Grecja – oto kierunek wypraw najczęściej wybierany przez Polaków na zeszłoroczne wakacje. Według Polskiej Izby Turystyki co czwarty z wyjeżdżających decydował się spędzić tam urlop. Niewielu mniej stawiało na Turcję (21,4 proc.). Pozostali wybierali między Bułgarią (13,5 proc.) oraz Egiptem i Hiszpanią (po 8,7 proc.). W pierwszej trójce najbardziej obleganych regionów i miejscowości były Riwiera Turecka, Kreta oraz Słoneczny Brzeg.

Największym powodzeniem cieszyły się wakacje w opcji all inclusive – taki model wybrało ośmiu na 10 turystów. Zwykle (w 70 proc. przypadków) wyjeżdżaliśmy na tydzień, dwutygodniowy odpoczynek interesował mniej niż co piątą rodzinę. W lipcu czy w sierpniu – to bez znaczenia, choć z lekkim wskazaniem na sierpień.

Z raportu Polskiej Izby Turystyki „Zagraniczne wakacje Polaków 2019” Polacy z roku na rok są skłonni więcej płacić za swoje wakacje. Jeszcze w 2018 r. średnia cena rezerwacji wynosiła 5709 zł (ok. 2175 zł za osobę), a rok później – odpowiednio 6381 zł i 2400 zł. Tylko że danych sprzed 12 miesięcy nie sposób odnosić do obecnej rzeczywistości. Pozamykano granice, odwołano loty, przestano sprzedawać wycieczki i przyjmować rezerwacje w hotelach. Planowanie wakacji z wyprzedzeniem, wiosną, w szczycie zarażeń, było jak gra hazardowa. Niektórzy przezornie zarezerwowali jednak pokoje na lato, licząc, że rządowe obostrzenia zostaną do tego czasu zdjęte, a życie wróci do względnej normalności. W tym wakacje.

– Mimo wszystko postanowiliśmy pojechać na urlop – mówi Weronika. – Jak tylko odblokowano hotele, zrobiłam rezerwację przez internet dla czterech osób. Wybieramy się z mężem, babcią i półtoraroczną córką na tydzień do Gdańska. Ceny noclegu są bardzo zróżnicowane, od 1,5 do 14 tys. zł, ale udało się wynająć 40-metrowe mieszkanie na nowym osiedlu za 2100 zł. Wyjeżdżamy w drugiej dekadzie lipca, ale zawsze możemy odwołać rezerwację do trzech tygodni przed terminem.

Reklama

Bałtyk jest opcją rezerwową, taką trochę z konieczności. Bo Weronika z rodziną najchętniej latają za granicę. Dominikana, Teneryfa, Portugalia, północna Italia. Rok temu byli na Korfu, w tym roku marzyła im się Kreta, ale nie chcą ryzykować. – Szkoda, bo finanse nie są dla nas barierą. Przeszkodą jest koronawirus. Trudno, spróbujemy za rok – pociesza się Weronika.

Kameralne lato w Polsce

15 czerwca to dzień, na który z utęsknieniem czeka branża turystyczna. Wicepremier Jadwiga Emilewicz zapowiedziała, że wtedy właśnie granice najprawdopodobniej zostaną otwarte. To jeszcze nic pewnego, więc biura podróży podchodzą do tej zapowiedzi z rezerwą. Niby nie mogą się doczekać powrotu do normalności, ale nastroje są minorowe, bo nadchodzące lato normalne nie będzie.

– Można je spisać na straty – nie ma złudzeń Joanna Gocławska-Mazur, właścicielka biura podróży Zebra. – Sprzedaż wycieczek na wakacje jest u mnie na razie zerowa. Ludzie wprawdzie interesują się ofertami, dopytują o więcej szczegółów, jakby nie wiedzieli, co mają ze sobą zrobić tego lata, ale wyraźnie boją się latać, więc głównie planują urlop w kraju. Pocieszające jest to, że nie domagają się zwrotów wykupionych przed pandemią wycieczek. Wolą wziąć vouchery, niż wycofać pieniądze. Dla nas to szansa, że klient wróci. Nie teraz, to za kilka miesięcy.

