potrzeby sektora energetycznego opartego na węglu. Może się o tym przekonać każdy, obserwując codzienne wyłączenia instalacji OZE (zwłaszcza fotowoltaiki) oraz narastającą lawinowo liczbę odmów przyłączenia do sieci nowych instalacji OZE. W dość alarmistycznym tonie informuje o nich państwowy Urząd Regulacji Energetyki.

Niewolnicy państwa

W sektorze paliwowo-energetycznym rząd PiS cały czas umacnia swój własny monopol. Z jednej strony – za pośrednictwem karnie głosujących posłów - pełni rolę regulatora prawnego, z drugiej - kontroluje wszystkie kluczowe spółki węglowe i energetyczne. Czyli sam sobie statkiem, sterem, kapitanem i oceanem. Straszne i śmieszne, że w tych realiach – gdy niemal cały sektor kontroluje dosłownie paru ludzi z jednej partii - dochodzi do potężnych (choć nie nagłośnionych) napięć między państwowymi energetykami a państwowymi górnikami.

Jak wiadomo, w drugiej połowie zeszłego roku, z powodu powszechnego w Europie strachu przed skutkami kryzysu energetycznego jesienią i zimą, gwałtownie wzrosły ceny węgla. Nasze kopalnie też postanowiły się załapać na ten trend i mocno podniosły ceny – zarówno dla gospodarstw domowych (choć tutaj rodzimy węgiel był jak Yeti), jak i energetyki. Sęk w tym, że na rynku światowym mamy od wielu miesięcy do czynienia ze spadkiem cen węgla. Owszem, na początku lipca nastąpiło w portach ARA pewne odbicie (do 125 dol. za tonę), ale potem stawki wróciły w okolice 110 dol. za tonę. Rok temu były ponad trzy razy wyższe!

Mimo to te polskie nie chcą spaść. Dlaczego? Bo nasze kopalnie mają swoje koszty, które za rządów PiS cały czas rosną, w ostatnim czasie nawet bardzo. Zupełnie odwrotnie niż wydajność. Powodem są nie tylko coraz gorsze warunki geologiczne (doprawdy trudno konkurować z australijską odkrywką śląskiej kopalni fedrującej urobek z pokładu usytuowanego tysiąc metrów pod ziemią), ale i rosnące płace, trzynaste i czternaste pensje oraz wspomniane „rekompensaty antyinflacyjne”. Wynagrodzenia stanowią w państwowych spółkach węglowych połowę kosztów.

Mówiąc obiektywnie: w szczycie zeszłorocznego kryzysu polskie kopalnie sprzedawały węgiel krajowym elektrowniom względnie tanio, ale od kilku miesięcy sprzedają go po prostu drogo. Energetyka zmaga się więc z jednej strony z wysokimi cenami surowca, a z drugiej – z rosnącymi kosztami emisji CO2. Równocześnie mocno wzrosły jej koszty wynagrodzeń. Monopole nie bardzo muszą się liczyć z tymi kosztami – przerzucają je na klientów, a tam, gdzie państwo wprowadza ceny preferencyjne (by chronić wybrane grupy odbiorców, zwłaszcza gospodarstwa domowe – czyli wyborców), dostają od tegoż państwa sowite rekompensaty. Oczywiście – z naszych podatków.

Niegospodarność i nieefektywność monopoli oraz całego systemu umacnianego przez PiS łatwo obnażyć – wystarczy skonfrontować owe efekty z tym, co oferuje wolny rynek. Namiastką takiego porównania była towarowa giełda energii, na której koncerny energetyczne miały obowiązek obracać energią – po względnie rynkowej (ustalonej na giełdzie) cenie. PiS przeforsował jednak likwidację tego obowiązku (tzw. obliga giełdowego), choć szef URE zdecydowanie przed tym przestrzegał. Jak wyjaśniał, zniesienie obliga może ułatwić energetycznym monopolistom – zajmującym się jednocześnie produkcją i dystrybucją energii – czerpanie nieuzasadnionych zysków kosztem klientów.

