Atak na Iran zatrzymany w ostatniej chwili?

Według analizy zebranych informacji, która opisana została przez Macieja Kucharczyka na łamach gazeta.pl, USA w ostatniej chwili zaniechało ataku na Iran. Świadczyć o tym może zachowanie, jakie zaobserwowano w przypadku samolotów C-17 Globemaster III.

Jedna z takich maszyn miała odlecieć z amerykańskiej bazy wojskowej w AL-Udeid w środę, 14 stycznia około godziny 21 czasu polskiego. Mowa więc o miejscu, które znajduje się stosunkowo blisko Iranu, a więc byłby łatwym celem potencjalnego ataku odwetowego. To zaś koresponduje z informacjami, jakie podał Reuters, według których Pentagon miał nakazać częściową ewakuację personelu z tamtego lotniska.

Dzięki zapisowi nasłuchu radiowego między kontrolą lotów a załogą samolotu możemy się dowiedzieć, że akcja ta została przerwana. Samolot miał wrócić na miejsce postojowe i czekać na kolejne rozkazy. Wątek ten jest nieprzypadkowy, ponieważ same C-17 są maszynami, które wręcz idealnie zdają się nadawać właśnie do akcji transportowych lub ewakuacyjnych. W przeszłości był on wykorzystywany w operacjach w Afganistanie czy Iraku.

Co to więc może oznaczać? W jaką "grę" aktualnie gra prezydent Donald Trump?

"Trump to hazardzista, ale nie ryzykant"

Według niektórych teorii Donald Trump "niesiony" przez sukces w Wenezueli, który poskutkował uprowadzeniem Nicolasa Maduro, chce pójść za ciosem i rozwiązać w krótkich odstępach czasu kilka problematycznych zagadnień. Jednym z nich jest oczywiście Iran i rząd Ajatollahów, którzy teraz mierzą się ze sporym buntami społeczeństwa.

Teorię tą jednak w pewnym sensie kontruje stanowisko Alberta Świdzińskiego - jednego z ekspertów think tanku "Strategy&Future". W rozmowie z Piotrem Zychowiczem zwraca on jednak uwagę, że sytuacja Iranu i Wenezueli nie są tożsame. W tym przypadku Iran jest państwem gotowym podjąć walkę z USA, nie licząc się ze stratami własnymi. Wobec tego szansa na nieponiesienie strat w przypadku Iranu jest niemal niemożliwa. Według niektórych teorii - w przypadku wyjątkowo skutecznej i bezstratnej akcji USA doszło do zdrady Maduro, co znacznie ujawniło pracę oddziałom Delta Force.

Świdziński we wpisie na Twitterze, który opublikował 15 stycznia, wysunął stwierdzenie, że Trump może i "jest hazardzistą, ale nie gra va banque". Oznacza to, że w momencie, w którym nie będzie pewności, że jedną skuteczną akcją da się złamać reżim, USA nie podejmą się takie zadania. Uwikłanie się bowiem w otwarty, być może długotrwały konflikt z dużymi stratami własnymi nie jest na rękę Amerykanów.

Ponadto dochodzą do tego dwa czynniki - same bombardowania nie mają zbyt wielkiego sensu, jeśli faktycznie USA zależałoby na zmianie reżimu w Iranie. W taki sposób nie da się podporządkować sobie ani danego regionu, ani państwa. W skrajnie negatywnym scenariuszu mogłoby to nawet doprowadzić do sytuacji zgoła odmiennej i obróciłoby część niezdecydowanego społeczeństwa przeciw Amerykanom. Ponadto akcja wymagałaby także interwencji wojsk lądowych, co kłóci się z niechęcią Stanów Zjednoczonych do wmieszania się w otwarty konflikt zbrojny, na którym mogli ponieść spore straty własne.

Nie można też zapominać o kwestii interesów samych Amerykanów. W sytuacji wplątania się w konfrontację z Iranem potencjalne plany dotyczące Grenlandii mogłyby zostać zepchnięte na bardzo daleki plan. To zaś nie służy interesowi samego Waszyngtonu, który poprzez przejęcie pełni wpływów nad tym terytorium chce zabezpieczyć swoje interesy w tej części świata.

Gra psychologiczna i wywieranie presji na Iran

Mimo wszystko działania USA wskazywały na to, że coś może się wydarzyć i ostatecznie atak na Iran zostanie przypuszczony. W ostatniej chwili jednak Donald Trump powiedział publicznie, że sytuacja nieco zelżała, czyli przestano zabijać oraz fakt, iż Iran "nie planuje nikogo wieszać". Wcześniej miały być to warunki, których niespełnienie miało faktycznie spotkać się z ostrą reakcją Stanów Zjednoczonych.

Mając na uwadzę ruch w amerykańskich bazach oraz działania Izraela - najbliższego sojusznika USA w tamtym regionie - można zakładać, że była to pewnego rodzaju gra psychologiczna, która została wywarta na Iranie. Poprzez podnoszenie ciśnienia i to, co przez Macieja Kucharczyka określone zostało markowaniem ataku, Donald Trump chciał po prostu postawić irański reżim w sytuacji, w której to od ich decyzji zależeć będzie dalszy przebieg zdarzeń.

Logika wydaje się tutaj całkiem prosta - jeśli rząd Ajatollahów nadal zabijałby protestujących i nie dostosował się do ultimatów, wówczas amerykański atak mógłby być tłumaczony intencją dbania o dobro zwykłych obywateli. Jeśli jednak zabójstwa ustały, to USA faktycznie mogły odstąpić od przeprowadzania akcji.

Nie można też wykluczyć, że USA szukają pretekstu, aby kolejny raz przypuścić atak na irański program jądrowy. Z jednej strony już w czerwcu Donald Trump deklarował, że udało się go "zniszczyć", choć jest to stwierdzenie nadwyraz optymistyczne, zwłaszcza jeśli spojrzy się na komentarze ekspertów, którzy tezy te poddają pod wątpliwości.

Ostatecznie prawdziwe cele ostatnich amerykańskich działań nie są jasne i wiele innych teorii, które się pojawiają to sfera domysłów. Aktualnie nie można wykluczyć też scenariusza, w którym USA chcą maksymalnie rozchwiać sytuację reżimu w Teheranie tak, aby jego upadek był pozornie samodzielny. W obliczu pozornej bierności największych sojuszników Iranu - Rosji oraz Chin - jest to całkiem możliwe. Otwarta zostaje jednak kwestia zakulisowych rozmów i tego, czy owa "pozorność" nie jest niczym innym, jak wyczekiwaniem momentu na odwet.