Lipiec będzie miesiącem próby. I chyba wyczekiwanym momentem na wyrwanie się z domu po miesiącach izolacji. Turyści nie odwołują więc lipcowych rezerwacji. To znaczy, że koronawirus nie osłabił chęci udania się na wakacyjny odpoczynek. Ale już po zapytaniach widać, że preferencje turystyczne zaczynają się zmieniać. Podróżników interesują wprawdzie niezmiennie modne Grecja i Turcja, ale też Cypr, Bałkany i nieodległa Bułgaria ze Słonecznym Brzegiem i Złotymi Piaskami – kurortami, które znowu, jak z PRL-u, cieszą się powodzeniem urlopowiczów. Całkowicie natomiast pomijają Włochy i Hiszpanię (zwłaszcza kontynentalną). Mało skuteczna walka z wielką skalą zarażeń w tych krajach odbija się na ich turystycznym potencjale. Na pewno w te wakacje będą one omijane szerokim łukiem.

– Generalnie ludzie są dużo bardziej zachowawczy, jeśli chodzi o tendencje zakupowe – zauważa pani Barbara z biura podroży na warszawskim Grochowie. – Ale chcą gdzieś wyjechać, odreagować. Tylko nie wiadomo, czy pojadą. Wielu wykorzystało już urlopy podczas pandemii. Innych po utracie pracy nie będzie stać na wakacje. Sporo biur podróży jest pozamykana na głucho, więc można śmiało powiedzieć, że ta branża w tej chwili nie istnieje. A jeśli do września nie wróci normalność, turystyka się nie podniesie. Już trzeci miesiąc przychodzę do pracy, ale nic z tego nie mam. Same koszty. Jak tak dalej pójdzie, rzucę tę robotę i poszukam nowego zajęcia. Może zatrudnię się jako kasjerka lotnicza.

Duże biura podróży z reguły niechętnie zabierają głos w sprawie najbliższej przyszłości branży turystycznej (czyli też własnej), która za kilka tygodni się rozstrzygnie. Twierdzą, że nie czas na wróżenie z fusów.

– Decyzje dotyczące otwarcia granic, zniesienia kwarantanny, możliwości wyjazdu do wybranych krajów to w tej chwili czyste dywagacje. Klienci potrzebują rzetelnych informacji. Chętnie odpowiem na wszystkie pytania, gdy tylko będę znał treść podstawowych rozporządzeń – ucina Piotr Henicz, wiceprezes zarządu biura podróży Itaka.

Niepewność – to słowo odmieniane przez wszystkie przypadki. Wszystko opiera się na przypuszczeniach, prognozach, przewidywaniach. Eksperci zakładają, że zagraniczna turystyka nie wróci do stanu z 2019 r. nawet za rok; prędzej za dwa lata. – Ewentualne wakacje zagraniczne będą z pewnością bardziej kameralne. Zmaleje liczba gości w hotelach w przedziałach od jednej czwartej do połowy pełnych możliwości obiektu. Rok 2020 będzie stał pod znakiem turystyki polskiej. Turystyka zagraniczna, jeżeli doczeka się spójnych regulacji co do możliwości podróżowania, powróci w ograniczonym zakresie podażowym, na który nałożą się obowiązki sanitarne czy obłożenia obiektów. Jednocześnie w świetle spodziewanego otwarcia granic i możliwości podróżowania wraca sentyment do zagranicznych podróży, który zaczyna materializować się w sprzedażach wycieczek. Obserwujemy spadek awersji do podróży zagranicznych spowodowanych pandemią koronawirusa – mówi Dariusz Górzny, prezes biura podróży Wakacje.pl.

Trudno myśleć o dalekich podróżach bez pewności, czy wsiądziemy do samolotu. Wprawdzie LOT wznowił 1 czerwca loty pasażerskie, ale na razie postanowiono przywrócić połączenia krajowe i to w ograniczonym wymiarze. Nowy grafik obejmuje ok. 30 rejsów dziennie z wykorzystaniem ośmiu portów lotniczych. Samoloty mają najczęściej kursować na trasie Warszawa–Gdańsk. Piloci są sceptyczni.

– Na razie martwimy się o siebie, bo jeśli nie wykonamy trzech startów i lądowań w systemie ILS w ciągu 90 dni, to stracimy uprawnienia i trzeba będzie od nowa latać z instruktorem albo na symulatorach, a to kolejne gigantyczne koszty. Generalnie w te wakacje wyjdzie pewnie 5–10 proc. normalnego latania. Zamiast 80 godz. w miesiącu może być tylko pięć. Umrzemy z głodu – wieszczy ponuro Jakub, pilot LOT-u.

Puste i stęsknione

Bez ruchu turystycznego nie mogą działać hotele. Dlatego Izba Gospodarcza Hotelarstwa Polskiego razem z Karolem Weberem z bloga Enjoyyourstay.pl zorganizowała kampanię pod hasłem „Drodzy Goście, tęsknimy za Wami”. Ma ona pomóc w przekonaniu urlopowiczów, że pobyt w hotelu to nic strasznego. Zdecydowana większość z nich wdrożyła wszystkie zalecenia głównego inspektora sanitarnego i jest gotowa na przyjęcie gości. Na terenie każdego obiektu mają być dostępne dozowniki z płynem do dezynfekcji rąk (m.in. przy wejściu do wind, punktów gastronomicznych, wyjściu z toalet), recepcja będzie zaopatrzona w pakiety maseczek ochronnych na sprzedaż, a pracownicy są zobowiązani przynajmniej raz na godzinę dezynfekować toalety, windy, blat recepcyjny, klamki, poręcze, uchwyty oraz inne często dotykane powierzchnie. Goście również muszą dostosować się do nowych reguł: pamiętać o zachowaniu minimum dwumetrowego odstępu w hotelowej restauracji, zapomnieć o niekontrolowanym korzystaniu z basenów, saun, dyskotek, świetlic telewizyjnych, dziecięcych sal zabaw (mają zostać otwarte 6 czerwca). Lepiej zachować ostrożność.

Branża hotelarska liczy, że obostrzenia nie przepłoszą turystów, którzy tego lata są hotelom szczególnie potrzebni. Nie żeby zarobić na nich kokosy, tylko by odbić się od dna. Frekwencja jest wielką niewiadomą, choć na razie nie ma powodów do bicia na alarm. – Przeróżne badania na temat decyzji zakupowych Polaków pokazują, że gości nie zabraknie – przewiduje Karol Weber. – Niemniej wciąż należy zachować pewien umiar w hurraoptymistycznych prognozach. Wszystko zależy od rozwoju epidemii w kraju i zasobności domowych budżetów. Problemem są wciąż zamknięte granice. Goście z Niemiec, Skandynawii, Rosji czy nawet krajów arabskich zostawiali spore pieniądze nie tylko w popularnych kurortach, lecz także turystycznych destynacjach jak Trójmiasto czy Kraków.

Branża komunikuje, że jest gotowa przyjmować gości w bezpiecznym reżimie sanitarnym, ale otwiera się stopniowo. Około 20 proc. hoteli w ogóle nie zostało zamkniętych, a po 4 maja do pracy wrócił tylko co piąty hotel. Reszta pozostaje zamknięta.

– Odmrożenie przez rząd gastronomii z pewnością przyspieszyło decyzję wielu przedsiębiorców hotelowych o wznowieniu działalności – twierdzi Ireneusz Węgłowski, prezes Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego, która podawała powyższe szacunki. – Duża część hotelarzy czeka na informację o otwarciu granic i uruchomieniu ruchu lotniczego. Swobodny ruch turystyczny dla zagranicznych gości jest niezwykle istotny, zwłaszcza dla hoteli położonych w regionach zachodniopomorskim i dolnośląskim. Choć wiele hoteli stricte wypoczynkowych ma już pełne obłożenie na wakacje, to zupełnie inaczej jest w dużych miastach, gdzie przeważająca większość pozostaje zamknięta. Dla tych hoteli kluczowa będzie reakcja rynku po zniesieniu barier w organizacji konferencji, targów czy eventów firmowych.

Tegoroczne lato – w związku ze stopniowym zdejmowaniem obostrzeń przez rząd – wydaje się dużo krótsze niż ubiegły sezon wakacyjny. Po pierwsze – z uwagi na ciągle niesprecyzowany termin otwarcia granic, a dopiero to umożliwi płynny ruch turystyczny. Po drugie – z racji terminów, na które zaplanowano odmrażanie gospodarki przypadające na maj i czerwiec. Niewykluczone, że po dwumiesięcznym przestoju większość potencjalnych urlopowiczów będzie zajęta powrotem do pracy, ratowaniem biznesów, a nie myślą o wypoczynku. Jednakże wiele zależy od pogody, bo przecież nie jest powiedziane, że trzeba planować urlop tylko w lipcu i sierpniu. – Jeśli aura dopisze, to okres wakacyjny wydłuży się o wrzesień, co będzie korzystne dla branży. Pytanie, co dalej. Czy wzrost zakażeń nastąpi jesienią? Bardzo trudna, bo wciąż niepewna przyszłość czeka hotele typowo biznesowe, które są uzależnione od intensywności podróży służbowych, konferencji i obcokrajowców. Wiele z nich nie podjęło jeszcze decyzji, kiedy wznowią działalność. Dużym wyzwaniem będzie utrzymanie rentowności przy niskim obłożeniu i wysokich kosztach operacyjnych – uważa Weber.

