Czas na większe wydatki i większe deficyty [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
20 czerwca 2020, 22:33
Mateusz Szczurek ekonomista w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju oraz członek Europejskiej Rady Budżetowej, pięcioosobowego (jedno miejsce jest wolne) organu doradczego Komisji Europejskiej, który zajmuje się oceną wdrażania unijnych ram budżetowych i opracowywaniem propozycji dotyczących jej przyszłego rozwoju. W latach 2013–2015 był ministrem finansów
<p>Mateusz Szczurek ekonomista w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju oraz członek Europejskiej Rady Budżetowej, pięcioosobowego (jedno miejsce jest wolne) organu doradczego Komisji Europejskiej, który zajmuje się oceną wdrażania unijnych ram budżetowych i opracowywaniem propozycji dotyczących jej przyszłego rozwoju. W latach 2013–2015 był ministrem finansów -&nbsp;fot. Wojtek Górski</p>/embuk-importer
Polska z radością przyjęła propozycję UE. Po tweetach prezydenta głupio by wyglądało mówienie, że pomysł jest do kitu

Z Mateuszem Szczurkiem rozmawia Bartosz Pawłowski

Podczas dyskusji o europejskim planie odbudowy gospodarczej często spotykamy się z nawiązaniami do Alexandra Hamiltona, pierwszego sekretarza skarbu USA. Po wojnie lat 1775–1783, która doprowadziła byłe kolonie brytyjskie na skraj bankructwa, stwierdził, że należy ich zobowiązania „uwspólnić” i zamienić na dług rządowy. Tak de facto powstały Stany Zjednoczone. Być może podobne myślenie zaczyna się pojawiać w strefie euro. Kilka tygodni temu kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydent Francji Emmanuel Macron zapowiedzieli program o wartości 500 mld euro. W propozycji Komisji Europejskiej to 750 mld euro. O co chodzi w tym programie?

O to, o co zawsze chodzi w budżetach federacji: o korzyści ze wspólnej siły finansowej. Po pierwsze – to ograniczenie ryzyka prowadzenia przez niektóre państwa katastrofalnej polityki fiskalnej, czyli ograniczania wydatków pod presją rynków finansowych. Budżet federalny może stabilizować sytuację. Po drugie – moje wydatki to twoje dochody. Przypomnijmy sobie lata 2008–2009 i niemiecki program wymiany aut. Korzystała na nim nie tylko gospodarka Niemiec, lecz także cała Unia. Po trzecie: korzyści skali. Wydatki na infrastrukturę czy technologię są bardziej efektywne, jeśli dokonywane są wspólnie. Wreszcie ten program to odpowiedź na fakt, że stopy procentowe są bardzo niskie, a Europejskiemu Bankowi Centralnemu (EBC) kończą się instrumenty, jakimi może stymulować gospodarkę. Teraz pojawi się coś nowego, dzięki czemu można prowadzić wspólną politykę fiskalną i stabilizować koniunkturę. W dodatku bez konieczności dogadywania się z poszczególnymi państwami i koordynowania ich działań. Tylko głupiec by nie przyznał, że teraz nadszedł czas na większe wydatki i większe deficyty. A jednocześnie zdolność poszczególnych krajów do takich działań na własną rękę jest ograniczona. Ich dostęp do rynku poprawił się dzięki EBC, który ogranicza wzrost ich spreadów. Krótkoterminowe reguły fiskalne działają tak, jak powinny – Komisja wręcz zachęca członków UE, z wyjątkiem Rumunii, by wydawały więcej. Ale pozostaje sprawa długoterminowej wypłacalności poszczególnych państw. Wiele z nich będzie mieć dług publiczny przekraczający 100 proc. PKB.

Szacuje się, że w związku z kryzysem dług publiczny w Unii podskoczy w ciągu roku–dwóch o 20 pkt proc. A my mówimy o 500 czy 750 mld euro. To mniej niż 5 proc. PKB Wspólnoty. Czy ten projekt ma tylko znaczenie symboliczne, czy też będą to pieniądze realnie wspierające gospodarkę?

Argumenty, o których wspomniałem, nie są nowością. O tym mówi się od lat 70., te dyskusje towarzyszyły tworzeniu strefy euro. W raporcie MacDougalla z 1977 r. – to oficjalny dokument UE – wskazywano na poważne problemy, jakie będą się wiązały z unią walutową bez budżetu federalnego. MacDougall pisał, że kraj federacyjny ma budżet na poziomie 20–50 proc. PKB. W ograniczonym zakresie może to być 5–7 proc. PKB. I że można by celować w budżet przedfederacyjny na poziomie 2–2,5 proc. PKB, choć to już wymagałoby możliwości zadłużania się. Kwotę, o której teraz mówimy, powinniśmy podzielić na kilka lat, a wówczas zamyka się na poziomie ok. 1 proc. unijnego PKB. Mniej niż proponowano w latach 70., ale dwa razy więcej, niż było dotychczas.

Przypomina się anegdota, przypisywana wielu krajom, dotycząca obecności na ich terenie żołnierzy amerykańskich. Waszyngton pyta: „Ilu mamy przysłać?”. Odpowiedź: „Wystarczy jeden”. Czy te 500 mld euro to tylko początek procesu, czy jednorazowa inicjatywa związana z korona wirusem?

Kilka miesięcy temu w trakcie dyskusji na temat perspektywy finansowej poszczególne państwa skakały sobie do gardeł z powodu 0,11 proc. PKB – bo taka była różnica między propozycją fińską a Komisji Europejskiej (KE). Teraz mówimy o kwotach większych przynajmniej o rząd wielkości. Trzeba docenić, że nawet jeżeli nie jest to budżet federacyjny, nawet jeżeli on nie odwróci sytuacji w całej Unii, to wciąż będzie to rzecz istotna. Szczególnie gdy zaczniemy patrzeć na poszczególne kraje. To ma znaczenie nawet dla tak dużych państw jak Włochy.

 ©

Notował ŁW

Skrócona wersja rozmowy, jaka odbyła się 1 czerwca w ramach webinarium dla klientów private bankingu mBanku

Bartosz Pawłowski,

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj