W tym tygodniu kurs euro podniósł się o ponad 1,5 proc., osiągając nowe lokalne maksima i zaczął naruszać jesienne szczyty.

Rekordowe kursy walut

Reklama

– Rosyjska inwazja zwiększa prawdopodobieństwo ziszczenia się niebezpiecznego, stagflacyjnego scenariusza na Starym Kontynencie, w którym dynamika cen dodatkowo przyspiesza, a wzrost gospodarczy hamuje. Sprawia to, że tym razem inwestorzy – jeszcze mocniej niż standardowo w chwilach niepewności i obawy o euro – preferują bezpieczne przystanie, czyli dolara i franka. W lutym wspólna waluta miała swoje pięć minut dzięki narastaniu oczekiwań, że Europejski Bank Centralny wypisze się z klubu „maruderów” w kolejce do podnoszenia stóp procentowych. Inwazja Rosji zneutralizowała przychylniejsze spojrzenie na euro i sprawiła, że rynki finansowe ponownie odsuwają wycenę takiego scenariusza dopiero na 2023 r. – mówi Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Rynkowa sielanka, na którą składało się umocnienie złotego (naruszenie przez EUR/PLN bariery 4,50 i zejście najniżej od czerwca 2021 r.), ale także apogeum przejściowej zwyżki wartości euro w relacji do dolara i franka, miała swój kulminacyjny punkt 10 lutego. Od tego czasu euro podrożało około 5 proc. a kursy dolara i franka poszły w górę o 8-9 proc. Notowania CHF/PLN przekroczyły wręcz 4,62 i osiągnęły nowe historyczne szczyty. Dolar jest wyceniany na niemal 4,25 zł i kosztuje najwięcej od pandemicznego krachu na rynkach finansowych z marca 2020 r.

SNB czy NBP – kto pierwszy zareaguje?

Polska waluta wchodziła w tym roku na wzrostową ścieżkę w dużej mierze przy pomocy zmiany nastawienia Narodowego Banku Polskiego. Nie tylko kontynuowano podnoszenie stóp procentowych (do 2,75 proc.), ale zapowiedziano także dalsze podwyżki kosztu pieniądza. Radykalnie zmieniło się nastawienie do złotego: jego umocnienie stało się pożądane i miało wspomóc walkę z inflacją. W końcu niższe kursy walut działają na ceny szybciej niż podwyżki stóp procentowych i działają tam, gdzie polityka pieniężna jest bezsilna, czyli między innymi na ceny surowców energetycznych i żywności.

– Z umocnienia złotego z pierwszej części roku nie zostało nic, waluty są wręcz rekordowo drogie. Rosyjska inwazja niechybnie osłabi wzrost gospodarczy w całej Europie i dodatkowo napędzi inflację. Taka kombinacja sprawia, że interwencje walutowe mogą być postrzegane jako skuteczne i mniej kosztowne względem ostrzejszych podwyżek stóp procentowych. Jeśli wyprzedaż złotego będzie postępować to Narodowy Bank Polski może przyjść z odsieczą i sprzedawać waluty obce, by zbić ich kursy. Na konferencji po posiedzeniu RPP duże poruszenie wywołała wypowiedź prezesa Adama Glapińskiego o tym, że jest rozważane, by wymiana unijnych funduszy nie była prowadzona w banku centralnym, lecz na rynku. Gdyby środki walutowe rządu faktycznie stały się źródłem dodatkowego popytu na złotego, to byłby to istotny impuls do jego umocnienia. – dodaje Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Frank najmocniejszy od 2015 roku

W czasie, gdy polskie władze monetarne z zaniepokojeniem muszą przyglądać się, jak złoty słabnie w oczach, z odwrotnym problemem muszą mierzyć się szwajcarscy bankierzy centralni. Niepokój i strach w związku z tarapatami euro to woda na młyn franka, który jak magnes przyciąga kapitał. Kurs EUR/CHF spada pod 1,03. Oznacza to, że waluta ta jest najmocniejsza od feralnego dla frankowiczów 2015 r. Podsyca to dyskusję o tym, gdzie leży granica akceptacji dla mocnego franka. W ostatnich miesiącach brak reakcji jest tłumaczony dezinflacyjnym wpływem jego siły. Po inwazji może ona pomóc zmniejszyć uciążliwość niechybnego podbicia cen energii i żywności po rosyjskiej inwazji. Jednak gdyby trend umocnienia franka nabierał impetu, to nie można wykluczyć interwencji ze strony Szwajcarskiego Banku Narodowego. W tym przypadku miałyby one na celu przeciwny efekt – osłabienie waluty.