W przyszłym roku pensje około pół miliona pracowników sfery budżetowej nie będą podwyższone nawet o wskaźnik inflacji. Takie plany na nowy budżet ma resort finansów. W praktyce oznacza to, że nie będzie zwiększona tzw. kwota bazowa dla poszczególnych grup zawodowych, od której wielokrotności naliczane jest wynagrodzenie.

To oznacza, że tegoroczne podwyżki dla administracji rządowej – na poziomie 6 proc. od stycznia – były ostatnimi. W przypadku nauczycieli tylko wypłata tegorocznej podwyżki (płatnej od września) nie jest zagrożona. W przyszłym roku jednak może być gorzej. Jak wynika z zapowiedzi ministra finansów, które padły w rozmowie z DGP, planowane jest zamrożenie funduszu płac w sferze budżetowej, jedynie osoby pracujące w oświacie mogą mieć cień nadziei, że dodatkowe pieniądze dla nich się znajdą.

Zamrożenie płac

W służbie cywilnej podwyżek nie było przez blisko dekadę, sytuacja nieco się polepszyła w ostatnich trzech latach, kiedy to płace wzrosły o 1,3–2,3 proc., a w tym roku o 6 proc. Odmrożenie wiązało się z podwyższeniem kwoty bazowej, w efekcie każdy członek korpusu mógł liczyć na wzrost wynagrodzenia. W praktyce najwięcej zyskiwały osoby najlepiej zarabiające, czyli na stanowiskach dyrektorskich. Dodatkowo w ubiegłym roku, tuż przed wyborami parlamentarnymi, urzędnicy z terenu, m.in. osoby zatrudnione w urzędach wojewódzkich, otrzymali średnio na etat po 500 zł z wyrównaniem od 1 lipca 2019 r. Ten pozytywny trend zostanie jednak w przyszłym roku zatrzymany.

Płace w 2021 r. mają być zamrożone dla wszystkich. Oczywiście mogą być pojedyncze przypadki związane np. z awansem lub zdobyciem kolejnego stopnia w służbie cywilnej. Ale na wynagrodzenia w korpusie musi być i tak zagwarantowane około 10 mld zł, a dla całej administracji – 40 mld zł. – Dla urzędników to decyzja wbrew pozorom bardzo optymistyczna – mówi prof. Jolanta Itrich-Drabarek z Uniwersytetu Warszawskiego, były członek Rady Służby Cywilnej. Zwraca uwagę, że wciąż wisi nad nimi widmo nowelizacji tegorocznej ustawy budżetowej, a przy tej okazji Rada Ministrów może wydać rozporządzenie, które pozwala na zwalnianie lub czasowe obniżenie pensji. – Do wydania go wystarczy, że dług publiczny wzrośnie lub deficyt budżetowy się zwiększy. A taka sytuacja wskutek zmiany budżetu jest niemal pewna – dodaje.

Reklama

Również związkowcy twierdzą, że lepsze zamrożenie płac niż zwolnienia. –Oczywiście informacja o braku podwyżek w przyszłym roku nas nie cieszy, ale jeśli mielibyśmy ponieść tylko taki koszt pandemii, to byłaby to dobra informacja – mówi Robert Barabasz, przewodniczący NSZZ „Solidarność” w łódzkim urzędzie wojewódzkim. Tym bardziej że – jak dodaje – związki obawiały się, iż nie będzie nawet obiecanych w tym roku 6 proc. – Mamy jednak nadzieję, że rząd nie zdecyduje się na bardziej drastyczne kroki – podkreśla.

Zamrożenie płac w całej bud żetówce oznacza, że dotyczy to nie tylko członków korpusu służby cywilnej, ale pozostałych pracowników instytucji nadzorowanych przez premiera i poszczególnych ministrów, np. ZUS lub NFZ.

Również sytuacja pracowników samorządowych nie przedstawia się zbyt optymistycznie, ponieważ ich ewentualne podwyżki są uzależnione od kondycji budżetowej urzędu. – Z pewnością nie będziemy chcieli zwalniać, a wzrost płac jest raczej mało prawdopodobny, ale trzeba poczekać do listopada, kiedy będą zatwierdzane przez radnych projekty budżetowe na przyszły rok – mówi Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich.

Związkowcy podkreślają, że konsekwencje trudnej sytuacji finansowej powinni ponosić wszyscy, bez podziału na lepszych i gorszych.

– Jeśli w przyszłym roku solidarnie nie otrzymają podwyżek wszystkie grupy zawodowe, w tym służby mundurowe, to jesteśmy skłonni zrozumieć decyzję rządu i odstąpić od protestów. Jeśli jednak pieniądze znajdą się na przykład dla nauczycieli, to takich samych będziemy się domagać dla urzędników – zapowiada Tomasz Ludwiński, przewodniczący Krajowej Sekcji Administracji Skarbowej NSZZ „Solidarność”.

Nauczyciele z nadzieją

Tymczasem w przypadku nauczycieli decyzja wciąż nie zapadła. Ta kwestia ma być przedmiotem dyskusji na poziomie rządu. Nadzieję na kolejne podwyżki ma Dariusz Piontkowski, szef MEN, który w wywiadzie z DGP zapowiadał, że płace wrosną, o ile pozwoli na to sytuacja budżetowa.

– Jeśli nie będzie podwyżek dla nauczycieli, a płaca minimalna zostanie podwyższona, to ponownie będziemy mieli do czynienia z sytuacją, że sprzątaczka zarabia więcej od stażysty, który rozpoczyna swoją karierę w szkole. Chcemy, aby pensja zasadnicza nauczyciela dyplomowanego była równa średniej krajowej – mówi Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. Przekonuje, że brak podwyżek będzie skutkował obniżeniem jakości edukacji, bo w tym zawodzie pozostaną pasjonaci i osoby, które niekoniecznie powinny taką pracę wykonywać.

Inne oświatowe związki też mają skonkretyzowane żądania. – Podwyżki dla nauczycieli muszą być i to na poziomie 10 proc., plus prognozowana inflacja – mówi Sławomir Wittkowicz, przewodniczący branży nauki, oświaty i kultury w FZZ, który także przestrzega, że ich brak doprowadzi do obniżenia jakości kształcenia. Jego zdaniem nauczycieli nie można wiązać z pozostałą sferą budżetową. – Błędem jest jednak mrożenie płacy w administracji. Taka sytuacja była za Donalda Tuska i wielu świetnych fachowców odeszło wtedy z pracy. ©℗

Źródło nieznane