Jednym z głównych powodów załamania jest wstrzymanie podróży międzynarodowych, które nakręcają branżę hotelarską. – Polskę odwiedziło w ubiegłym roku ok. 21 mln turystów. Nie wdając się w szczegóły, przeciętnie miesięcznie tracimy w naszych hotelach ok. 1,5 mln turystów z zagranicy. Po trzech miesiącach, w połowie czerwca, ubytek ten wyniesie już ponad 4,5 mln i po ewentualnym otwarciu granic będzie się bardzo wolno odbudowywać. To ogromna strata dla branży, tym bardziej że w tym czasie hotele stoją prawie puste. W zależności od regionu i konkretnego hotelu udział turystów zagranicznych wśród gości wynosi od kilkunastu do ponad 70 proc. Średnia dla kraju to ok. 35 proc. Powinniśmy zrobić wszystko, aby nie stracić w przyszłości gości z zagranicy, którzy tradycyjnie odwiedzali Polskę, a teraz są kuszeni przez inne kraje, które decydują się na otwarcie granic. Hotelarzom potrzebna jest nie tylko informacja o terminie wznowienia ruchu granicznego, lecz także kampania promowania Polski za granicą jako kraju bezpiecznego pobytu – dodaje prezes IGHP.

Optymizm na uboczu

Daria i Radek Puszkowie prowadzą Siedlisko na Wygonie, czyli agroturystykę na Mazurach, a konkretnie w pobliżu Mikołajek. Dookoła łąki i pagórki, las i staw. Pasą się owce, cykają świerszcze. I są zjawiskowe zachody słońca. To nie jest bardzo uczęszczane miejsce. Raczej schowane głęboko, z dala od cywilizacji, ruchu tranzytowego czy zgiełku rozkrzyczanych turystów, którzy przyjeżdżają nad polskie jeziora, aby zasmakować lokalnych atrakcji. W siedlisku nie ma tłumów, więc ten sezon letni i tak niewiele będzie się różnił od poprzedniego, mimo ciągle jeszcze nieprzechorowanej pandemii.

– Czekamy na lato w bardzo dobrych nastrojach. Popyt jest ogromny. Codziennie odbieramy telefony z zapytaniami o liczbę wolnych miejsc. Wśród wszystkich zainteresowanych wypoczynkiem w naszym siedlisku 60–70 proc. to stali klienci, którzy dużo wcześniej rezerwują pokoje, nawet z rocznym wyprzedzeniem. Już się nie mogli doczekać, kiedy otwieramy, my też nie mogliśmy, ale z wiadomych przyczyn trzeba było odczekać. Teraz powinno być lepiej. Turystyka rusza, powoli się rozkręca. Oczywiście mam na myśli takie miejsca jak nasze, bo dużym ośrodkom czy hotelom będzie trudniej – zastrzega Radek Puszko.

Na mazurskim uboczu paradoksalnie łatwiej o turystów. Mają dokąd uciec przed innymi ludźmi, a więc także przed korona wirusem, bo w głuszy, pośród przyrody, na łonie natury odgrodzonej drzewami od gwarnych kurortów nikt nikomu nie wchodzi w drogę. W siedlisku państwa Puszków są tylko cztery pokoje na wynajem, toteż liczba wczasowiczów jest ograniczona. Nad tyloma klientami łatwiej zapanować, a i przestrzeganie reżimu sanitarnego nie jest nadto uciążliwe. Trzeba wprawdzie chodzić, przecierać i odkażać wszystkie miejsca, na których urlopowicz mógł zostawić swój ślad, ale na terenie obiektu nie ma części wspólnych, więc – respektując odgórne zalecenia epidemiologiczne – odpoczywający tam równocześnie turyści nie powinni mieć wiele szans, aby wejść w bezpośredni kontakt i zarazić jeden drugiego.

