Tomas Casas i Guido Cozzi przygotowali analizę „Elite Quality Report 2020: 32 Country Scores and Global Rank” (Raport o jakości elit 2020: punktacja 32 krajów i ich miejsce w globalnym rankingu). Ocenili w niej elity w 32 krajach, w tym w Polsce. Kryteria oceny inspirowane były słynną książką Darona Acemoglu i Jamesa A. Robinsona „Why Nations Fail” (wydaną także w Polsce pod tytułem „Dlaczego narody przegrywają”).

Acemoglu i Robinson postawili tezę, że o rozwoju kraju decyduje przede wszystkim „jakość” elit, czyli sposób postępowania tych, którzy rządzą albo na rządzących mają wpływ. Kraj się rozwija, gdy instytucje tworzone przez elity sprzyjają wzrostowi gospodarczemu i podziałowi tego wzrostu między jak największy odsetek obywateli. Odwrotna sytuacja ma miejsce, gdy te instytucje służą głównie zwiększaniu prywatnego majątku elit.

Na 32 kraje polskie elity zajęły 13 miejsce z 58,3 pkt. Wyprzedziły m.in. elity Francji (57,4 pkt), Izraela (56,9 pkt), Włoch (55,5 pkt) i Hiszpanii (55,5 pkt). Niewiele nam zabrakło do elit norweskich (58,6 pkt) – 11 miejsce i szwedzkich (59,7) – 10 pozycja. Autorzy zestawiają pozycję w rankingu elit z PKB na obywatela i jest wyraźna zależność między tymi miernikami (wskaźnik korelacji 0,807).

Dobra wiadomość jest taka, że z rankingu wynika, iż mamy lepsze elity, niż by to wynikało z naszego PKB. Autorzy zestawienia zwracają uwagę, że kraje z takimi elitami, jak ma Polska, są średnio o ok. 18 proc. bogatsze niż nasze państwo, co sugeruje, że nasz PKB ma taki potencjał dodatkowego wzrostu.

Ale są w rankingu państwa, których potencjał wzrostu ze względu na jakość elit jest jeszcze większy. To Indonezja (powinna mieć o ponad 40 proc. wyższy PKB) i Chiny (więcej niż 60 proc. ekstra wzrostu). Zła wiadomość jest taka, że nasze elity mają sporo do nadrobienia. Na czele rankingu są elity Singapuru (68,5 pkt), potem Szwajcarii (64,9 pkt) i Niemiec (64,2 pkt).

Wczesne problemy z podatkami

Robert M. Schwab i Wallace E. Oates przygotowali pracę „The Window Tax: A Case Study in Excess Burden” („Podatek od okien: studium nadmiernego obciążenia podatkowego”). Analizują w niej skutki wprowadzenia jednego z najbardziej uciążliwych podatków w historii – podatku od lokalu mieszkalnego płaconego w zależności od liczby okien. Nałożono go w 1696 r. w Wielkiej Brytanii.

Co istotne, podatek płacił lokator nieruchomości, a nie właściciel. Miał on obowiązywać tylko przez trzy lata, ale ostatecznie nakładano go przez ponad 150 lat (zniesiono dopiero w 1851 r.). Podatek ten zastąpił wcześniejsze obciążenie zależne od liczby palenisk w domu. Problem z paleniskami polegał na tym, że do ich policzenia konieczne było wejście przez inspektora podatkowego do domu, co obywatele Wielkiej Brytanii uważali za bardzo duże naruszenie prywatności.

Uzależnienie daniny dla państwa od liczby okien likwidowało tę niedogodność, ale powstała kolejna. Stawka nowego podatku była podnoszona po przekroczeniu określonej liczby okien. I tak na przykład w latach 1747-1757 progi te wynosiły 10, 15 i 20 okien. Autor podaje, że danina sprawiła, że ludzie masowo zamurowywali otwory okienne, by płacić mniejsze podatki.

I tak na przykład 18,9 proc. domostw miało 9 okien, ale 10 okien tylko 4,3 proc. Podobnie 17,8 proc. nieruchomości mogło się pochwalić 14 oknami, ale tylko 1,6 proc. – 15. Zaczęło to rodzić szereg dodatkowych problemów związanych z pogorszeniem się warunków sanitarnych w domach (słabsza wentylacja) i częstszymi epidemiami. Na przykład za źródło epidemii tyfusu z 1781 r. w mieście Carlisle uznano dom zamieszkały przez sześć ubogich rodzin, w którym ze względów podatkowych zamurowano znaczną część okien.

Kłopotliwy był także brak precyzyjnej definicji, co jest oknem. I tak na przykład w 1848 r. profesor Scholefield z Cambridge zapłacił podatek od dziury w murze piwniczki na węgiel. W tym samym roku niejaki Gregory Gragoe z Westminsteru uiścił państwu daninę od drzwi w podłodze prowadzących do piwnicy. Regularnie zdarzało się, że komuś wypadła cegła ze ściany i inspektor podatkowy traktował powstałą dziurę jako okno, ponieważ przez otwór wpadało światło do domu.

Nie wszystkie mieszkania drożeją

Utpal Bhattacharya, Daisy Huang i Kasper Meisner Nielsen opracowali analizę „Spillovers in Prices: The Curious Case of Haunted Houses” („Jak zmieniają się ceny nawiedzonych domów i sąsiednich nieruchomości”). Zbadali, jak przekonanie o tym, że mieszkanie jest „nawiedzone” (na przykład dlatego, że doszło w nim do morderstwa, samobójstwa albo innej śmierci z przyczyn nienaturalnych) wpływa na cenę tej i sąsiednich nieruchomości.

Analizy dokonano na przykładzie Hongkongu. Miasto to jest dobrym miejscem do przeprowadzenia tego typu badań ze względu na dużą gęstość zaludnienia – ponad 7 mln osób mieszka na 1105 km2 (resztę terytorium zajmują parki i rezerwaty). W efekcie dominującymi nieruchomościami są wysokie budynki. Co istotne, w Hongkongu istnieje prawny obowiązek ujawniania przez sprzedawcę informacji o nienaturalnej śmierci w mieszkaniu. Wzięło się to z zasad feng shui, według których taka śmierć powoduje zgromadzenie negatywnej energii, co obniża wartość lokalu.

W efekcie pośrednicy na rynku nieruchomości w Hongkongu mają bazy danych „nawiedzonych” mieszkań (na przykład od 2000 r. do 2015 r. 1032 lokale zaklasyfikowano do kategorii „nawiedzonych”). Naukowiec wyliczył, że mieszkanie, w którym doszło do tragicznej śmierci, traci na wartości średnio 19,9 proc. Cena lokali na tym samym piętrze spada o 9,7 proc.

Obniżają się także ceny mieszkań do trzech pięter nad i pod „nawiedzonym”, średnio o 8,9 proc. A w całym bloku o 7,1 proc. Ciekawe jest także to, że w przypadku mieszkań, w których doszło do tragicznej śmierci, ich ceny nie powróciły do poziomu sprzed „nawiedzenia” w ciągu 16 lat, według danych, którymi dysponował naukowiec. Sąsiadujące apartamentowce swą wartość odzyskiwały po bardzo długim czasie.

Aleksander Piński
Źródło nieznane