Ale to tylko przygrywka do jeszcze większego monopolu: rząd skierował właśnie do Sejmu projekt ustawy o gwarancjach Skarbu Państwa dla Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego, czyli słynnej już w kręgach energetycznych NABE. Gwarancje do 69,2 mld zł (równowartość wypłat 800 plus w całym roku 2024) mają pokrywać do 70 proc. zobowiązań NABE i objąć kredyty obrotowe do wysokości 15 mld zł, pożyczki ze spółek energetycznych do 10 mld zł oraz zabezpieczenia na zakup uprawnień do emisji CO2. A wszystko przez 8 lat. Wedle rządu, gwarancje te nie zostaną uruchomione, bo banki chętnie wyłożą pieniądze, a NABE będzie spłacać wszystkie kredyty i pożyczki. Ba, zasili budżet prowizjami od gwarantowanych kwot.

W przeszłości ze spłatą zobowiązań przez spółki z tego sektora bywało różnie. Niepłacenie kontrahentom, nieregulowanie wielomilionowych składek na ZUS i późniejsze spłacanie tych wszystkich długów przez podatników (mocą stosownej ustawy) można wręcz uznać za normę minionego trzydziestolecia. Eksperci szacują, że łączne zaangażowanie Kowalskiego i Malinowskiej w ratowanie i utrzymywanie przy życiu kopalń i węglowej energetyki przekroczyło od początku III RP 100 mld zł.

Na tle wszystkich poprzedniczek NABE wygląda jednak – z punktu widzenia rządu – bardzo obiecująco. Powstanie na bazie spółki PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna, czyli największego w Polsce wytwórcy energii. Przejęta przez Skarb Państwa otrzyma także 70 bloków węglowych należących dotąd do pozostałych państwowych spółek energetycznych, czyli Tauronu, Enei i Energi; do NABE nie wejdą jednak kopalnie węgla ani ciepłownie, dzięki czemu gigant ma być przedsięwzięciem rentownym. Przychody spółki będą pochodzić zarówno ze sprzedaży energii, jak i z rynku mocy (na którym płaci się elektrowniom za samą gotowość do pracy).

To, że obok nowych bloków węglowych w Kozienicach, Opolu i Jaworznie oraz tych na węgiel brunatny trafią do NABE liczne stare bloki na węgiel kamienny, których finansowanie w ramach rynku mocy skończy się w roku 2025, czyli niemal już, wydaje się – z punktu widzenia odbiorców – mniej ważne od faktu, że utworzenie NABE nie będzie podlegać postępowaniu antymonopolowemu. Tymczasem nowa spółka będzie odpowiadać za… POŁOWĘ krajowej produkcji i sprzedaży hurtowej energii elektrycznej. W rozumieniu ustawy o ochronie konkurencji oznacza to pozycję dominującą.

Niewolnicy partii

W uzasadnieniu projektu ustawy rząd argumentuje, że „Siła rynkowa NABE będzie ulegała osłabieniu proporcjonalnie do spadku udziału w rynku w Polsce(…) w wyniku oddawania do użytku nowych źródeł wytwórczych oraz planowanych odstawień źródeł węglowych”. W ocenie skutków regulacji czytamy, że „wejście w życie ustawy nie będzie miało bezpośredniego wpływu na przedsiębiorców innych niż NABE”. Jak komentują analitycy WysokiegoNapięcia.pl, „rząd zakłada, że NABE nie będzie wykorzystywać swojej przewagi rynkowej”. Zwracają przy tym uwagę na istotny fakt: „Nie ma żadnych narzędzi, które tę przewagę pozwalałyby ograniczać. Elektrownie węglowe będą działać jeszcze co najmniej do 2030 r. A Agencja zostanie zwolniona z obowiązku wpłaty zysku netto do budżetu”.

