Z analizy danych z urzędów wojewódzkich, jaką przeprowadził DGP, wynika, że jeśli idzie o dostęp do ratunkowego leczenia, najgorzej jest w pomorskim i warmińsko-mazurskim. W tym pierwszym wolnych zostało już tylko pięć respiratorów (15 jest zajętych), a w drugim – cztery (zajętych jest 12). Nie najlepiej przedstawia się też sytuacja w Małopolsce – tutaj wykorzystywane jest już trzy czwarte łóżek respiratorowych. I choć sytuacja różni się w zależności od regionu, to w całej Polsce rośnie liczba wykorzystanych respiratorów, czyli aparatury ratującej życie osobom z najcięższym przebiegiem COVID-19.

Jeszcze w połowie września sytuacja wyglądała znacznie lepiej. Wówczas wykorzystane było co dziesiąte łóżko z dostępem do respiratora. W ciągu dwóch tygodni wskaźnik podskoczył jednak do 35 proc. To najwięcej od początku pandemii, wliczając w to pierwszą, wiosenną falę zakażeń.

Krucho jest również ze zwykłymi łóżkami dla pacjentów z COVID-19, czyli przeznaczonych dla pacjentów niewymagających intensywnej opieki. W Małopolsce zajętych jest ponad połowa takich miejsc. W podkarpackim i świętokrzyskim wskaźnik ten sięga 62 proc.

Szpitale same przyznają, że jest kłopot. – W mojej placówce borykamy się z nim już dziś, pomimo trzykrotnego zwiększenia liczby miejsc dla pacjentów covidowych do 35 łóżek – mówi dr hab. Jerzy Jaroszewicz, kierownik Oddziału Obserwacyjno-Zakaźnego i Hepatologii w Szpitalu Specjalistycznym nr 1 w Bytomiu. Jego zdaniem jednak problem z brakiem miejsc można byłoby rozwiązać, umieszczając chorych na innych oddziałach, a przede wszystkim w szpitalach powiatowych i wojewódzkich.

Reklama

Do tego dochodzi inny kłopot. Szpitale, które powinny przesyłać pacjentów covidowych na bardziej specjalistyczne leczenie, przekonują, że nie mają dokąd – bo placówki, które są do tego wyznaczone (szpitale drugiego stopnia), odsyłają ich z kwitkiem. Wpływa to na wszystkich pacjentów, także niecierpiących na COVID-19. Miejscami sytuacja jest tak zła, że pacjenci w ciężkim stanie muszą czekać na wizytę na izbie przyjęć… w karetce. Tak było w Mielcu, gdzie chory spędził w pojeździe cztery godziny, bo na oddziale ratunkowym utworzyła się gigantyczna kolejka.

Resort zdrowia jest zdania, że sytuacja powinna być lepiej zarządzana na poziomie lokalnym. Stąd pomysł na wprowadzenie 16 szpitali koordynujących (na chwilę obecną nie jest jasne, czy po jednym w każdym województwie), które mają nadzorować sytuację covidową i przyjmować najciężej chorych pacjentów. Pomóc ma również powołanie koordynatorów wojewódzkich, którzy mają pomagać szpitalom znajdować miejsce dla chorych, tak aby nikt nie musiał krążyć od placówki do placówki. Niezależnie od tego ministerstwo planuje także zwiększyć liczbę łóżek dostępnych dla chorych na COVID-19.

Usprawnienia systemowe w służbie zdrowia nie zmniejszą jednak napływu pacjentów do szpitali. Z tego względu resort zamierza zwiększyć liczbę powiatów objętych obostrzeniami – i to dwukrotnie – do ponad 100 (na niewiele ponad 300 powiatów); dziś będzie ogłoszona nowa lista. Jak przyznaje rzecznik resortu Wojciech Andrusiewicz, na liście z kolorem żółtym znajdzie się m.in. Warszawa, a wraz z nią więcej miast.

Od soboty w powiatach „żółtych” dojdą nowe obostrzenia, m.in. nakaz noszenia maseczek na świeżym powietrzu. W czerwonych z kolei restauracje, puby i bary będą musiały zamknąć się o 22.00.

Do kiedy można się spodziewać wzrostu liczby zakażeń? Jeden z naszych rozmówców wskazuje, że liczba dziennie wykrywanych infekcji wzrośnie w najbliższych dniach nawet do 4 tys. Potem wartość ta nieco spadnie, ponieważ w związku z rosnącym zagrożeniem oraz nowymi obostrzeniami ludzie zmienią swoje zachowania. Niekoniecznie przełoży się to jednak na dostępność łóżek – ze względu na to, że pacjenci zostają nawet kilka tygodni w szpitalu. Potwierdził to sam minister zdrowia. – Musimy sobie zdawać sprawę, że granice wydolności przy tak dużym tempie dziennych zachorowań będą testowane – powiedział we wtorek Adam Niedzielski. ©℗