– Prowadzimy obiekt całoroczny, ale najważniejsze w roku są trzy miesiące: czerwiec, lipiec i sierpień – wylicza Radek Puszko. – Poza latem turystyki w zasadzie nie ma, nie licząc ferii zimowych i sylwestra. Po ustaniu paniki wywołanej koronawirusem zaczęliśmy najpierw od wynajmu jednego pokoju, aby się przyjrzeć, jak w tych nowych warunkach siedlisko będzie funkcjonowało. Próba wypadła pomyślnie i od czerwca będziemy funkcjonować tak jak wcześniej. Na szczęście czas ostrych restrykcji trwał krótko, kilka rezerwacji przenieśliśmy z wiosny na czerwiec albo na jesień, ale generalnie nie było problemów. Jesteśmy dobrej myśli, bo w pewnym momencie zakładaliśmy czarny scenariusz, że w tym roku turyści nie wrócą na nasze Mazury. Ale wracają i wypada się tylko cieszyć.

Gorsze nastroje panują nad morzem, choć wydawałoby się, że mogłoby być jak na Mazurach. W położonej niedaleko Darłowa miejscowości są plaża, las, woda, tory rolkowe, ścieżki rowerowe i moc atrakcji pod nosem. W Wiciach można złapać oddech od (ewentualnych) nadmorskich tłumów. Tutaj fundacja Aktywny Uniwersytet prowadzi kompleks nowoczesnych domków letniskowych Pod Dębami Wicie.

– Rokowania są kiepskie – twierdzi Maciej Czaronek, wiceprezes fundacji. – Ludzie boją się gdziekolwiek wyjechać, dlatego wstrzymują się z rezerwacjami. Nad morzem działamy dopiero od roku, ale od początku bazowaliśmy na turystach przyjeżdżających z Niemiec. W szczycie sezonu było ich ok. 80 proc. Teraz chęć przyjazdu zadeklarowało tylko 10 proc. naszych niemieckich klientów. A najchętniej to przyjechaliby za rok albo za dwa lata.

Co piąty wczasowicz odwołuje rezerwację i żąda zwrotu zadatków, a reszta przekłada przyjazd. Czaronek pociesza się, że jego fundacja wzorem innych operatorów wynajmujących domy letniskowe nie pobierała zaliczek w wysokości 30–50 proc. całej kwoty, tylko mniejsze, więc fundacja dużo nie traci na wycofywanych zadatkach. Jednakże klientowi, który dokonał niewielkiej przedpłaty, łatwiej będzie pogodzić się z utratą pieniędzy i w ogóle zrezygnować z zabukowanego przyjazdu. Kluczowe będą lipiec i sierpień, bo to najbardziej obfite w turystów miesiące nad polskim morzem. Jednak pierwszym poważnym sprawdzianem będzie długi czerwcowy weekend przypadający na święto Bożego Ciała. Wtedy właściciele pensjonatów, domów letniskowych czy hoteli będą mądrzejsi. Co nie znaczy, że nie zebrali dotąd solidnego materiału do przemyśleń.

– Rok temu już od 1 maja wszystko w okolicy było pootwierane: sklepy, restauracje, smażalnie. A teraz jest zastój. W naszej miejscowości działa tylko jeden sklep, a reszta zamknięta. W większym Darłowie też są problemy. Ogólnie brakuje pracowników – jedni na kwarantannie, drudzy wyjechali, trzeci nie przyjechali, a inni nie mają do czego wracać, bo biznesy popadały. Nam też brakuje pracowników obsługi. Nie wiem, jak to wszystko będzie wyglądało, ale na razie jest katastrofa. Ja zachowuję umiarkowany optymizm, bo wynajmowanie domów letniskowych nie jest moim jedynym źródłem dochodu. Mogę więc powiedzieć: będzie dobrze. Nie teraz, to może za rok… – zawiesza głos Czaronek. Jego fundacja organizowała też kolonie i obozy dla dzieci: nad morzem, nad jeziorem, na wsi. Ale na tę chwilę wycofała się z tego pomysłu. Nie bardzo wiadomo, jak zorganizować wyjazdy, w jak dużych grupach, jak kontrolować dzieci, czy w ogóle będą chętni. Czy firmy przewozowe dowiozą młodzież na wakacje? Przecież wiele z nich jest na skraju bankructwa… Fundacja postanowiła więc odpuścić. Szkoda zachodu, chociaż lata również szkoda. ©℗

>>> Czytaj też: Focus: Polska stała się fenomenem dla ekonomistów. Kraj wyczuwa szansę na awans do czołowej ligi