W zeszłym roku, po wielomiesięcznych negocjacjach, związkowcom z zakładów, które wejdą do NABE, udało się wywalczyć m.in.:

  • 10-letnie gwarancje zatrudnienia dla wszystkich pracowników (czyli do końca 2033 r.);
  • coroczne podwyżki płac ;
  • jednorazowe premie w wysokości 8 tys. zł;
  • możliwość skorzystania ze specjalnych urlopów albo jednorazowych odpraw pieniężnych w wysokości 12-krotności miesięcznego wynagrodzenia.

Część ekspertów obawia się nie tylko dominującej pozycji i dyktatu (najwyższych w Europie) cen, ale i trwałej nierentowności NABE – mimo paramonopolu. Powód jest oczywisty: trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek banki i inne instytucje finansowe, które chciałyby w obecnym świecie finansować aktywa węglowe. Wszyscy, dosłownie wszyscy, w tym największe banki w Polsce (kontrolowane przez państwo), wdrażają politykę ESG i realizują strategię dochodzenia do zeroemisyjności – co dotyczy także (a może przede wszystkim) portfela kredytów i pożyczek. Symptomatyczne, że wielomiliardowe umowy kredytowe zawierane w ostatnim czasie z państwowymi spółkami energetycznymi przez konsorcja banków z udziałem Pekao S.A., największego w Polsce banku korporacyjnego, zawierają klauzule zastrzegające niefinansowanie aktywów węglowych oraz premiowanie (przy pomocy niższych marż i korzystniejszego oprocentowania) działań na rzecz zrównoważonego rozwoju i zmniejszania śladu węglowego.

W dodatku, jako się rzekło, w 2025 r. NABE straci możliwość finansowania starszych aktywów (czyli wielu swoich elektrowni) z rynku mocy; na razie rozmowy z KE o przedłużeniu tej opcji do 2027 r. nie przyniosły efektu. A nawet jeśli zakończą się sukcesem – to co dalej?

Fundacja Instrat wyliczyła, że NABE wygeneruje do 2040 r. 31,1 mld zł nowego długu, który (o ile zgodzi się na to Komisja Europejska) trzeba będzie spłacić z kieszeni podatników. Nie będzie wyjścia, bo przy obecnym – mozolnie konserwowanym przez władzę – miksie energetycznym NABE jeszcze przez długie lata pozostanie absolutnie kluczowym gwarantem bezpieczeństwa energetycznego kraju. I jako gwarant będzie dyktować warunki dosłownie wszystkim. O jakimkolwiek rynku możemy więc zapomnieć.

Pierwsze elektrownie jądrowe ruszą nad Wisłą najwcześniej w połowie następnej dekady. Alternatywnych rozwiązań stabilizujących system energetyczny też raczej nie dorobimy się wcześniej. PiS, pod hasłem budowy narodowych czempionów i bezpieczeństwa energetycznego, skumulował cały sektor – od wydobycia węgla po wytwarzanie i dystrybucję energii – w rękach państwa, czyli de facto kilku dosłownie funkcjonariuszy partyjnych.

To jest struktura pionowa, opanowana dziś przez lobby węglowe, konwencjonalnych energetyków oraz sceptyków klimatycznych (i jednocześnie eurosceptyków), a więc kompletnie nie zainteresowana rozwojem sieci energetycznych w kierunku zgodnym z oczekiwaniami i postulatami branży OZE. Po co przyłączać do sieci – produkujące prąd za półdarmo - farmy fotowoltaiczne i wiatrowe, skoro to uderza w interesy kopalń i elektrowni węglowych, a więc stanowi zagrożenie dla ostatniego w Europie węglowego eldorado?

Ostatnią rzeczą, jaka leżałaby w interesie monopolu, jest ograniczanie monopolu. Dlatego liczba odmów przyłączeń OZE do sieci będzie rosnąc bijąc co miesiąc kolejne rekordy. A my będziemy mieli najwyższą cenę energii w Europie.

POLEMIKA DO TEKSTU

W odpowiedzi na niniejszy tekst, Andrzej Bondyra, wiceprezes Agencji Rynku Energii, napisał polemikę pt. "Ile morskich farm wiatrowych można kupić za średnią pensję netto w Polsce?".