Gdyby za wizytą prezydenta Andrzeja Dudy w USA stały konkrety w sferze wojskowej, nie miałoby żadnego znaczenia to, że jest wpisana w kalendarz wyborczy w Polsce. Podpisanie negocjowanej z Waszyngtonem poważnej umowy międzynarodowej o współpracy – Defence Cooperation Agreement (DCA), która zakłada wzmocnienie sił amerykańskich w Polsce i reguluje zasady ich obecności – przykryłoby każdy zarzut o upolitycznienie spotkania. Również ten o ingerencję w wybory. Bo Donald Trump nie jest pierwszym ani ostatnim prezydentem USA, który zaprasza do Białego Domu swoich faworytów, by wesprzeć ich na finale kampanii.

Dokładnie według tego samego schematu – tylko mniej ostentacyjnie – działali demokraci, wspierając premierów Izraela: Szimona Peresa i Ehuda Baraka. Obaj podzielali wizję procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie promowanego przez Waszyngton i trzeba było im… życzyć powodzenia. Republikanin powtórzył ten ruch wobec walczącego o utrzymanie władzy w Izraelu lidera prawicy Binjamina Netanjahu. Przy czym każdy z tych polityków mógł liczyć na konkretne korzyści. Netanjahu podczas swoich wyborczych podróży do Stanów wypracował decyzję USA o przeniesieniu ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy. Trump uznał też suwerenność Izraela nad Wzgórzami Golan i zgodził się na aneksję Doliny Jordanu (ten punkt jest realizowany najwolniej). To zmiany tektoniczne na mapie Bliskiego Wschodu.

Podobnie sprawy mają się w kwestii zakupów wojskowych. Zarówno Polska, jak i Izrael kupują od USA nowoczesne samoloty F-35. Tylko że izraelskie są „suwerenne”, bo Jerozolima zapewniła sobie prawo do instalacji w nich własnego software’u, tworząc w zasadzie zupełnie nowy produkt – wersję F-35I Adir. Zdolną do niszczenia nowoczesnych rosyjskich systemów rakietowych S-400 Triumf i Krasucha. Własne oprogramowanie oznacza również, że maszyna będzie mogła być używana w wojnach, których Waszyngton sobie nie życzy. Różnica między polskimi a izraelskimi maszynami jest zatem taka, jak między podstawową wersją Golfa a modelem R. Pierwsza maszyna jest dla emerytów. Druga dla chuliganów. Obie pojadą. Tylko że każda z nich nieco inaczej.