W 2020 roku ogólny wskaźnik płodności w USA osiągnął najniższy poziom w historii, a wstępne dane za pierwsze sześć miesięcy 2021 roku wykazały 2-procentowy spadek liczby urodzeń w porównaniu z tym samym okresem w roku poprzednim. To, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, ma miejsce również w wielu innych częściach świata, ponieważ ludzie wolniej zawierają małżeństwa i wolniej decydują się na posiadanie dzieci – podaje redakcja serwisu Vox.

Trend ten przyczynił się do tego, co będzie jednym z dominujących tematów XXI wieku: spowolnienie wzrostu populacji, zwłaszcza w krajach rozwiniętych, i ostateczne zmniejszenie się liczby ludzi na naszej planecie. Jest to temat podjęty przez Jennifer Sciubbę, profesor nadzwyczajną studiów międzynarodowych w Rhodes College, w jej nowej książce „8 Billion and Counting: How Sex, Death, and Migration Shape Our World”.

Reklama

Demografia to niemal przeznaczenie

Według danych Our World in Data przez tysiące lat liczba ludności prawie nie zmieniała się, zwiększając się o zaledwie 0,04 procent rocznie w okresie od 10 tys. lat przed naszą erą do 1700 roku naszej ery. Następnie, gdy rewolucja przemysłowa i wynikający z niej wzrost średniej długości ludzkiego życia zaczęły rozprzestrzeniać się na całym świecie, liczba ludności zaczęła rosnąć wykładniczo. Dziś, pisze Sciubba, świat stoi nad przepaścią 8 miliardów ludzi, co oznacza, że ci, którzy żyją obecnie, „stanowią około 7 procent ze 108 miliardów, którzy kiedykolwiek się urodzili”.

Czasy wykładniczego wzrostu mamy za sobą

Ale czasy wykładniczego wzrostu mamy już za sobą. W Chinach – wciąż najludniejszym kraju świata – liczba urodzeń spadała przez pięć lat z rzędu, pomimo zniesienia przez rząd polityki jednego dziecka. W Korei Południowej wskaźnik urodzeń spadł do rekordowo niskiego poziomu 0,92, a w 2020 roku liczba ludności tego kraju zmniejszyła się po raz pierwszy w jego historii. W USA, które od dawna były bardziej płodne niż wiele innych krajów rozwiniętych, wskaźnik dzietności jest już znacznie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń (2,1 dziecka) i prawdopodobnie będzie nadal spadał.

Podczas gdy kraje Afryki Subsaharyjskiej wciąż mają ogromne i rosnące młode populacje oraz znacznie wyższe wskaźniki płodności niż kraje bardziej rozwinięte, spowolnienie jest powszechne, a „płodność ma tendencję spadkową niemal wszędzie” – komentuje Sciubba. Zmierzamy w kierunku świata z mniejszymi rodzinami i starszymi ludźmi – i koniec końców z mniejszą ich liczbą.

Polityka nie jest tak ważna, jak indywidualne preferencje

Dlaczego? Odpowiedź jest bardziej skomplikowana. Sciubba zauważa, że demografia zajmuje się badaniem zmian populacji na dużą skalę. A to poszczególni ludzie na całym świecie – w odpowiedzi na zmieniające się czynniki ekonomiczne, kulturowe, a nawet religijne – podejmują decyzję o posiadaniu mniejszej liczby dzieci lub nawet o ich braku. Rządy mogą i będą próbowały wpływać na te decyzje w pożądanym kierunku, ale Sciubba mówi, że polityka publiczna – czy to antynatalistyczna, jak przymusowe prawo jednego dziecka w Chinach, czy też pronatalistyczna, jak w wielu krajach, które obecnie płacą obywatelom za posiadanie dzieci – na ogół ustępuje miejsca indywidualnym preferencjom. Polityka może wpływać na jakiś czas, ale nie działa w dłuższej perspektywie – twierdzi Sciubba.

Japonia może zniknąć

Choć globalny trend zmierza w jednym kierunku – mniejszej liczby dzieci – skutki zmian demograficznych w XXI wieku nie będą jednakowe.

Kraje rozwinięte będą musiały zmierzyć się z konsekwencjami starzenia się, a w końcu spadku liczby ludności. Japonia, jak pisze Sciubba, może w końcu całkowicie zniknąć, jeśli obecne trendy się utrzymają. Rządy będą musiały wymyślić, jak utrzymać funkcjonowanie swoich gospodarek przy stale kurczącej się puli młodych, wydajnych pracowników – jest to problem, z którym żaden naród nigdy wcześniej nie miał do czynienia.

Ale nawet jeśli płodność ma nadal spadać, wiele krajów globalnego Południa ma przed sobą dekady wykładniczego wzrostu populacji. Przewiduje się, że w XXI wieku liczba ludności Afryki Subsaharyjskiej wzrośnie sześciokrotnie. Do 2050 roku kraje takie jak Etiopia i Demokratyczna Republika Konga prawdopodobnie znajdą się wśród 10 najludniejszych państw świata.

Cud gospodarczy dzięki młodej sile roboczej

Rosnąca liczba młodych ludzi może być gospodarczym dobrodziejstwem dla najbiedniejszego regionu świata. Cud gospodarczy w Azji Wschodniej został zbudowany częściowo dzięki przemianom demograficznym, które doprowadziły do powstania ogromnej puli młodych pracowników, co znacznie zwiększyło możliwości produkcyjne w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Możemy mieć nadzieję, że malejąca liczba młodych krajów w XXI wieku będzie mogła skorzystać z tej samej dywidendy demograficznej.

Nie ma jednak żadnej gwarancji. Jeśli młodzi pracownicy nie będą mogli być dobrze wykorzystani, dywidenda może stać się przekleństwem. Wiele z najmłodszych krajów świata należy również do najbardziej wrażliwych i podatnych na najgorsze skutki zmian klimatycznych. Masy młodych ludzi, którzy nie mają co robić, to historyczny przepis na niestabilność.

Niższe świadczenia, większa imigracja?

Choć jest mało prawdopodobne, by polityka rządu w znaczący sposób zmieniła wybory dokonywane przez jednostki w kwestii reprodukcji, może ona pomóc złagodzić skutki zmian demograficznych. Sciubba sugeruje, że starzejące się, rozwinięte kraje mogłyby podnieść wiek emerytalny, obniżyć świadczenia, zwiększyć odsetek ludności pracującej oraz zwiększyć imigrację – wszystkie te działania są dość kontrowersyjne. Jeśli przyszłość będzie należeć do pustych bogatych krajów i przepełnionych biednych, pozwolenie na przemieszczanie się znacznie większej liczby ludzi z globalnego Południa na Północ może rozwiązać oba problemy. Pomyślmy o tym jak o globalizacji, tylko dla ludzi.

Problemem, jak zauważa Sciubba, jest polityka. Nawet w epoce bezprecedensowych przepływów uchodźców migracja pozostaje rzadkością: w 2015 r. zaledwie 3,3 proc. światowej populacji mieszkało poza krajem, w którym się urodziło. Polityczne bariery dla migracji w większości przypadków rosną, a nie maleją. „Problemy ekonomiczne nie są najważniejsze” – komentuje Sciubba. „Zawsze chodzi o politykę”.