Ekonomia keynesowska (również w nowszym wydaniu nowo keynesowskim) argumentuje, że w sytuacji niepełnego wykorzystania czynników wytwórczych polityka gospodarcza (miejsce w felietonie ograniczone, więc tu skupiam się na pieniężnej) może pomagać stabilizować gospodarkę. Pogląd ten został wzmocniony po odkryciu w danych negatywnej korelacji pomiędzy inflacją a bezrobociem, nazywanej krzywą Phillipsa. Wraz z pojawieniem się krzywej Phillipsa w dyskursie ekonomicznym uznano, że występuje pewna wymienność inflacji i bezrobocia, a bank centralny może tę wymienność eksploatować, aby stabilizować gospodarkę. W okresie spowolnienia, wysokiego bezrobocia i niskiej inflacji może pobudzać gospodarkę, a w okresach boomu, niskiego bezrobocia i wysokiej inflacji – schładzać ją.

Pomiędzy ekonomią keynesowską i nowokeynesowską występowało wiele różnic (wątpię, czy sam Keynes odnalazłby siebie w ekonomii nowokeynesowskiej), ale kluczowym założeniem warunkującym stabilizacyjną rolę polityki pieniężnej jest pewna lepkość cen (a także płac, ale o nich innym razem). Ekonomia keynesowska zakłada, że – przynajmniej w krótkim okresie – ceny nie mogą się swobodnie kształtować. Powodem lepkości może być np. to, że zmienianie cen przez producentów i sprzedawców jest kosztowne. Koszty te mogą mieć różnego rodzaju charakter, np. utrudnienie budowania relacji z klientami związane z częstymi zmianami cen czy fizyczny koszt zmian (w restauracji byłby to koszt wydrukowania nowego menu, dlatego często nazywane są kosztami karty dań).

Ale funkcjonowało też alternatywne spojrzenie na rolę polityki pieniężnej reprezentowane przez szeroko rozumianą ekonomię klasyczną. Nurt ten ewoluował poprzez monetaryzm do ekonomii nowoklasycznej oraz teorii realnego cyklu koniunkturalnego. Między tymi szkołami były pewne różnice, ale wspólnie uważały one, że nie ma miejsca na politykę pieniężną stabilizującą cykl koniunkturalny, a najlepsze, co polityka pieniężna może robić, to nie przeszkadzać. Kluczowym założeniem potrzebnym do uzyskania tej rekomendacji jest elastyczność cen (czyli brak lepkości). Szkoły te zakładały, że ceny swobodnie się dostosowują zgodnie z grą popytu i podaży. W takiej sytuacji najlepsza polityka pieniężna nie powinna generować dodatkowej niepewności i zachowywać się zgodnie z regułą Friedmana, czyli utrzymywać nominalne stopy procentowe na stabilnym poziomie (według Friedmana: równe zero).

Z obserwacji polityki pieniężnej na świecie (główne banki centralne ustalają cel inflacyjny na poziomie 2 proc.) widać, że ekonomiści w bankach centralnych w przeważającej mierze byli przedstawicielami szkoły keynesowskiej.

Spór pomiędzy tymi nurtami w ekonomii toczył się przez cały wiek XX. Aż wreszcie na początku XXI w. nastąpiła seria badań nad zachowaniem cen. Wraz z rozwojem metod badawczych oraz dzięki dostępowi do danych zbieranych przez urzędy statystyczne w poszczególnych krajach ekonomiści przyjrzeli się zachowaniu cen na danych jednostkowych pochodzących z punktów sprzedaży. Ważne dla makroekonomii badania dotyczące cen w USA zostały opublikowane przez Marka Bilsa (Uniwersytet Rochester) i Petera Klenowa (Uniwersytet Stanforda) w 2004 r. oraz Emi Nakamurę i Jóna Steinssona (oboje Uniwersytet Kalifornijski w Berkley) w 2008 r. Za te właśnie badania Emi Nakamura otrzymała w tym roku nagrodę Batesa Clarka, czyli ekonomicznego Nobla dla ekonomistów przed 40. rokiem życia, najbardziej prestiżowe wyróżnienie naukowe. Po tych badaniach banki centralne – w tym również Europejski Bank Centralny – zbudowały sieci współpracy i grupy robocze pogłębiające zrozumienie mechanizmów kształtowania cen.

Co wiemy dekadę później? Jeżeli wykluczymy wyprzedaże, ceny zmieniają się średnio około raz na rok, ale też różnie pomiędzy sektorami. Przykładowo, ceny żywności nieprzetworzonej zmieniają się bardzo często, a w usługach rynkowych bardzo rzadko. Co więcej, choć postronnemu czytelnikowi może się to wydawać zaskakujące, aż 40 proc. zmian cen to… spadki. Badania przeprowadzone dla Polski przez Pawła Maciasa i Krzysztofa Makarskiego wskazują, że u nas wzorce kształtowania cen nie odbiegają od trendów europejskich czy amerykańskich.

Dlaczego te wyniki są takie ważne? Bo sprowadzają wieloletni (trwający prawie cały wiek) spór silnie nacechowany ideologicznie o rolę państwa w gospodarce do sporu o to, na ile lepkie są ceny. Czyli spór ideologiczny stał się sporem, który można rozstrzygnąć empirycznie. Co więcej, dane przemówiły i znalazła się pointa. Potyczki odbywają się już raczej na obrzeżach niewiedzy niż w głównym nurcie badań. Ceny są lepkie. Polityka pieniężna może odgrywać stabilizującą rolę w gospodarce. Quod erat demonstrandum.

>>> Czytaj też: Masz kredyt we frankach? Zobacz, kiedy opłaca się iść do sądu