W ostatnich tygodniach w co najmniej kilku miejscach sytuacja związana z wynagrodzeniami mocno się zaogniła.
W Łodzi protestują pracownicy MOPS. Jak wynika z Monitoringu konfliktów społecznych prowadzonego przez resort rodziny, w Łodzi z prawie 300 terenowych pracowników socjalnych w ostatnim tygodniu lipca do pracy stawiło się zaledwie 43. Oprócz tego 159 przebywało na zwolnieniach lekarskich, 48 na urlopach zwykłych i na żądanie, a status kolejnych 43 był „niejasny”, tzn. nie pojawili się w pracy, choć nie informowali o zwolnieniach lub urlopach.
Reklama
W Bydgoszczy na przełomie czerwca i lipca przez kilkanaście dni był problem z funkcjonowaniem autobusów i tramwajów, bo protestowali pracownicy Miejskiego Zakładu Komunikacji, domagając się 1 tys. zł podwyżki. Tamtejsze władze zorganizowały komunikację zastępczą i liczyły straty. „Powtórzę jeszcze raz: szanuję prawo każdego do strajku, ale nie z pominięciem prawa (złamano przepisy o sporach zbiorowych) i nie kosztem mieszkańców” - pisał wówczas na Facebooku prezydent miasta Rafał Bruski. Chwilowo konflikt zażegnano, a efektem rozmów są podwyżki dla załogi w wysokości 350 zł, począwszy od lipca, oraz obietnica wypracowania do końca sierpnia „harmonogramu i zasad przyszłych regulacji płacowych w spółce oraz systemu rozwiązań finansowania komunikacji miejskiej”.
Z kolei w Kołobrzegu w ramach protestu kierowcy Komunikacji Miejskiej masowo idą na L4, a spółka musi ograniczać kursy autobusów. Tu także w grę wchodzą postulaty płacowe. Równolegle w tym mieście trwa protest pracowników MOPS. Po Kołobrzegu jeździ samochód z banerem „Prezydencie Kołobrzegu! Za wyczerpującą i odpowiedzialną pracę dajesz nam głodową płacę!”. Z kolei w Warszawie w połowie lipca odbył się strajk ostrzegawczy pracowników MPO, a tydzień temu zakończyła się akcja protestacyjna strażników miejskich. - Urzędnicy też by chcieli, ale nie zawsze to się odbywa w formie protestów, często negocjacje są prowadzone po cichu - mówi nam pracownik miejski. W Chełmie na początku lipca protestowali zatrudnieni w miejskim ośrodku pomocy rodzinie, efektem ich działań było wdrożenie mediacji w sprawie wysokości podwyżek.

Miasta szukają na podwyżki

Część władz samorządowych próbuje jakoś reagować na postulaty płacowe. Przykładowo władze Poznania zdecydowały o przeznaczeniu dodatkowych środków na wzrost wynagrodzeń pracowników samorządowych. - Zdajemy sobie sprawę, że ta propozycja nie w pełni odpowiada postulatom płacowym, jednak w obecnej sytuacji jest na granicy możliwości finansowych budżetu miasta - mówi Wojciech Kasprzak, dyrektor wydziału organizacyjnego w urzędzie miasta.
Także krakowski ratusz (i część miejskich jednostek organizacyjnych) przyznał pracownikom podwyżki. Mimo to panuje przeświadczenie, że to sprawę załatwia tylko tymczasowo. - W chwili obecnej żadne formalne postulaty nie są formułowane. Może być to jednak kwestią czasu, ponieważ środki na podwyżki jedynie w niewielkiej części zrekompensowały poziom inflacji. Daje się także odczuć małe zainteresowanie ofertami pracy w urzędzie miasta w związku z oczekiwaniami płacowymi formułowanymi przez kandydatów do pracy, które często nie mogą być zaspokojone - mówi Joanna Dubiel z biura prasowego krakowskiego magistratu.
Pomimo takich prób dużo częściej słychać, że lokalne władze nie są w stanie sprostać temu, czego chcą pracownicy. - Stoimy pod ścianą. Gdybyśmy mieli pieniądze, odpowiedzielibyśmy pozytywnie na te postulaty. Natomiast nasze nożyce dochodowo-wydatkowe się rozchodzą i jest coraz trudniej - przekonuje prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski. Przypomina, że wszystkie samorządy tracą po stronie dochodowej łącznie ok. 14 mld zł rocznie wskutek zmian w systemie podatkowym. Jednocześnie koszty funkcjonowania miast rosną (choćby wskutek wzrost cen energii), a rezerw nie ma. - Dlatego będziemy starali się informować przedstawicieli związków zawodowych, że z naszej strony byłaby dobra wola, ale brakuje możliwości. Ostrze niezadowolenia trzeba skierować do tych, którzy tę sytuację spowodowali, a to oczywiście rządzący - mówi prezydent.