Zacznę od problemu, którym autor otwiera swoje rozważania: „(…) nauka powinna przygotować społeczeństwa do zmian instytucjonalnych i nowej strategii rozwoju bez wzrostu, a nie podążać za koniunkturą gospodarczą i służyć korporacjom w ich wyścigu o zyski”. Co do drugiej części tej opinii – zgoda. Tego typu badaczy Stanisław Lem określił jako „naukowców wychowanych pod stołem”. Żeby było jasne – to nie są naprawdę naukowcy.

Mam jednak wątpliwości co do pierwszej części zdania, szczególnie że całość łączy autor z reformą nauki i szkolnictwa wyższego ministra Jarosława Gowina. Otóż wątpię, aby zadaniem nauki było owo „przygotowanie społeczeństwa do…”. Nauka ma wpierw opisać stan rzeczy, a potem, o ile posiada do tego narzędzia, pokazać możliwe konsekwencje proponowanych rozwiązań. Czyli ma zbudować pewne modele i powiedzieć, jakie będą konsekwencje (o ile da się je przewidzieć) przyjęcia takiego, a nie innego rozwiązania. Przykład pierwszy z brzegu, którym zresztą posługuje się też autor. Oto decyzja wielu korporacji, aby dla zwiększenia zysków przenieść produkcję do krajów azjatyckich, w obliczu pandemii naraziła na zapaść całą gospodarkę światową. Czy jakiś model mógł to przewidzieć? Ależ oczywiście. Jak sądzę, był on jednak niewygodny, bo blokował możliwości osiągnięcia zysków.

Struktura biznesu

Jako nieporozumienie i przejęzyczenie przyjmuję określenie „biedabiznes”, którym posłużył się autor. Powiedziałbym, że – do pewnego stopnia – przetrwał on kryzys lepiej niż wielkie korporacje, które teraz w ramach cięcia kosztów muszą zwalniać pracowników. Czyli model wielkich korporacji może nie tyle się nie sprawdził, ile raczej wykazał się małą elastycznością.

Zresztą kwestia tzw. sprzedaży wiedzy, w której wyspecjalizowały się korporacje wydawnicze, budzi zastrzeżenia. Ich dominacja na rynku publikacji naukowych jest faktem, ale wątpliwe, czy są one naprawdę tak znakomite, a proponowane przez nie pozycje mają zawsze charakter fundamentalnych. Ponieważ jestem w tym „biznesie” od bardzo wielu lat, to śmiało mogę powiedzieć, że nie.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP