Gospodarka PRL-u widziana od... kuchni i zawartości talerza

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
22 maja 2022, 01:19
Menu PRL
<p>Menu PRL</p>/ShutterStock
A co, jeśliby nas zawczasu przekupiono krajowym odpowiednikiem gulaszu albo vepřového řízka, tak jak to uczyniono Węgrom i Czechom? Jeśli bylibyśmy w 1989 r. względnie syci?

Życie codzienne w PRL-u - w tych czasach, które pamiętam, w latach 80. - było w dużej mierze skoncentrowane na jedzeniu. Przyjmijmy roboczo, że w czterech głównych wymiarach - dwóch praktycznych (aprowizacji i pichcenia) oraz dwóch niematerialnych (sprawiedliwości i marzeń). A samo spożywanie posiłków? Wypadało raczej blado w konfrontacji z ilością wysiłku włożonego w zdobycie produktów oraz wytworzenie, a często i wymyślenie z nich czegoś jadalnego. Blado wypadało również w zderzeniu z budzącym potężny gniew fundamentalnym brakiem egalitaryzmu w rzekomo bezklasowym społeczeństwie - wiadomo było, kto i dlaczego może żreć więcej. Wszystko to miało miejsce w cieniu jednocześnie bliskiej i niedosiężnej kultury konsumpcyjnej Zachodu; człowiek patrzył we własny talerz i widział na nim nie to, co obecnie mu nałożono, ale to, co mógłby zjeść, gdyby los rzucił go za żelazną kurtynę.

Monika Milewska w słusznych rozmiarów (650 stron) książce „Ślepa kuchnia. Jedzenie i ideologia w PRL” naświetla wszystkie te wymiary, a także robi dużo więcej: zderza perspektywę konsumentów z politycznymi celami i ambicjami komunistycznej władzy; czyni to uważnie, rozumiejąc, że kolejne dekady Polski Ludowej znacznie się od siebie różniły. Milewska, pisarka i antropolożka, imponuje w „Ślepej kuchni” erudycją i szerokością spojrzenia - poszczególne rozdziały traktują m.in. o nigdy niedokończonej reformie rolnej, o „walce o handel”, o mechanicystycznej, racjonalizatorskiej ideologii żywienia, coca-coli i czekoladzie, systemie kartkowym, sklepach „za żółtymi firankami”, inspiracjach kulinarnych w ramach obozu socjalistycznego, komunistycznym podszywaniu się pod rytuały i święta religijne czy o roli kobiet w gospodarstwie domowym. Wobec tego ogromu informacji i tematów skupiłbym się więc na najważniejszym - w moim przekonaniu - fetyszu PRL-owskiej konsumpcji: na mięsie.

Jeść mięso

Przynajmniej jeden człowiek z powodu mięsa został przez ówczesne państwo polskie wytypowany do roli kozła ofiarnego, a następnie pozbawiony życia - 19 marca 1965 r. po pokazowym i zasadniczo bezprawnym procesie wykonano wyrok śmierci przez powieszenie na Stanisławie Wawrzeckim, dyrektorze Miejskiego Przedsiębiorstwa Handlu Mięsem Warszawa Praga (w 2004 r. Sąd Najwyższy uchylił wszystkie wyroki wydane w „aferze mięsnej”). Wawrzecki, owszem, brał łapówki, ale za to akurat groziła wówczas jedynie kara pozbawienia wolności do lat pięciu. „Gomułka, zamiast powiesić szynkę w sklepie, powiesił Wawrzeckiego” - Milewska przywołuje zdanie ówczesnej warszawskiej ulicy. Ta fatalna egzekucja miała wymiar symboliczny i tak też została odczytana, choć niekoniecznie do końca zgodnie z intencjami władzy, która próbowała swoją nieudolność przykryć działaniami wymierzonymi w „spekulantów”.

„Afera mięsna” nie była ani pierwszą, ani ostatnią tego rodzaju inicjatywą propagandową - złowieszcza figura spekulanta, osoby zajmującej się przejmowaniem towaru z rynku państwowego (bądź po prostu przemytem), a następnie nielegalnym obrotem tymże deficytowym towarem po zawyżonych cenach, towarzyszyła PRL-owi przez cały okres jego trwania. W pierwszym odcinku świetnego skądinąd serialu „07 zgłoś się” („Major opóźnia akcję”, 1976 r.) por. Borewicz pod przykrywką rozpracowuje gang spekulantów handlujących krempliną. Krempliną!

Kremplina jednak mięsu nierówna - można by wręcz posądzić twórców serialu o ironiczną kpinę z państwa, które nie potrafi dostarczyć na rynek nawet szmatławej tkaniny z tworzywa sztucznego. Mięso to sprawa poważniejsza. Każda władza, także dyktatorska, szuka jakichś źródeł społecznej legitymizacji - nie da się na dłuższą metę rządzić za pomocą czystej przemocy. Istotną częścią paktu o nieagresji, jaki komuniści zawarli z Polakami, była obietnica, że będziemy mogli jeść mięso. „Po wojnie władze deklarowały, że w nowym ustroju stanie się ono dostępne dla zwykłych ludzi pracy. I w pewnym sensie dotrzymały obietnic, z tym że robotnicy najczęściej jadali je pod postacią pasztetowej, kaszanki albo salcesonu. Przez cały okres PRL-u mięso było synonimem zamożności i dostatku, a jako produkt wysokokaloryczny i dający energię do długiej i wytężonej pracy - upragnionym składnikiem jadłospisu - pisze Milewska. - Badania socjologiczne z lat 80. dowiodły nawet, że wraz ze wzrostem częstości spożywania posiłków mięsnych poprawiała się samoocena warunków materialnych badanych. (...) Mięso pozostawało głównym punktem odniesienia peerelowskiej kuchni i miarą życiowego sukcesu lub życiowej klęski”.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj