Jesteśmy w trakcie zmiany środowiska inwestycyjnego, co oznacza, że inwestorzy będą musieli się na nią przygotować.

Przez ostatnich kilka dziesięcioleci głównym celem polityki monetarnej było utrzymywanie pod kontrolą inflacji, co sprawiło, że obligacje skarbowe stały się idealną inwestycją w świecie spadających stóp procentowych i stabilnych cen. Jednak decydenci uważają teraz, że ich głównym zadaniem jest powstrzymanie spowolnienia gospodarczego oraz pobudzenie wzrostu i inflacji. Do akcji weszły banki centralne i powiedziały rządom, iż oczekują od nich bardziej zdecydowanych działań w zakresie stymulowania wzrostu za pośrednictwem polityki fiskalnej.

Sposobem na inwestowanie w środowisku nieoczekiwanych impulsów fiskalnych może być zwrot ku aktywom, które w ostatnich latach były w dużej mierze w niełasce, takim jak akcje spółek finansowych i spoza USA oraz być może towary.

W myśleniu o nowym inwestycyjnym krajobrazie pomocne jest przypomnienie sobie początków starego. W latach 70. gospodarkę USA paraliżowała wysoka inflacja, co doprowadziło do społecznych i politycznych zawirowań. Szybko rosnące ceny mieszkań i wysokie oprocentowanie kredytów hipotecznych trzymało w uścisku pokolenie baby boomers w momencie, gdy osiągnęło ono najlepszy wiek do zakładania gospodarstw domowych i rodzin. Jak czytamy w książce "Great Expectations: America and the Baby Boom Generation", w 1970 roku połowa ludzi w kraju mogła sobie pozwolić na zakup nowego domu w średniej cenie. Do 1980 roku odsetek ten spadł do 13 proc. Aby zapewnić gospodarczy dobrobyt wyżowi demograficznemu należało opanować inflację.

Osiągnięcie tego celu wymagało czasu, ale polityka pieniężna ewoluowała. W 1979 roku szefem Rezerwy Federalnej został Paul Volcker, który w celu zmiażdżenia inflacji podniósł stopy procentowe. Rewolta podatkowa w Kalifornii doprowadziła do uchwalenia ustawy „Prop 13”, która ograniczyła wzrost podatków od nieruchomości i działała jako hamulec wydatków państwowych. Republikanie zaczęli wygrywać wszelkie możliwe wybory w oparciu o program ograniczania aktywności rządu oraz niskich podatków.

Reklama

Zmiana ta w połączeniu z początkiem wzrostu rentowności z pierwszej połowy lat 80. sprawiły, że obligacje skarbowe były idealną inwestycją. W szczytowym okresie, w 1981 roku, 30-letnie papiery skarbowe były oprocentowane na 15 proc. W ciągu dwóch lat inflacja spadł poniżej 5 proc., więc obligacje przynosiły zyski znacznie rekompensujące wzrost cen. Z biegiem czasu inwestorzy zrozumieli, że Fed koncentruje się na walce z inflacją i jest skłonny doprowadzić w tym celu do recesji. W dobrych czasach inwestorzy uzyskiwali rozsądną stopę zwrotu z inwestycji w rządowe obligacje przewyższającą inflację, natomiast w złych okresach obligacje cieszyły się znaczącym dopływem kapitału, gdy spadała inflacja i stopy procentowe.

Posiadanie obligacji sprawdzało się tak dobrze, że gdy w marcu załamały się rynki akcji, zwrot z 30-letnich papierów skarbowych utrzymywał się w perspektywie ostatnich czterech dekad na tym samym poziomie co zysk z akcji.

Jednak jak zaobserwowaliśmy w ciągu kilku ostatnich lat, a szczególnie w bieżącym, sprawy zmierzają w innym kierunku. Zarówno Demokraci jak i Republikanie zaczęli czuć się komfortowo, bagatelizując deficyt budżetowy. Retoryka to jedno, ale wraz z uchwaleniem w marcu ustawy „Cares Act” zobaczyliśmy, że mówili serio, gdy w celu przeciwdziałania szkodom wyrządzonym przez Covid-19 zdecydowali się na wprowadzenie bodźców fiskalnych o wartości bilionów dolarów. W efekcie tego recesja, która rozpoczęła się już w lutym, mogła się zakończyć po zaledwie dwóch miesiącach. Biały Dom zasygnalizował, że nadal chce wprowadzić dodatkowe bodźce o wartości nawet 2 bln dol.

Fed pod przewodnictwem Jerome’a Powella czuje się coraz swobodniej, mówiąc o wykorzystywaniu polityki fiskalnej do walki z kryzysami. Unia Europejska, która błędnie zdecydowała się na wprowadzenie programu oszczędnościowego po zakończeniu poprzedniej recesji, obecnie również mocniej koncentruje się na stosowaniu fiskalnej stymulacji. Joe Biden, którego przewaga w prezydenckich sondażach stale rośnie, mówi o potrzebie wydania bilionów dolarów w celu sprostania obecnej sytuacji.

Ten zwrot ma sens, ponieważ gospodarcze wyzwania przed jakimi stoją millenialsi, znajdujący się obecnie w wieku dwudziestu i trzydziestu kilku lat, są pod pewnymi względami opozycyjne do tych, z jakimi w tym samym wieku zmagali się przedstawiciele pokolenia baby boomers. Zamiast walczyć się z wysoką inflacją i stopami procentowymi, muszą radzić sobie ze słabym wzrostem płac i rynkiem pracy dalekim od pełnego zatrudnienia.

Podobnie jak na początku lat 80. wycena aktywów finansowych w dużej mierze nie odzwierciedla tej zmiany. Długoterminowe obligacje skarbowe są oprocentowane na mniej niż 1,5 proc. Inwestorzy albo zakładają, że inflacja nigdy na stałe nie osiągnie 2-proc. celu inflacyjnego Fedu, albo są gotowi zaakceptować ujemne realne dochody w świecie niskiego wzrostu. Co do akcji spółek technologicznych, o które toczą boje inwestorzy, to rosną one bardziej kosztem starych firm i branż niż na skutek silnie wzrostowego środowiska inwestycyjnego. Akcje powiązane z tymi ostatnimi (spółki finansowe, zagraniczne firmy oraz towarowe) mają znacznie niższe wyceny.

To jednak one bardziej przyciągają uwagę w świecie, w którym ulubionym narzędziem polityków gospodarczych są bodźce fiskalne. Obligacje były wielkim wygranym, gdy banki centralne wykorzystywały politykę monetarną do walki z inflacją, a polityka fiskalna była oszczędnie wykorzystywana do zarządzania cyklem gospodarczym. Jeśli nowy świat wymaga zwiększenia stymulowania fiskalnego, to bardzo skorzystać mogą na tym akcje i towary, które mogą przyczynić się do przyśpieszenia wzrostu gospodarczego.