Stany Zjednoczone zawsze były krajem kontrastów. W dziesięcioleciach po drugiej wojnie światowej różnice ekonomiczne udało się zmniejszyć dzięki wysokiemu wskaźnikowi migracji. Kapitał z graniczącego z Kanadą tzw. pasa rdzy chętnie przenosił się do cieplejszego miejsca w obrębie tzw. pasa słońca i zubożałe Południe wzbogaciło się wraz z rozwojem przemysłu. Znaczna część populacji Afroamerykanów odpłynęła z kolei na Północ. Migracja była siłą napędową amerykańskiego sukcesu gospodarczego. Fakt, że jej wskaźniki znacznie spadły w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, nie pozostaje bez wpływu na możliwości realizacji wzrostu gospodarczego.

Zardzewiały przemysł

Określenie „pas rdzy” odnosi się do stanów okalających region Wielkich Jezior na północnym zachodzie: Illinois, Indiana, Michigan, Ohio, Pensylwania, Wirginia Zachodnia i Wisconsin. Na początku XX w. były to prosperujące ośrodki górnictwa węgla kamiennego, hutnictwa, przemysłu ciężkiego i lekkiego. Ich los odmienił się w wyniku recesji w latach 70. oraz na skutek wzrostu konkurencji zagranicznej. Potem było już tylko gorzej, gdyż w miarę postępu technologicznego następowała automatyzacja produkcji i redukcja zatrudnienia. Przede wszystkim jednak gospodarka oparta na przemyśle ustępowała gospodarce opartej na usługach, pozostawiając smutną spuściznę w postaci nieczynnych, rdzewiejących (stąd: pas rdzy) hal produkcyjnych i magazynów. A temu, co przetrwało, dobijający cios wymierzyła ekspansja gospodarcza Chin, które w pierwszej dekadzie XXI w. szturmem wdarły się do globalnych łańcuchów wartości, od przemysłu stalowego po tekstylny.

Rzeczywistość pasa rdzy w sposób symboliczny oddaje historia Detroit, niegdyś bogatego i tętniącego życiem ośrodka przemysłowego, siedziby amerykańskich koncernów motoryzacyjnych: Forda, General Motors i Chryslera. Na przestrzeni 70 lat populacja miasta zmalała o niemal 65 proc. O skali upadku świadczy fakt, że Detroit było zmuszone w 2013 r. ogłosić niewypłacalność i oddać się w zarząd komisaryczny. Ostatecznie wierzyciele wyrazili zgodę na redukcję długu o 7 mld dol., dzięki czemu miasto odzyskało kontrolę nad swoimi finansami.

W pasie rdzy ludzie od lat borykają się z bezrobociem, ubóstwem i uzależnieniami, a średnia życia jest niższa niż w innych częściach USA. W postindustrialnej Ameryce kapitał ma niewielką motywację do relokacji na obszary o niskich płacach. Wysoko wykwalifikowani pracownicy przenoszą się do prosperujących miast na wschodnim i zachodnim wybrzeżu, co jeszcze bardziej pozbawia wrażliwe regiony kapitału ludzkiego, który mógłby przyczynić się do ich regeneracji. Odkąd globalizacja otworzyła przed fabrykantami azjatyckie rynki z tanią siłą roboczą, przemysł jest w permanentnym kryzysie.

Reklama

Wet za wet

Dramat pasa rdzy namacalnie ukazujący szerszy problem deindustrializacji USA, Donald Trump uczynił centralnym elementem kampanii wyborczej w 2016 r. Złożył obietnicę wskrzeszenia górnictwa i hutnictwa, ożywienia krajowej produkcji i przywrócenia miejsc pracy. Hasłem powrotu przemysłu do USA zdobył głosy tradycyjnie demokratycznego elektoratu robotniczego, który w 2012 r. poparł Baracka Obamę.

Trump realizował silnie protekcjonistyczny program. W 2018 r. obłożył cłem import stali (stawką 25 proc.) i aluminium (10 proc.) z Chin i z reszty świata, twierdząc, że zmniejszenie konkurencji pozwoli stanąć na nogi rodzimym producentom. Partnerzy handlowi USA nie pozostali oczywiście dłużni i nałożyli odwetowe cła na amerykańską stal i aluminium, ale także na samochody, samoloty, a nawet płody rolne. Doprowadziło to, jak wiadomo, do wojny celnej, która zaostrzyła tarcia geopolityczne z Chinami, zepsuła klimat w stosunkach z europejskimi sojusznikami, a przede wszystkim uderzyła w światowe rynki, pogrążając je w nastroju niepewności.

Zagranicznych odbiorców utracił nie tylko przemysł surowcowy, który miał być przecież głównym beneficjentem polityki protekcjonizmu, ale także gałęzie przemysłu dóbr konsumpcyjnych. Zwłaszcza branże: motoryzacyjna, budowlana i AGD musiały podnieść ceny i poniosły straty na rzecz konkurentów z innych krajów, a w konsekwencji zwalniały pracowników. Producenci zorientowani na eksport ucierpieli zarówno z powodu ceł odwetowych, jak i zmienności wywołanej przez wojnę handlową z Chinami.

Nędza protekcjonizmu

Renesans amerykańskiego przemysłu pozostał niespełnioną obietnicą. Krótkotrwała poprawa okazała się iluzją. W 2018 r. poziom zatrudnienia w produkcji metali pierwotnych – i ogólnie w przemyśle amerykańskim – widocznie wzrósł, lecz tylko po to, by drastycznie spaść rok później. Deficyt handlowy, obejmujący zarówno towary, jak i usługi, pogłębiał się z każdym rokiem prezydentury Trumpa. A to oznaczało ubywanie miejsc pracy. Dziś amerykański sektor stalowy zatrudnia prawie 2 tys. pracowników mniej niż wtedy, gdy Trump obejmował urząd. Jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19 Moody’s Analytics, spółka córka agencji ratingowej Moody’s, zajmująca się badaniem rynku, oszacowała, że wojna handlowa z Chinami kosztowała Amerykanów utratę 300 tys. miejsc pracy.

Decyzja o podniesieniu taryf celnych przyczyniła się do zapaści w przemyśle, na długo zanim atak koronawirusa unieruchomił gospodarkę. Amerykańska gospodarka wcale nie była w złym stanie, gdy Obama żegnał się z Białym Domem. Trump odziedziczył pozytywne skutki ożywienia, jakie nastąpiło po kryzysie finansowym z lat 2008-2009. Tu, gwoli precyzji, trzeba dodać, że nie było ono dziełem samego przemysłu, lecz kosztownej stymulacji fiskalnej, która przełożyła się na poprawę zatrudnienia, m.in. w przemyśle samochodowym. Nie zmienia to faktu, że na przykład w stanie Michigan inwestycje firm motoryzacyjnych spadły o niemal 1/3 w ciągu trzech pierwszych lat prezydentury Trumpa w porównaniu z ostatnimi trzema latami prezydentury Obamy. Podobnie w Ohio, gdzie z kolei ubyło 26 tys. etatów, odkąd Trump objął władzę. Oczywiście mowa o okresie sprzed pandemii i wywołanej przez nią recesji. (Dane liczbowe cytuję za raportem „How Trade Policy Failed US Workers – And How to Fix it”, Boston University Global Development Policy Center, wrzesień 2020).

Decyzja o podniesieniu taryf celnych przyczyniła się do zapaści w przemyśle, na długo zanim atak koronawirusa unieruchomił gospodarkę.

Przerwane negocjacje

Wprowadzenie cła na stal i aluminium wywołało wojnę celną z Chinami, a samo źródło problemów amerykańskiego przemysłu – chińska nadprodukcja i nieuczciwa konkurencja – jak było, tak zostało. Wydawało się, że porozumienie ze stycznia 2020 r., wieńczące pierwszą rundę wielomiesięcznych negocjacji, otwiera drogę do wygaszenia konfliktu na linii Waszyngton–Pekin. Nie ustalono wprawdzie nic w sprawie samych taryf celnych, lecz Amerykanom udało się przełamać impas i wymóc na stronie chińskiej pewne ustępstwa. Ta zobowiązała się mianowicie do zakupu kontyngentu rolno-spożywczego, do przestrzegania wyższych standardów w zakresie własności intelektualnej (ukrócenia praktyki przymusowego transferu technologii), wreszcie do bardziej transparentnej polityki kursu walutowego (powstrzymania się od dewaluacji juana i zmasowanej, celowanej interwencji na rynkach walutowych).

Mimo obaw, że porozumienie w wielu punktach pozostanie martwą literą, z pewnością przywróciło ono wyczerpany kredyt zaufania w stosunkach dwustronnych. Taryfy celne miały pozostać w mocy do czasu zamknięcia drugiej rundy negocjacji. Przypuszczalnie administracja Trumpa celowo pozostawiła tę kwestię w zawieszeniu, żeby mieć czym straszyć, w razie gdyby Pekin nie dotrzymał swoich zobowiązań. Tak czy inaczej, do drugiej rundy negocjacji nie doszło, bo świat opanowała pandemia COVID-19, a Donald Trump obwinił Chiny o spowodowanie tego nieszczęścia (por. „chiński wirus”).

Offshoring trwa w najlepsze

W wyniku reformy podatkowej z 2017 r. – kolejnego sztandarowego przedsięwzięcia prezydenta Trumpa – stawka podatku CIT została radykalnie obniżona z 35 do 21 proc. W zamyśle miało to rozkręcić inwestycje i zaowocować nowymi miejscami pracy. Tymczasem skorzystali na niej wyłącznie akcjonariusze i kadra kierownicza korporacji. Firmy wolały bowiem wydać oszczędności z obniżki podatku na wypłatę dywidend i wynagrodzeń niż na inwestycje i nowe etaty.

Najgorsze jednak, że zamiast ściągać biznes z powrotem do kraju, a przynajmniej zniechęcać firmy do offshoringu, reforma stworzyła wręcz zachęty do dalszego przenoszenia działalności za granicę. Przed nowelizacją Kodeksu podatkowego amerykański fiskus potrącał podatek od dochodów przedsiębiorstw bez względu na to, gdzie zostały one osiągnięte. Firmy powszechnie korzystały jednak z furtki w postaci odroczenia zapłaty należnego podatku do momentu oficjalnego transferu zysków do USA. A to nie zdarzało się często, ponieważ zyski mogą być trzymane za granicą bezterminowo.

Od czasu reformy pełne opodatkowanie dotyczy tylko zysków generowanych w USA. Natomiast dochody wypracowane za granicą podlegają opodatkowaniu w USA dopiero po przekroczeniu 10 proc. wartości zagranicznych aktywów materialnych podatnika, np. maszyn, budynków, platform wiertniczych. Wszystko zależy od rachunku ekonomicznego, ale samo umieszczenie za granicą nowej linii produkcyjnej nie oznacza, że zyski wzrosną powyżej 10 proc. wartości infrastruktury, bo ta też przecież wzrasta. A nawet jeśli tak się stanie, to korporacje rozliczają się z zagranicznych zysków według stawki o połowę niższej (10,5 proc.) niż krajowi producenci. Oczywiście w Chinach, czy gdziekolwiek mają zakłady produkcyjne, amerykańskie firmy płacą lokalne podatki, ale to wciąż zdecydowanie bardziej opłacalne, niż gdyby mieli odprowadzać 21 proc. w USA. Kto w takiej konfiguracji chciałby przenosić biznes do macierzy?

W Chinach, czy gdziekolwiek mają zakłady produkcyjne, amerykańskie firmy płacą lokalne podatki, ale to wciąż bardziej opłacalne, niż odprowadzanie 21 proc. w USA.

Pomimo wojny handlowej amerykańskie inwestycje zagraniczne w Chinach w istocie wzrosły w ciągu ostatnich kilku lat. To pokazuje, jak fatalny skutek – odwrotny od zamierzonego – odniosła reforma podatkowa. Według szacunków Biura Budżetowego Kongresu reforma podatkowa z 2017 r. uszczupli finanse publiczne USA o 1,9 bln dol. w ciągu następnej dekady. I to w czasie, gdy będą one potrzebne na walkę z popandemiczną recesją.

Nadzieja na „odrdzewienie”

Nieudana próba repatriacji amerykańskiego przemysłu nie oznacza, że w pasie rdzy nic dobrego się nie dzieje. Przybywa bezpośrednich inwestycji zagranicznych, zwłaszcza w obszarze elektroniki i telekomunikacji, pojazdów autonomicznych, robotyki i, co ciekawe, motoryzacji. Dotyczy to zarówno Detroit, jak i innych miast, m.in. Pittsburgha, Cincinnati, Indianapolis, Baltimore i St Louis. To ostanie jest siedzibą inkubatora T-Rex, który przyciągnął ponad 200 firm technologicznych odkąd powstał w 2011 r. i miał swój udział w potężnym wzroście populacji miasta o ponad 43 proc. w latach 2011-2018. Do najaktywniejszych inwestorów należą firmy z Niemiec, Japonii i Wielkiej Brytanii.

Prezydent elekt Joe Biden chce podnieść stawkę podatku CIT o 7 pp. do 28 proc. i wydać setki miliardów dolarów na inwestycje w energię odnawialną oraz przyjazną środowisku infrastrukturę i transport, wzorowane na unijnym Nowym Zielonym Ładzie (a ten z kolei na Rooseveltowskim New Dealu). Jest nadzieja, że pozwoli to z jednej strony wybrnąć z impasu klimatycznego, w który USA popadły za kadencji Trumpa, a z drugiej strony – stworzyć miejsca pracy, poprawić produktywność, a w konsekwencji dochody pracowników, także w tradycyjnych gałęziach przemysłu.

Oddzielną i otwartą kwestią jest to, na ile sprawcza okaże się tendencja do ograniczenia offshoringu produkcji, o którym głośno było tuż po wybuchu pandemii COVID-19, gdy doszło do masowych zakłóceń w łańcuchach dostaw.

Grażyna Śleszyńska
Źródło nieznane